fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Katastrofa smoleńska. Winą obarczany Lech Kaczyński

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Na początku wszystko było "arcyboleśnie proste". Sterroryzowany przez prezydenta Kaczyńskiego pilot tupolewa doprowadził do katastrofy na smoleńskim lotnisku.
Ta wersja bez śladu dowodu przyjmowana była przez polskie środowiska opiniotwórcze. "Autorytety" i specjaliści powtarzali tezy rosyjskiej propagandy na temat kilkakrotnych prób lądowania i odmowy polskiego lotnika podporządkowania się komendom z wieży.
Czas mijał, rosyjska propaganda wycofywała się z kolejnych stwierdzeń, pomimo usilnych poszukiwań żadne dowody na presję prezydenta nie zostały znalezione, ale gros mediów i środowisk opiniotwórczych podtrzymywało pierwotną wersję.
Z początkiem roku prezydent Komorowski ogłosił, że wina polska jest niekwestionowalna i właśnie "arcyboleśnie prosta". Zadeklarował to przed opublikowaniem jakichkolwiek raportów; ba, przed zakończeniem prac któregokolwiek z zespołów badających katastrofę. Powtórzę raz jeszcze: fakt, że ta skandaliczna wypowiedź spowodowała co najwyżej pomruki aprobaty polskich mediów, jest dowodem ich upadku.
Warto odnieść to do reakcji tych samych ludzi i środowisk, które niewiele później twierdziły, że z informacji, iż rosyjscy kontrolerzy wprowadzali polskiego pilota w błąd, nie można wyciągać żadnych wniosków, należy zaczekać, aż zostaną skończone wszystkie prace badawcze i zdać się na specjalistów. Wcześniejsza, nonszalancka i nie poparta niczym wypowiedź Komorowskiego, obarczająca całą winą stronę polską, została przyjęta bez mrugnięcia okiem.
Z czasem jednak sprawa musiała się skomplikować. Skrajnie stronniczy i wręcz obraźliwy dla Polaków raport MAK musiał wywołał poruszenie, zwłaszcza skonfrontowany z relacjami o zachowaniu rosyjskich kontrolerów. Polska załoga była wprowadzana w błąd przez rosyjską obsługę lotniska, polski pilot nie chciał lądować i zniżył się na bezpieczną wysokość, aby rozpoznać sytuację, a katastrofa nastąpiła, gdyż znajdował się w innym miejscu niż sądził, do czego co najmniej przyczyniły się fałszywe informacje z rosyjskiej wieży. Interpretacja tych faktów narzuca się sama. Wina spoczywa po stronie rosyjskiej. Teraz dopiero owo "proste" sprawy trzeba pokomplikować, aby przenieść winę na stronę polską. I w tym celu wzywani są odpowiedni specjaliści.
Oto jeden z nich, Tomasz Hypki wypowiada się na łamach "Rzeczpospolitej" [21.01] w tekście [link=http://www.rp.pl/artykul/597594_Hypki--Trudna-prawda--o-polskich-bledach.html" "target=_blank]"Trudna prawda o polskich błędach"[/link]. Zanim powoła się na jakikolwiek fakt i przeprowadzi jakiekolwiek rozumowanie, ogłasza: "Nie ma żadnych wątpliwości, że całość odpowiedzialności za katastrofę spoczywa na stronie polskiej." Czysty profesjonalizm! A dalej jest jeszcze lepiej. "Załoga miała obowiązek się dowiedzieć, w jakich warunkach przyjdzie jej lądować. Gdyby to zrobiła, powinna przełożyć start do chwili, aż warunki w Smoleńsku się poprawią."
Innymi słowy, pojawienie się mgły na docelowym lotnisku, choćby oddalone było o ponad godzinę lotu, powinno paraliżować ruch powietrzny. Czy tak wygląda praktyka lotnicza? Okazje się jednak, że ta sama smoleńska mgła, która zdaniem Hypkiego winna wyeliminować loty z Polski, staje się dla niego przelotnym i zmiennym zjawiskiem atmosferycznym, jeśli w grę wchodzi odpowiedzialność rosyjska. Błędne dane meteorologów ze Smoleńska o widoczności 800 metrów, gdy realna była parokrotnie mniejsza, nasz ekspert bagatelizuje. "Nieprecyzyjna informacja mogła wynikać ze zmieniających się szybko warunków. Trzeba też pamiętać, że takie wartości zawsze podaje się w przybliżeniu, mgła jest zjawiskiem przyrodniczym."
Nasz ekspert nie tylko postrzega te same zjawiska w skrajnie odmienny sposób, ale posiada parapsychologiczne zdolności. "Po jego [jaka 40] ryzykanckim lądowaniu Rosjanie nabrali przekonania, że polskie samoloty są wyposażone w specjalistyczny sprzęt, który pozwala lądować przy niesprzyjającej pogodzie." Hypki pisze to bez bez żadnego uzasadnienia i nie podaje nawet, skąd o tym wie. Sytuacja na wieży, gdzie kontrolerzy skarżą się na naciski zwierzchników, to dla niego sprawa normalna. Itd. Oto ekspert.
A w Polsce funkcjonuje ich legion. To dla nich, a szerzej, ich stronnictwa każda relatywizacja odpowiedzialności rosyjskiej jest dobra, tak jak i każdy argument, który sugerować będzie winę polską. Marek Borowski na trybunie sejmowej za dowód w sprawie uznał żart jaki w momencie startu rzucił pilot tupolewa. Powiedział kolegom z jaka: "zobaczycie jak lądują debeściaki".
Uważajmy na dowcipy. Możemy zostać za nie skazani. A kiedy okazuje się, że nawet te pseudodowody są fałszem, to powołujący się na nie nie tylko nie czują się w obowiązku przyznać do tego, ale w ich miejsce przywołują natychmiast inne, równie miarodajne. Świadectwem koronnym nacisków prezydenta na załogę miało być sformułowanie kogoś w kokpicie: "wkurzy się". Kto? Oczywiście prezydent. Abstrahując od tego, że wszystko wskazuje iż nie padło ono, to przecież było oczywiste. Każdy "wkurza się" gdy nie trafia do celu i nie może zrealizować ważnego zadania. I bez względu na to czy w samolocie znajdowałby się prezydent, premier, minister czy prezes załoga mogłaby wymieniać tego typu uwagi. Dochodzimy więc do sprawy fundamentalnej. Winą prezydenta było to, że znalazł się na pokładzie samolotu. Niech kto udowodni, że załoga nie czuła za sobą jego obecności!
A wina prezydenta jest sprawą zasadniczą. Jeśli nie możemy obciążyć nią Rosjan, a nie możemy bo ocieplenie i zaufanie i mogą się zezłościć, to jeśli nie był winny prezydent, to odpowiedzialność spoczywa na rządzie. To rząd odpowiada za przygotowanie prezydenckiej wizyty, zabezpieczenie jej i transport. To w gestii rządu są wszystkie zajmujące się tym służby. Sprawa jest więc jasna. Winien musi być prezydent Kaczyński.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA