Muzyka

Zmysłowe piosenki czy komercyjna papka

SPINKA
Dawna solistka Eurythmics po czterech latach milczenia przypomina o sobie albumem „Songs of Mass Destruction”
Pro Paulina Wilk
Wszystko mi się na tej płycie podoba. Emanująca z piosenek kobiecość, dopracowane kompozycje, a najbardziej – mocny, szklisty głos Lennox, który zatrzymał się w czasie i brzmi, jakby należał do dwudziestolatki. To ważne, bo płyta ma polityczne przesłanie, ale chce także uchwycić przeżycia uniwersalne dla kobiet żyjących w odległych częściach świata. Są tu utwory nawiązujące do hymnów jednoczących kobiety w walce o emancypację. Ale równie wiele piosenek opowiada o osobistych przeżyciach, i w nich niejedna z pań odnajdzie siebie. Największym zaskoczeniem i nagrodą przy słuchaniu jest to, że Lennox fantastycznie odnalazła się w muzyce soul. „Sing” budzi emocje, nawet gdy nie wsłuchuję się w słowa. Na początku głos Lennox drży, jakby łamało go wzruszenie, ale z czasem staje się silniejszy, bardziej przenikliwy. Wsparcia udziela kilkanaście koleżanek, m.in. Madonna, K.D. Lang, Gladys Knight. „Sing” może dołączyć do kanonu kobiecych manifestów, takich jak hiphopowy „Whatta Man” czy hit r’n’b „Lady Marmelade”. Płyta jest poważna i w gruncie rzeczy – przesiąknięta smutkiem, a jednak nie ściąga w dół. To zasługa Lennox kompozytorki, która napisała z jednej strony utwory delikatne i zmysłowe, a z drugiej porywające. Wśród tych subtelnych najbardziej ujęła mnie „Big Sky”. Kobieta wykrzykuje niebu tłumione długo żale, lata tęsknoty, łez, bycia niezauważaną. O tym samym – pragnieniu uwolnienia się od bólu i trudnych przeżyć – jest „Ghost In My Machine”, ale to już wspaniała bluesowa karuzela. To wciąga! podyskutuj z autorem p.wilk@rp.pl Kontra Jacek Cieślak Po przesłuchaniu nowego albumu Lennox całkowicie straciłem do niej sympatię. Była najlepszą wokalistką nowej fali lat 80. Śpiewała ostro i z seksapilem. Teraz stała się przeintelektualizowaną nudziarą i kliniczną ofiarą syndromu politycznej poprawności. Głównym objawem schlebiania masowym gustom jest kopiowanie czarnoskórych artystów soul i r’n’b. Podziwiam ich, dlatego europejscy naśladowcy wywołują moje zażenowanie. A Lennox nie tylko sili się na soulową nutę, ale i rapuje, bo jak wiadomo muzyka bez rapu sprzedaje się fatalnie. Zarobić można dziś także na współczuciu dla Afryki. Również od tego biznesu odcina kupony Lennox. Powiela schematy Bono i innych arystokratów pop. Najpierw napchali kieszenie milionami ze sprzedaży rebelianckich albumów, a teraz w swoich willach biedzą się, jak pomóc biednym. Na piosenki Lennox dadzą się pewnie nabrać tylko zakłamane mieszczańskie rodziny, bogate jak ona. Nic to w Afryce nie zmieni, ale wokalistka poczuje się w swojej burżuazyjnej posiadłości lepiej. Dlatego, kiedy widzę ją na okładce w operowej kreacji, wiem, że lepszego symbolu europejskiej hipokryzji dziś się nie znajdzie. Trzecia paranoja Lennox to feminizm. Nie wykluczam, że jest ofiarą podłego osobnika. Sądząc jednak po tym, jakie ma wymagania wobec mężczyzn – a powinni przemieniać wodę w wino! – nawet Jezus nie miałby cierpliwości do takiej marudy. Wyobraźmy sobie spotkanie z wokalistką, która w kółko powtarza ten sam refren: że się jej rap podoba i nie może znieść wojen. Mało kto wytrzymuje takie salonowe pitolenie, co dopiero całą płytę. podyskutuj z autorem j.cieslak@rp.pl Annie Lennox, „Songs of Mass Destruction”, Sony BMG 2007
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL