fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mundurowi

Reportaż z poligonu w Biedrusku

Humvee na wyposażeniu NSR
archiwum prywatne, Paweł Rozdżestwieński PR Paweł Rozdżestwieński
Jan Bończa-Szabłowski
Pierwsze promienie słońca oświetlają szaroniebieski kadłub CASY. Samolot jest już gotowy do wylotu z Okęcia, ale aura nad Poznaniem psuje nam szyki. Lotnisko w Krzesinach spowijają chmury, widoczność wynosi zaledwie trzysta metrów. Nie mamy wyjścia – musimy czekać
Zniecierpliwienie narasta z każdą minutą. Program wizyty jest bardzo napięty, a każdy chciałby obejrzeć od środka bazę, gdzie stacjonują polskie F-16 i zamienić choć parę słów z pilotami. Doskonale rozumiemy jednak, że bezpieczeństwo lotu to absolutny priorytet, dlatego nikt głośno nie narzeka.
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/462716,556396.html]Zobacz galerię zdjęć[/link][/b]
W południe dostajemy w końcu zgodę na start. W samolocie CASA jest dość ciasno. Silniki huczą tak, że ciężko usłyszeć osobę siedzącą obok. Nasz lot trwa tylko godzinę, więc da się jakoś wytrzymać. Nie chcielibyśmy jednak znaleźć się na miejscu polskich żołnierzy, którzy w ten sposób transportowani są do Afganistanu. Im przelot (z dwugodzinnym międzylądowaniem) zajmuje aż 16 godzin.
[srodtytul]Wieczna warta[/srodtytul]
Niestety, czterogodzinne opóźnienie sprawia, że o zwiedzaniu bazy możemy definitywnie zapomnieć. Ten fakt wynagradza nam jednak możliwość bezpośredniego obserwowania z płyty lotniska procedury startu i lądowania F-16.
Nie to jednak stanowi główny cel naszego pobytu w Krzesinach. Tak naprawdę jesteśmy tu bowiem po to, by wziąć udział w spotkaniu ku pamięci generała Andrzeja Błasika, byłego dowódcy tamtejszej 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego i dowódcy Sił Powietrznych RP, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem w kwietniu tego roku.
Osoba generała Błasika wywoływała i nadal wywołuje sporo kontrowersji, ale spotkanie w sali kinowej Klubu Garnizonowego przebiega w zupełnie innym nastroju. Ciepłym, chwilami wręcz nostalgicznym. Zarówno bowiem dowódca jednostki, płk Cezary Wiśniewski, jak i zgromadzeni piloci, dzielą się wspomnieniami pozwalającymi spojrzeć na generała nie tylko jako na żołnierza, ale i zwykłego człowieka, niepozbawionego poczucia humoru i będącego zawsze do dyspozycji swoich podwładnych. Chwilami można odnieść wrażenie, że mowa o kimś, kto wciąż jest obecny wśród nas. I tylko dywan z suchych liści ułożony na podłodze przypomina, że to moment zadumy nad bezpowrotnie minionymi czasami.
[srodtytul]W muzeum interaktywnym[/srodtytul]
Po skromnym żołnierskim posiłku nasze autobusy obierają kurs na Poznań, gdzie zostajemy zakwaterowani w hotelu. Kolejnym punktem programu ma być wizyta w Muzeum Broni Pancernej Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych.
Po ogłoszeniu tej informacji wszyscy wyraźnie się ożywiają. Słyszeliśmy z opowiadań, że hangary muzeum kryją naprawdę ciekawe eksponaty, jednak naszą wyobraźnię pobudza przede wszystkim obietnica „dotknięcia historii”.
Docieramy na parking muzeum. Niezbornie wysiadających z autokaru do porządku doprowadza karna zbiórka. Kustosz major Tomasz Ogrodniczuk, przedstawia swoją załogę, a następnie zaprasza do eksploracji czeluści hangaru. Sygnałem zachęty jest dla nas ryk silnika czołgu T-34, który niczym potwór gąsienicami szatkuje beton, by potem z majestatem powrócić na swoje miejsce.
Zaczynamy zwiedzanie. Mamy możliwość stanąć między innymi w konkury w kategorii „jak szybko potrafisz zwiedzić czołg”. Możemy zaciągnąć się zapachem paliwa wydobywającego się z silnika działa samobieżnego STuG IV. Ekipa muzeum umożliwia również przejażdżkę wozem pancernym typu halftruck, który na swój pokład bierze wielu chętnych redaktorów.
Paweł: – Kręci mi się łezka, kiedy widzę znany każdemu najprawdziwszy czołg T-34/85 - RUDY 102.
Kolos odpoczywa po wielu bojach stoczonych nie tylko na ekranie telewizora.
Muzeum zgromadziło 28 pojazdów (m.in. lekki czołg rozpoznawczy T–70, czołg średni T 34/76 i T 34/85, czołg średni T–54, czołg ciężki JS-3 i JS – 2 oraz samochody pancerne marki: volvo 760 GLE i peugeot 604 TI). Każdy z nich można dotknąć lub zwiedzić od środka. Nasi gospodarze deklarują, że większość maszyn jest w każdej chwili gotowa do wyjazdu o „własnych siłach”.
Pasjonat rekonstrukcji historycznych oraz znawca tematyki powstania wielkopolskiego, Jacek Czypicki, za pomocą swej makiety cofa nas w czasy średniowiecza. Na wykonanym przez niego 15-metrowym modelu uchwycił jeden z ciekawszych i znaczących według niego momentów bitwy pod Grunwaldem. W tym samym czasie zza okna na podwórzu silnych wrażeń dźwiękowych dostarczają nam wystrzały z niewielkiej repliki armaty. Skonstruował ją Janusz Rau, zwany Szalonym Dziadkiem.
Paweł: – Nie ukrywam, że mnie, skromnego uczestnika rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem, huk tego cacka wprowadził w wyjątkowo dobry nastrój.
Przez pozostałą część wieczoru za pomocą eksponatów, przy ciekawej opowieści przewodnika, poznajemy część historii Wielkopolski. Pracownicy muzeum są dosłownie kopalnią wiedzy historycznej i technicznej, gotowi w każdej chwili zabawić niejednego malkontenta ciekawą anegdotą, nie zawsze wyłącznie historyczną.
[srodtytul]Strzelać każdy może[/srodtytul]
O 7.30 następnego dnia, na zbiórce przed hotelem, nasz wojskowy opiekun wręcza identyfikatory bojowe. Za kilka godzin mamy się przekonać, kto z nas zostanie strzelcem wyborowym.
Na miejscu zostajemy podzieleni na cztery grupy. Każda z nich kolejno ma wykonywać zadania strzeleckie na trzech stanowiskach. Czwarte stanowisko to prezentacja egzemplarzy broni będących obecnie na wyposażeniu polskiej armii (wyrzutnik granatów, karabiny snajperskie). Obecni tam żołnierze fachowo przedstawiają każdy przedmiot.
Przy pierwszym ze stanowisk strzelamy z PK, czyli radzieckiego uniwersalnego karabinu maszynowego skonstruowanego przez Michaiła Kałasznikowa. Przy drugim – z karabinka szturmowego Beryl, który jest indywidualną bronią samoczynno-samopowtarzalną. Przed strzelaniem należy pobrać i założyć hełm oraz stopery hałasu. Na komendę instruktora, z magazynkiem kolejno zajmujemy stanowiska bojowe.
Z PK strzelać można z pozycji leżącej w brudzie poligonu lub na stojąco w okopie. Nasza grupa wybiera tryb „na leżaka”. Tylko w takiej pozycji, mając na głowie za ciasny lub za luźny hełm, trzymając palec na spuście, czujesz się jak prawdziwy żołnierz. Huk karabinu i wypadające kolejno łuski po pociskach stawiają każdego w pełnej gotowości. Mięśnie są napięte, a przecież w strzelaniu ważne jest, by się rozluźnić. Walcząc z emocjami i niewprawionym okiem, próbujemy trafić do wyznaczonego celu.
Na koniec szkolenia stajemy oko w oko z pionierem systemu walki i bezpiecznego posługiwania się bronią – BLOS – kapitanem Włodzimierzem Kopciem. Mamy okazję zapoznać się bliżej z polskim pistoletem wist. Każdy z nas zanim dotyka broni musi bezwzględnie zapoznać się z czterema zasadami bezpieczeństwa. B – broń L – lufa, O – otoczenie, S – spust. Każde z tych słów odpowiada pewnym zachowaniom i wpaja użytkownikowi zasady posługiwania się bronią. Ma być ona bezpieczna dla niego, kolegów oraz osób postronnych. „Kapitan BLOS” na wyrywki przepytuje grupę, by następnie po kolei każdemu z osobna pokazać jak trzymać pistolet, jaką przybrać pozycję oraz jak wycelować i oddać strzał. Zadanie polega na strąceniu metalowego manekina oraz ostrzelaniu z niewielkiej odległości tarczy.
[srodtytul]Za kierownicą czołgu[/srodtytul]
Po emocjach na strzelnicy przenosimy się na poligonowy autodrom. Tam do wyboru mamy jazdę w charakterze załogi desantu w transporterze rosomak oraz w bojowym wozie piechoty. Brzmi ekscytująco, ale prawdziwą atrakcję dowódca Ośrodka Szkolenia Poligonowego, starszy chorąży sztabowy Tomasz Kozłowski, zostawia na koniec odprawy. Chętni, po uprzednim szkoleniu na symulatorze, mogą samodzielnie poprowadzić pojazd szkoleniowy na bazie czołgu T-72!
Bartek: – Takiej okazji nie mogłem przepuścić za żadne skarby.
Symulator przypomina wielkie pudło. Do jego wnętrza trzeba się niemal wsunąć. Tym, co najbardziej odróżnia czołg od cywilnych pojazdów, jest brak kierownicy – zamiast niej należy posługiwać się dwoma drążkami sterowniczymi. Gaz, hamulec, sprzęgło czy półautomatyczna skrzynia biegów nie nastręczają żadnych trudności. Sprawa najważniejsza to prawidłowe ustawienie fotela – koniecznie musi być dobrze zablokowany, bo w przeciwnym wypadku jazda po wybojach może zakończyć się poważną kontuzją.
Szkolenie zakończone, czas przesiąść się do prawdziwego czołgu. – Dobrze mnie pan słyszy? – pyta dowódca załogi przez interkom zamontowany w hełmofonie. Po uzyskaniu potwierdzenia dostaję zgodę na wyruszenie na trasę. – Trójka, czwórka, pełen gaz – co chwilę słyszę w słuchawkach kolejne polecenia. Idzie mi całkiem nieźle, więc załoga chce mnie trochę sprawdzić. Celowo każą mi jechać po najbardziej wyboistym fragmencie autodromu. Droga wiedzie przez szereg kilkumetrowej wysokości hopek, pomiędzy którymi zalega błoto.
– Gaz! – krzyczy dowódca. Wciskam pedał do oporu. 40-tonowy czołg z impetem wybija się w górę i po chwili uderza o dno rowu. To pojazd treningowy, nie ma górnej warstwy pancerza, więc moja głowa wystaje swobodnie ponad pojazd. W efekcie jestem cały umorusany błotem. Takich wybojów mamy do pokonania jeszcze kilka, wobec czego sytuacja powtarza się za każdym razem. Po każdym skoku mam coraz szerszy uśmiech na twarzy. – Muszę przyznać, że pojechał pan niczym prawdziwy czołgista – chwali mnie dowódca, kiedy docieramy do bazy, a ja wręcz pękam z euforii. Takiego poziomu adrenaliny nie doświadczyłem już dawno.
[srodtytul]Spocznij![/srodtytul]
Po zakończonym szkoleniu otrzymujemy pamiątkowe certyfikaty mające świadczyć o przyjęciu w szeregi bractwa CSWL. Wprawdzie nasze zajęcia to tylko namiastka wojskowego trudu, ale dla dziennikarzy cywilnych to bezcenne doświadczenie. I taki jest główny cel cyklu Spotkania z Armią, organizowanego pod patronatem Redakcji Wojskowej i „Polski Zbrojnej”, którego czwarta edycja dobiega właśnie końca. Zmęczeni, brudni, ale bogatsi o solidną porcję wiedzy o służbie wojskowej „od środka” możemy wykonać komendę „spocznij”.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA