fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Gursztyn: Rosja, Donald Tusk i raport MAK

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Jędrzej Bielecki
Tusk nie powinien własnej propagandy na temat stosunków z Rosją brać za opis rzeczywistości. Po upokarzającej prezentacji raportu MAK w głębi duszy i tak jest już pewnie rusofobem – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Stwierdzenie, że Donald Tusk dał się ograć Rosjanom w kwestii raportu MAK, jest traktowane jako oczywistość także przez wielu polityków Platformy Obywatelskiej. Jest przy tym oczywiste, że z lojalności wobec szefa (także dlatego, że takie są wymogi walki między partiami) mówią o tym tylko nieoficjalnie. Ale mówią. I to z irytacją przemieszaną z zażenowaniem.
[srodtytul]Rezerwa się opłaca[/srodtytul]
Nie miejsce tu na Schadenfreude, choćby z tego powodu, że duża część krytyków postawy Tuska wobec Rosjan stała się mądra po fakcie. Rzecz w czym innym. Tusk należy do bardzo długiej galerii polskich polityków, którzy z ogromną naiwnością sądzili, że będą tymi pierwszymi, którzy znormalizują stosunki polsko-rosyjskie. Tej naiwnej wierze ulegali chyba wszyscy polscy politycy po 1989 roku.
I wszyscy się rozczarowywali, choć Tusk jest pierwszym, który został tak boleśnie upokorzony. Sprawia wrażenie, że chce dalej iść tą samą drogą, co nie jest dziwne, gdyż nikt nie lubi przyznawać się do własnych błędów. Być może dla potrzeb wyborczych zmieni kiedyś retorykę na bardziej ostrą wobec Rosji. Choć to akurat zdaje się mało prawdopodobne. Bowiem w Polsce – wbrew obiegowym twierdzeniom – tzw. rusofobia nie jest nośnym hasłem wyborczym.
Polacy bowiem premiują tych polityków, którzy obiecują im, że nawiążą przyjazne stosunki ze wszystkimi narodami i plemionami globu. Nasza rzekoma rusofobia wynika nie tyle z niechęci wobec Rosji, ile ze strachu przed nią (a to chyba jest zrozumiałe). Silniejsze za to jest oczekiwanie, że sprzedamy na wschód całą produkcję ziemniaków, sera, owoców miękkich i wszystkiego innego, co nasza „zielona wyspa” jest w stanie wyprodukować. Powszechne jest przy tym przekonanie, że zawsze można się dogadać. Tylko trzeba chcieć.
[wyimek]Żaden z polskich polityków po 1989 roku nie był traktowany przez Rosję jako godny partner. Wobec żadnego Kreml nie zachowywał się lojalnie[/wyimek]
Donald Tusk dobrze wyczuwa to oczekiwanie. Paradoks polega na tym, że postępując w zgodzie z nim, zaznał bolesnego niepowodzenia. Tak bowiem się składa, że lud nie ma racji. Horribile dictu – ale tak jest właśnie w sprawie stosunków z Kremlem. Postsowiecka Rosja nie jest partnerem przewidywalnym ani lojalnym. Tak będzie nawet wtedy, gdy wyplenimy u siebie wszelkie rzeczywiste i domniemane przejawy rusofobii. Fatum nieprzewidywalności i nielojalności przestanie działać wraz z demokratyzacją polityki rosyjskiej.
My jednak nie mamy na to większego wpływu. Na razie paradoks polega na tym, że Kreml nie premiuje za rusofilstwo. Przeciwnie – mimo marzeń ludu o powszechnym pokoju polskim politykom na dłuższą metę bardziej opłaca się rezerwa wobec Moskwy.
[srodtytul]Tarmoszenie lwa[/srodtytul]
Żaden z polskich polityków po 1989 roku nie był traktowany przez Rosję jako godny partner. Wobec żadnego Kreml nie zachowywał się lojalnie. Prawie każdy wcześniej czy później został oskarżony przez tamtą stronę o rusofobię. Jest tylko jeden charakterystyczny wyjątek, ale dotyczy on osoby, której żadną miarą nie można określić mianem demokratycznego polityka. Ze niezmiennym szacunkiem i lojalnością Kreml odnosił się tylko do Wojciecha Jaruzelskiego. Można to potraktować jako miarę oczekiwań rosyjskiej polityki wobec Polski.
W początkach roku 1992 generał Wiktor Dubynin, dowódca wojsk rosyjskich stacjonujących wówczas w Polsce, nazwał politykę Warszawy wobec Moskwy tarmoszeniem zdechłego lwa przez małpę. Ta wypowiedź najlepiej chyba obrazuje rozbieżność oczekiwań. Można odnieść wrażenie, że nadal jesteśmy małpą, z którą wskrzeszony lew nie chce równych stosunków.
Wróćmy do 1992 roku. Kogo wówczas Dubynin krytykował? Premierów Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, szefa MSZ Krzysztofa Skubiszewskiego. Raczej nie Jana Olszewskiego, który wówczas ledwo co zaczął pełnić obowiązki szefa rządu (ale z okazji inauguracji jego rządu Rosja zmniejszyła o połowę dostawy gazu do Polski). Dubynin pewnie też nie miał na myśli prezydenta Lecha Wałęsy, który przecież nieomal nie poparł puczystów Janajewa.
Galerię rusofobów otwierają więc Mazowiecki, Skubiszewski, Bielecki. Ten ostatni naraził się na oficjalny protest ambasady ZSRR (było to tuż przed ostatecznym rozpadem) za słowa o tym, że komunizm przyniósł większe straty polskiej gospodarce niż Trzecia Rzesza. Jakiś czas później dołączyła do galerii rusofobów Hanna Suchocka, którą oficjalna Rosja krytykowała za wizytę międzypaństwową w Kijowie.
Wreszcie i Wałęsa tu trafił – ośmielił się skrytykować nadmierną koncentrację wojsk rosyjskich w obwodzie kaliningradzkim. Rosyjskie władze – awanturujące się o każdy natowski pluton znajdujący się „zbyt” blisko granic Rosji – uznały to za skandaliczną ingerencję w wewnętrzne sprawy.
To wszystko działo się w epoce „liberała” Borysa Jelcyna. Jelcyn zbojkotował 50. rocznicę obchodów powstania warszawskiego, tak jak jego następcy zbojkotowali 60. rocznicę. Niczego podobnego nie można zarzucić polskiej stronie. Narażając się na bardzo ostrą krytykę i powszechne drwiny, „Łysy”, czyli Józef Oleksy, pojechał do Moskwy rok po bojkocie Jelcyna na okrągłą rocznicę zakończenia II wojny światowej. Dziesięć lat później Aleksander Kwaśniewski, wiedząc, że będzie upokarzany za udział w pomarańczowej rewolucji, też nie zrobił żadnego antyrosyjskiego gestu i pojechał na podobne obchody.
[srodtytul]Plan, okrutny, ale logiczny[/srodtytul]
Sposób potraktowania Kwaśniewskiego pokazuje, że nawet ci, których w Polsce podejrzewano o bycie „ludźmi Moskwy”, w rzeczywistości nie są uważani przez nią za partnerów. Kreml takich nie potrzebuje. Zresztą na obchody 9 maja pchali się z naszej strony wszyscy. Łącznie ze stale oskarżanym o rusofobię Lechem Kaczyńskim. Jest przecież wiadome, że chciał uczestniczyć w uroczystościach 9 maja 2010 roku. A pięć lat wcześniej snuł plany odbycia przełomowego spotkania z Władimirem Putinem. Polska strona wymyślała rozmaite warianty tego spotkania, łącznie ze statkiem na Zatoce Gdańskiej. Odpowiedzią było „nie lzia” i publiczne szyderstwa ze strony Putina.
W istocie w Polsce po 1990 roku nie było ugrupowania rusofobicznego. Partie radykalne – np. Samoobrona i LPR – nigdy nie głosiły haseł antyrosyjskich. Przeciwnie, podejrzewano je nawet o zbyt bliskie kontakty na wschodzie. Andrzej Lepper głosił tak chętnie hasła przyjaźni z Rosją, że aż sam uwierzył, że Kreml mu się za to odwdzięczy. Gdy został ministrem rolnictwa, zapewniał, że to jemu uda się nakłonić Rosję do zniesienia embarga na polskie mięso. Jednak boleśnie zderzył się z kremlowską ścianą, kolejny raz udowadniając, że Moskwa nie potrzebuje w Polsce polityków przyjaznych, tylko uległych.
Dzisiejsi „etatowi” radykałowie, czyli PiS, są źródłem wielu wypowiedzi, które można interpretować jako rusofobiczne. Ale po prawdzie to tylko cień tego, co np. Władimir Putin lub Dmitrij Miedwiediew mówili o Gruzji, Ukrainie czy krajach bałtyckich. Nie jest to też mocniejsze od tego, co partie lewicowe Europy Zachodniej mówią o USA. My jednak daliśmy się zaszantażować propagandowym określeniem „rusofobia”. Na tyle skutecznie, że w przebłysku racjonalności Jarosław Kaczyński nagrał w czasie kampanii wyborczej posłanie do „braci Rosjan”. Nic chyba lepiej od tego nie pokazuje, co premiują polscy wyborcy. I na co narażają się – jeśli chodzi o reakcję polskiego społeczeństwa – politycy, którzy zechcieliby prowadzić ostrzejszą politykę wobec Kremla.
Nie chciałbym tu rysować zbyt diabolicznie logicznej wizji rosyjskiej polityki zagranicznej. Nie dopatruję się w polityce Kremla nadmiaru logiki. Tej logiki doszukują się i zwolennicy, i przeciwnicy zbliżenia z ekipą Putina. Jedni z zachwytem, drudzy z trwogą opowiadają o profesjonalnej, zaplanowanej w każdym calu strategii. Prof. Zdzisław Krasnodębski napisał kilka dni temu o takiej właśnie logice („Rz”, 24 stycznia): „Rosja mogłaby pozostawić przy życiu Litwinienkę, mogłaby wypuścić Chodorkowskiego, ale wielkoduszność byłaby oznaką słabości”. Czyli jest plan, okrutny, ale logiczny.
Nie jestem tego pewien, bo wiadomo, że Chodorkowskiego męczy Putin powodowany osobistą nienawiścią. Rosja, nawet w swej najbardziej zamordystycznej formie, nie ma z tego zysku. Być może Litwinienkę zamordowano, aby zastraszyć potencjalnych zdrajców. A może dlatego, że miał z nim osobiste porachunki ktoś z FSB. Jednak i w pierwszym przypadku zyski dla Kremla są wątpliwe, a straty wielkie.
[srodtytul]Kreml znajdzie powód[/srodtytul]
Rzekome długoplanowe strategie to ciągi błędów tuszowane siłą wielkiego kraju. Jakie przy tym strategie mogą być w kraju, który jest niemal prywatną własnością swoich władców? Gdzie swoją działkę uszczknąć muszą też czynownicy niższego szczebla. Osławione embarga były u nas traktowane jako brutalny, ale też logiczny instrument polityki wielkomocarstwowej. – Chcą nas zmusić do ustępstw – tak to interpretowano nad Wisłą.
A potem polscy przedsiębiorcy otrzymywali faksy z Łotwy podpisane przez ludzi o charakterystycznych nazwiskach typu Ivans Ivanovs lub Vladimirs Dmitrovs z ofertą pośrednictwa w ominięciu embarga. Tym sposobem, dzięki łańcuszkowi rosyjskich pośredników, polskie jabłka jechały do Rosji. Przy tym Łotwa na moment stała się, wbrew swojemu klimatowi, potentatem w uprawie jabłoni.
Kto na tym tracił? Na pewno nie Polacy. Tracili na tym rosyjscy konsumenci, bo to oni przepłacali za te towary. Ograniczenia wprowadzano nie tylko na polskie produkty rolne. Nam się zdawało, że to polityka, a w rzeczywistości był to biznes małej, za to wpływowej, grupy czynowników.
Rzekoma strategia to wypadkowa wielkich i drobnych geszeftów, imperialnej pychy, wreszcie osobistego egoizmu władców Kremla. Polska, podobnie jak inne kraje regionu, pełni też rolę chłopców do bicia w przypadku wewnętrznych problemów w Rosji. Jakieś wewnętrzne problemy, niezadowolenie tamtejszego społeczeństwa mogą skłonić Kreml do wywołania konfliktu. Po to, aby „wróg zewnętrzny” odwrócił uwagę od sytuacji wewnątrz kraju. Na to nie pomoże nawet największa ustępliwość.
Są tego przykłady. W 1994 r. rządzili w Polsce postkomuniści, gdy minister Czernomyrdin odwołał wizytę z powodu pobicia rosyjskich pasażerów na Dworcu Wschodnim. Tych Rosjan pobili inni Rosjanie, ale winna była cała Polska. Tak samo było, gdy za rządów Marka Belki i Aleksandra Kwaśniewskiego chuligani obrabowali dzieci rosyjskich dyplomatów.
Cokolwiek Donald Tusk by zrobił, Kreml zawsze znajdzie dobry powód do zepsucia stosunków. Równie „finezyjny” jak oba wymienione. Tusk jest poniekąd zakładnikiem tego, co mówił wcześniej. Przynajmniej w sferze słów. Nie powinien jednak dłużej brać własnej propagandy za opis rzeczywistości. Po upokarzającej prezentacji raportu MAK w głębi duszy i tak jest już pewnie rusofobem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA