Piłka nożna

Niech do nieba wystarczą dwa kroki

Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Rozmowa z obrońcą reprezentacji Polski Jackiem Bąkiem dla „Rz”
RZ: Chyba nie wypada pytać, czy stać was na zwycięstwo w meczu z Kazachstanem, tylko na jak wysokie. 3:0? 5:0?
Jacek Bąk: – Przeciwnik jest niewygodny, potrafi przeszkadzać. Nie myślę, żebyśmy mieli problemy z pokonaniem Kazachów, ale reprezentacji Polski zdarzały się już wpadki na własnym boisku. Kiedy trenerem był Zbigniew Boniek, przegraliśmy w Warszawie z Łotwą, więc teraz nawet do teoretycznie słabszego rywala podchodzimy z szacunkiem. Tylko że ja inaczej rozumiem to słowo: im więcej wbijemy im goli, tym większy okażemy szacunek. W meczu z Azerbejdżanem strzelił pan gola już w drugiej minucie. Marzy się powtórka?
Marzy się, żeby znów był gol w drugiej minucie, niekoniecznie Bąka. Ten mecz będzie trudny do pierwszej bramki. Jeśli wpadnie, pójdzie nam już łatwiej. Opuścił pan zgrupowanie w Muehlheim przed meczami z Portugalią i Finlandią, obawiając się, czy będzie jeszcze grał w piłkę, a nawet chodził. Teraz regularnie gra pan w Austrii Wiedeń. Cudowne ozdrowienie? Nie byłem w stanie przez godzinę usiedzieć w jednym miejscu, bardzo bolały mnie plecy. Po powrocie do klubu dostałem jednak dwa tygodnie wolnego. Rano zabiegi, potem basen, ćwiczenia rozciągające i wieczorem znowu zabiegi. W tym roku nie miałem wakacji, zmieniłem klub, musiałem przyzwyczaić się do innych treningów, a że już najmłodszy nie jestem, to organizm nie wytrzymał. Było, minęło. Teraz sam siebie nie poznaję. Przez ostatnie 21 dni rozegrałem siedem spotkań. Wydawałoby się, że takiej dawki wysiłku i koń by nie wytrzymał, ale jakoś to przetrwałem. Żałuje pan, że nie mógł zagrać przeciwko Portugalii i Finlandii? Mecz z Portugalią oglądałem w Krakowie i nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Myślałem, że zwariuję. Nerwy, nerwy i jeszcze raz nerwy. Jestem za bardzo zżyty z reprezentacją, żeby spokojnie patrzeć na taki horror. Kiedy Jacek Krzynówek strzelił wyrównującego gola, myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Wiedziałem, że ma mocny strzał, ale kiedy uderzał z tak dużej odległości, nie sądziłem, że piłka w ogóle doleci do bramki. To prawda, mieliśmy szczęście, pomógł nam trochę portugalski bramkarz, ale jakie to ma teraz znaczenie? Dwa punkty w dwóch ostatnich meczach to sukces? Tak, bo graliśmy na wyjeździe i zabieraliśmy punkty rywalom. Kto by wcześniej pomyślał, że w spotkaniach z Portugalią wywalczymy 4 punkty? Albo że w meczach z Finlandią zaledwie jeden. I to jest piękno futbolu. Na mundialu już pan grał. Teraz będzie pierwszy występ w mistrzostwach Europy? Nie mówmy hop. Jeszcze nas tam nie ma. Chciałbym, żebyśmy wywalczyli awans, bo następny turniej będziemy organizować wspólnie z Ukrainą i nie wolno dopuścić, by kibice na całym świecie mówili, że przyznano nam Euro 2012, żebyśmy chociaż raz w takim turnieju wystąpili. Leo Beenhakker powiedział, że brakuje nam trzech kroków do nieba, a ja mam nadzieję, że wystarczą dwa. Wygrać z Kazachstanem, później z Belgią, która – chociaż jest nieprzyjemnym rywalem – to jednak szykuje skład dopiero na następne mistrzostwa świata. Chciałbym jechać do Belgradu na mecz o pietruszkę. Jak trener mobilizuje was przed sobotnim meczem? Wczoraj powiedział, że nie gramy z Kazachstanem, tylko znowu z Portugalią. Nie możemy do tego spotkania podejść inaczej niż do meczów z lepszymi drużynami. Beenhakker wie, że w wielkich meczach koncentrujemy się od pierwszej sekundy, a w mniej prestiżowych czasami dopiero w drugiej połowie. Chce temu zapobiec. To, że nie znam żadnego nazwiska piłkarza z drużyny naszych najbliższych rywali, nie świadczy o tym, że są słabi. Anglicy z Polaków znają tylko Jerzego Dudka. Kto jest największą gwiazdą reprezentacji Polski? Beenhakker. A z piłkarzy? Tomek Kuszczak gra w Manchesterze United, Artur Boruc w Celticu Glasgow... Jest jeszcze Maciej Żurawski, ale on ostatnio siedzi na ławce... Właściwie to nie ma gwiazd, one mogą dopiero się znaleźć na mistrzostwach Europy. To właśnie wielkie turnieje kreują bohaterów. Musimy zrobić wszystko, żeby udane eliminacje nie były, tak jak ostatnio, szczytem naszych możliwości. Potrafimy już grać w sposób wyrachowany, trochę po cwaniacku. To dla nas ostatnia szansa. Przecież po tym turnieju kadra bardzo się zmieni, nie będzie Bąka, będą inni, młodsi. Taki Tomek Zahorski albo Konrad Gołoś. Na początku zgrupowania we Wronkach byli trochę spięci, bojaźliwi, ale potem pokazali, że są naprawdę dobrymi piłkarzami. Jak Zahorski zabierał mi piłkę wślizgiem, to nie widziałem, żeby robiło na nim wrażenie, że zagrałem w kadrze ponad 80 meczów. Pomaga pan młodym w kadrze? Mówię im, że jedziemy na jednym wózku. Tłumaczę, że nie mogą się niczego bać. Ja stracę piłkę, ty stracisz, to normalne. Chodzi o to, żebyśmy tych strat jako drużyna mieli jak najmniej. Jak nie wiedzą, czy mogą się do mnie przysiąść na kawę, to natychmiast ich zapraszam do stolika. Niech czują, że nie są sami, że ktoś im pomoże. Beenhakker jest już dziewiątym selekcjonerem, który mnie powołuje do kadry, ale i tak nie zapomnę, jak się czułem na pierwszym zgrupowaniu w 1993 roku. Nogi mi się trzęsły, ale inni mi pomogli zwalczyć strach. Wtedy byli Roman Kosecki, Robert Warzycha czy Jacek Ziober. Teraz jest na przykład Jacek Bąk. rozmawiał we Wronkach Michał Kołodziejczyk
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL