Biznes

A1 wraca w prywatne ręce?

Fotorzepa
To Gdańsk Transport Company, a nie rząd ma prawo budować autostradę A1 między Grudziądzem a Toruniem - orzekł wczoraj Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Ministerstwo Transportu kontratakuje
Od decyzji sądu rząd może się odwołać do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Czy to zrobi, zadecyduje dopiero po otrzymaniu pisemnego uzasadnienia wyroku i analizie dokumentu.
Wyroku nie komentuje Gdańsk Transport Company. - Nie warto na razie spekulować, skoro nie wiadomo, jaki będzie następny krok rządu - mówi Aleksander Kozłowski, członek rady nadzorczej GTC. Jak dodaje, pierwotnie rozpoczęcie budowy 62-km odcinka planowane było na kwiecień 2007 roku, teraz jednak trudno mówić, kiedy inwestycja miałaby się rozpocząć. Odpowiedź resortu transportu poznaliśmy wieczorem. - Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu GDDKiA ogłosi przetarg na wykonawcę tego odcinka - powiedział "Rz" minister transportu Jerzy Polaczek. - Jeśli GTC chce, może się zgłosić. Proces sądowy może się ciągnąć latami, a ja nie zamierzam czekać.
Ceny szybują w górę GTC kończy właśnie budowę 92-kilometrowego odcinka autostrady A1 z Gdańska do Nowych Marzów. Koncesja, na podstawie której realizowana jest inwestycja, przewidywała również, że ta sama firma wybuduje kolejny, liczący 62 km odcinek do Torunia. Plany te pokrzyżował jednak spór pomiędzy firmą a rządem, który zaczął się na początku 2006 roku. Resort transportu stwierdził bowiem, że koncesja, przyznana GTC wygasła wraz ze zmianą w 2004 r. ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Rząd deklarował przy tym, że wybuduje drogę taniej i szybciej niż GTC. Wówczas GTC chciała 7,4 mln euro za km, rząd deklarował, że wystarczy mu nie więcej niż 6 mln euro. I gdyby do wyłonienia wykonawcy przystąpił natychmiast, byłoby to możliwe. Ale nie teraz. Przez półtora roku ceny budowy autostrad wzrosły o ponad 30 proc. Obecnie koszt 1 km drogi w standardzie autostrady płatnej kosztuje co najmniej 9 mln euro. O tym, że nie są to ceny z sufitu, świadczy podpisana w ubiegłym tygodniu umowa pomiędzy rządem a Autostradą Wielkopolską SA. Firma wybuduje 105-kilometrowy odcinek A2 od Nowego Tomyśla do Świecka za prawie 9,7 mln euro za km. W 2004 roku rząd ustalił z Janem Kulczykiem, kontrolującym AW SA, cenę 6,1 mln euro za km. Ciągnące się latami negocjacje dotyczące m.in. sposobu finansowania inwestycji sprawiły, że ostateczna cena drastycznie wzrosła. Za całość przyjdzie zapłacić ponad miliard euro. Rząd może dostać po kieszeni GTC od dawna podkreśla, że chce budować sporny odcinek. - Spółka została powołana do realizacji inwestycji od Gdańska do Torunia - deklaruje Kozłowski. Gdyby to GTC, a nie państwo, miała budować sporny odcinek, nie zacznie się to od razu. Zanim bowiem firma przystąpi do kompletowania dokumentacji, musi wynegocjować z rządem umowę, na podstawie której będzie budować. Obejmuje ona zarówno cenę budowy, jak i kwestię rekompensat finansowych, związanych m.in. ze zbyt małym ruchem, niegwarantującym zysków. GTC dostałaby je, gdyby natężenie ruchu na autostradzie było mniejsze niż 15 tys. pojazdów na dobę. Z symulacji wynika, że na początku z trasy korzystałoby nawet trzy razy mniej pojazdów. Dodatkowym obciążeniem dla państwowej kasy może być również konieczność wypłacania koncesjonariuszowi rekompensat za darmowy przejazd samochodów ciężarowych. Łącznie mowa nawet o 200 - 300 mln zł rocznie. Już kilka miesięcy temu przedstawiciele GTC deklarowali, że dziś nie wyobrażają sobie budowy drogi za uprzednio uzgodnioną kwotę, czyli 7,4 mln euro za km. Opóźnienie gwarantowane Rząd deklaruje, że budowa autostrady A1 zakończy się do 2010 roku. Gdyby natomiast musiał wrócić do żmudnych negocjacji z GTC, kierowcy wjechaliby na ten odcinek najwcześniej w 2012 r. Konsorcjum nie ma na razie ani decyzji środowiskowej, ani projektu budowlanego. - Kosztuje ok. 40 - 50 mln zł. Jego wykonanie nie ma sensu, dopóki nie mamy pewności, że będziemy go realizować - wyjaśnia Kozłowski. Koncesje powinno się odebrać GTC dużo wcześniej, kiedy były ku temu podstawy prawne. Od początku wiadomo było, że rząd do inwestycji tylko dopłaci, bo ruch na drodze będzie zbyt mały. Pozostawało tylko pytanie, ile. Umowę należało rozwiązać już w 2005 roku, nawet kosztem wypłacenia odszkodowania. Później podjęcie takiego kroku powinno zostać poprzedzone gruntownym zbadaniem stanu prawnego. Tymczasem rząd więcej mówił, niż robił, a sądowe rozstrzygnięcie okazało się w pierwszej instancji dla rządu niekorzystne. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest odkładanie niezbędnych dla kraju inwestycji w czasie. Przykładem jest A2 od Nowego Tomyśla do Świecka, gdzie prace mogły się rozpocząć już dawno, czy odcinek od Grudziądza do Torunia, który przy najbardziej optymistycznym założeniu nie zostanie oddany kierowcom wcześniej niż za cztery lata.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL