fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Raport MAK o katastrofie smoleńskiej - i co dalej

Fotorzepa, Kuba Kamiński kkam Kuba Kamiński Kuba Kamiński
Możemy zapłacić za oddanie całego śledztwa Rosjanom
W środę się okaże, czy Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), publikując końcowy raport z badania przyczyn katastrofy smoleńskiej, uwzględnił polskie zastrzeżenia do poczynionych ustaleń.
Ich lista – jak informowali przed kilkoma tygodniami przedstawiciele naszego rządu – była długa. Co jednak, jeśli te uwagi nie zostały przez Rosjan zaakceptowane?
 
 
Możemy niewiele. Formalnie do raportu zostanie dołączony protokół rozbieżności, w którym znajdą się polskie zastrzeżenia. Ich praktyczne znaczenie będzie niewielkie. Na ich podstawie bowiem MAK nie wznowi badań katastrofy, nie dokona także żadnych uzupełniających czynności wyjaśniających.
Pozostaje droga przewidziana w konwencji chicagowskiej. Możemy przesłać raport z zastrzeżeniami do Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego. Zdaniem ekspertów raczej nie należy się spodziewać, że z powodu rozbieżności organizacja ta wejdzie w spór z Rosjanami. Potraktuje raport jako materiał poglądowy, jak zapewnić w przyszłości większe bezpieczeństwo w ruchu lotniczym.
Może więc spór międzynarodowy? Zdaniem prof. Genowefy Grabowskiej, ekspert prawa międzynarodowego, jego rozpoczęcie może być bardzo trudne. Rząd Federacji Rosyjskiej nie byłby w nim stroną. Autorem raportu jest przecież MAK, organizacja niezwiązana bezpośrednio z rosyjskim rządem, o niejasnym statusie prawnym. Nie jest więc dla polskiego rządu partnerem do prowadzenia klasycznego sporu międzynarodowego.
Gdyby MAK był agendą rządową, sprawa byłaby prostsza. W takiej sytuacji są środki prawne, aby taki spór rozwiązać, choćby powołując wspólną komisję badawczą, która rozstrzygnie rzecz co do faktów.
Komisje śledcze międzypaństwowe można ustanowić na podstawie konwencji haskiej o pokojowym załatwianiu sporów z 1907 r.
Jedynym wyjściem z sytuacji mogłoby być przerzucenie sporu o treść raportu z poziomu MAK na poziom rosyjskiego rządu, wykazując, że to on jest odpowiedzialny za rzetelne wyjaśnienie przyczyn katastrofy na swoim terytorium i nierespektowanie polskich zastrzeżeń i uwag.
Cała operacja może się jednak nie udać, gdyż w kwietniu 2010 r. rząd Donalda Tuska zaakceptował rosyjskie zasady gry, jeśli chodzi o wyjaśnianie katastrofy. A to, że nikt wtedy nie pomyślał o konsekwencjach takiej decyzji, nie powinno być teraz żadnym argumentem dla Kremla.
Raczej nie możemy też liczyć na wsparcie Brukseli. Nadziei na umiędzynarodowienie śledztwa upatrywano w unijnym rozporządzeniu w sprawie badania wypadków i incydentów w lotnictwie cywilnym oraz zapobiegania im, które weszło w życie 2 grudnia 2010 r. Raczej się ono jednak nie przyda. Rosja nie jest członkiem Unii Europejskiej, nie jest więc tym aktem prawnym w żaden sposób związana.
Cóż więc pozostaje? Zwykłe środki komunikacji międzynarodowej. Protesty wysyłane przez naszych dyplomatów wzywające rząd Federacji Rosyjskiej do zajęcia się sprawą. Czy będą skuteczne? Widząc postawę Rosjan, choćby jeśli chodzi o przekazywanie materiału dowodowego, można mieć duże wątpliwości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA