fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Wibracje między aktorami rodzą się na planie

W superprodukcjach o olbrzymim budżecie nie ma miejsca na niespodzianki, niedopowiedzenia i tajemnice
ZUMA PRESS
W aktorstwie interesuje mnie przede wszystkim prowokacja, ryzyko, odkrywanie światów, które inaczej byłyby dla mnie zamknięte. Także przekraczanie barier, których w realnym życiu nie przekraczam - mówi Jeremy Irons
Rz: Scenariusz "Inland Empire" powstawał w czasie zdjęć, spontanicznie. Podobno żaden aktor nie wiedział, co będzie grał następnego dnia i jakie będą losy jego bohatera. Dlaczego zdecydował się pan na takie ryzyko?
Kiedy David Lynch dzwoni i proponuje ci cokolwiek, odpowiadasz: "Tak". I w gruncie rzeczy nie ma tu ryzyka. David jest artystą tej klasy, że zawsze warto uczestniczyć w eksperymencie, na który się decyduje. Ale jak aktor może budować postać, mając na jej temat tak enigmatyczne informacje?
Kiedy zgodziłem się zagrać w "Szklanej pułapce 3", wiedziałem o moim bohaterze niemal wszystko. W superprodukcjach o olbrzymim budżecie nie ma miejsca na niespodzianki, niedopowiedzenia i tajemnice. W przypadku "Inland Empire" wiedziałem tylko, że zagram reżysera, który kręci film z Laurą Dern. Ale cóż z tego? Tak naprawdę nigdy nie można przewidzieć, jak rola wyjdzie, ani jakie wibracje narodzą się na planie między aktorami. Po prostu trzeba próbować. Czy wcielając się w reżysera, miał pan jakieś wzory? Nie. Grałem intuicyjnie, w zgodzie z własnymi wyobrażeniami. Reżyseria daje zresztą człowiekowi dużo satysfakcji. Może nawet więcej niż aktorstwo. Wie pani, co jest w niej najwspanialszego? Otwieranie ludzi. Dogrzebywanie się do najgłębszych warstw ich wrażliwości, z których czasem oni sami nie zdają sobie sprawy. I jeszcze takie poczucie, że jest się głową wielkiej rodziny. Poczucie więzi jest dla pana ważne? Bardzo. Rodzina jest dla mnie czymś świętym. To mi zostało z dzieciństwa. Zawsze niosłem w sobie wspomnienie traumy, przez jaką przeszedłem, kiedy miałem siedem lat. Rodzice oddali mnie do szkoły z internatem, a ja byłem na to kompletnie nieprzygotowany. Nagle zostałem sam. Do dzisiaj pamiętam rozpacz pierwszej nocy spędzonej poza domem. Wyolbrzymione przez dziecięcą wyobraźnię poczucie porzucenia i samotności. Silny, niemal fizyczny ból. Przerażenie. Potem jeszcze, jako piętnastolatek, głęboko przeżyłem rozwód rodziców. Może to właśnie zrodziło we mnie taką potrzebę przynależności do grupy, bliskości z innymi osobami. Wysoko cenię fakt, że nam z żoną udało się stworzyć prawdziwą, dobrą rodzinę. Przywiązuję się też do zespołów teatralnych i ekip filmowych. Mógł pan wieść spokojniejsze życie. Dlaczego nie został pan weterynarzem? To była tylko mrzonka młodości. Kiedy mieszkaliśmy na Isle of Wight, mieliśmy sąsiada, który był weterynarzem. Przez cały tydzień pracował w Londynie, a na weekendy zjeżdżał do swojej wiejskiej posiadłości. Bardzo mu zazdrościłem. Myślałem: "Co za wspaniałe życie". Kiedyś mu o tym powiedziałem i on przyniósł mi w prezencie leksykon weterynarii. Mam tę książkę do dzisiaj, ale ideę zostania lekarzem zwierząt porzuciłem. Zresztą, jak to w życiu bywa, o mojej przyszłości zadecydowały zbiegi okoliczności i przypadki, które doprowadziły mnie do aktorstwa. Widzowie kojarzą pana głównie z ambitnym kinem, obrazami takimi jak "Kochanica Francuza", "Skaza", "Druga prawda", "Ukryte pragnienia" czy "Lolita". Jak się panu udaje tak dobierać role? Chętnie biorę udział w projektach balansujących na granicy skandalu, śmiało obserwujących naturę człowieka. W aktorstwie interesuje mnie przede wszystkim prowokacja, ryzyko, odkrywanie światów, które inaczej byłyby dla mnie zamknięte. Także przekraczanie barier, których w realnym życiu nie przekraczam. Jestem spokojnym człowiekiem, wiodącym spokojny żywot. A dzięki filmom eksperymentuję czasem sam ze sobą. Na przykład pracując przy "Skazie", bez narażania się na perturbacje zakosztowałem obsesyjnej miłości i sytuacji, gdy mężczyzna oszaleje z pożądania niewłaściwej osoby. W "Lolicie" grałem czterdziestokilkuletniego mężczyznę zakochanego w nieletniej dziewczynce. To też było niezwykłe doświadczenie. Jeszcze jedna niekonwencjonalna podróż w głąb ludzkiej natury. Czasem jednak ucieka pan w zabawę. "Szklana pułapka 3" czy kostiumowe kolubryny w stylu "Królestwa niebieskiego" nie bardzo pasują do pana emploi. Po pierwsze, czasem można zawód potraktować lżej. Po drugie, aktor gra także dla pieniędzy, bo to jego sposób zarabiania na życie. Po trzecie, człowieka tworzą różne doświadczenia, a Hollywood jest szalenie interesujący, zarówno pod względem profesjonalnym, jak i kulturowym. Nie ma w Europie miejsca, gdzie w takim stopniu królowałaby kultura masowa. Ale Los Angeles nie skusiło pana tak, by się tam przeprowadzić. Nie wyobrażam sobie życia u wrót fabryki snów. Tam nie ma chwili wytchnienia od kina. Na przyjęciach ludzie rozmawiają o biznesie filmowym, w kawiarniach kelnerki prężą się, podając kawę, żeby wpaść w oko jakiemuś producentowi albo choćby pomagierowi reżysera. My, Anglicy, mamy na to określenie - życie nad sklepem. Ale to szalenie męczące. Zupełnie nie dla mnie. Wschodnie wybrzeże jest inne. Przez jakiś czas mieszkaliśmy z żoną i dziećmi w Nowym Jorku. Było nieźle, ale też po krótkim czasie podjęliśmy decyzję, by wracać do kraju. Osiedliśmy w Londynie. To dla mojej żony Sinead Cusack i tak jest trochę życie na obczyźnie. Ona jest przecież Irlandką. Czy w wolnych chwilach nadal ucieka pan z Londynu do swojego zamku na prowincji? Spędzam w nim tyle czasu, ile tylko mogę. Kiedy mam trzy, cztery dni - natychmiast tam jadę. Często sam. Sinead jest zajętą aktorką, jeden syn studiuje aktorstwo, drugi pracuje w Londynie jako fotografik. Nie mają czasu na takie wypady. Ale nie narzekam na samotność. To miejsce ma cudowną atmosferę, działa na mnie kojąco. A ile mamy dzisiaj możliwości zatrzymania się? Dopiero pan mówił o swoim strachu przed samotnością, a teraz opowiada pan o szczęściu na pustkowiu... Tam samotność jest zupełnie inna. Z wyboru. Chwilowa. Zawsze czuję istnienie moich bliskich. W każdej chwili mogę do nich zadzwonić, pogadać, ogrzać się ich ciepłem. I robię to. Jakie miejsce w pana życiu zajmuje dzisiaj praca? Im jestem starszy, tym mniej za nią szaleję. Coraz ważniejsze stają się dla mnie przyjemności życia. To wszystko, co wnosi do mojej spokojnej egzystencji odrobinę szaleństwa. Zawsze lubiłem szybką jazdę na motorze, hippikę, żeglowanie. Teraz coraz bardziej się w tym rozsmakowuję. Nie jestem aktorem zwariowanym na punkcie swojej profesji. Wyobrażam sobie, że są zawodowcy, nie wiem, może tacy jak Robert De Niro czy Al Pacino, którzy żyją po to, żeby grać. Ja gram po to, żeby żyć. Lubię zrobić sobie przerwę, odetchnąć, naładować akumulatory. I naprawdę nie tęskni pan wtedy za kamerą i bałaganem na planie? Nie. Zresztą apetyt na pracę przypomina trochę apetyt na jedzenie. Świeże, dojrzałe truskawki je się przez kilka tygodni w roku. Ale przez cały rok można jeść mięso albo pogryzać jabłka. Wielka rola w filmie zdarza się rzadko, jednak wiele satysfakcji daje też teatr albo drobny epizod. Choć prawdą jest, że gdy zbyt długo pauzujesz lub robisz rzeczy miałkie, zaczynasz czuć, że się cofasz. Wtedy apetyt na pracę nagle rośnie. Czy ma pan jakieś niespełnione marzenie zawodowe? Chciałbym zagrać w komedii. Niestety, reżyserzy nie widzą we mnie potencjału komika. Wielu aktorów narzeka dzisiaj na czyhających wszędzie paparazzich, na kompletny brak prywatności. Jak pan sobie z tym radzi? Wydzieranie aktorom prywatności nie jest wymysłem ostatnich lat. Pamiętam, gdy kręciliśmy "Kochanicę Francuza", na plan nie wpuszczano żadnego fotografa. Ale kiedyś właściciel pubu, w którym jadaliśmy w czasie zdjęć obiady, zapytał, czy może zrobić Meryl Streep i mnie zdjęcie, by powiesić je sobie nad barem. Zgodziliśmy się, a następnego dnia zobaczyliśmy tę fotografię w "Daily Mail". Dzisiaj rozmaitych bulwarówek, fotografików i sprytnych właścicieli pubów jest więcej niż kiedyś. Ale też nie bardzo mnie to dotyka. Oni uganiają się za Bradem Pittem i Angeliną Jolie. Kogo może interesować prywatne życie faceta, który od 30 lat jest z tą samą kobietą? Co dzisiaj uważa pan za swój największy życiowy sukces? Moje dzieci. Bez wątpienia.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA