Teatr

Les Miserables w Teatrze Roma: musical z sukcesem

Edyta Krzemień (Fantine - w środku) efektownie zaśpiewała przebój
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Kto lubi widowiska w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, będzie zachwycony sceniczną precyzją „Les Misérables"
Ta premiera skazana była na sukces. Szum wokół niej nie dopuszczał innej możliwości. A w sobotę, nim w warszawskim Teatrze Roma zabrzmiały pierwsze takty muzyki Claude'a-Michela Schönberga, niezidentyfikowana panienka na scenie wychwalała liczne przymioty szefa Romy i głównego sponsora.
[wyimek][b][link=http://www.rp.pl/galeria/9147,1,541164.html]Galeria zdjęć z „Les Misérables"[/link][/b][/wyimek] Publiczność codziennych spektakli nie będzie już tak nachalnie indoktrynowana, ona zresztą sama ufa Wojciechowi Kępczyńskiemu, który przez 12 lat wychował sobie wierną widownię.
Roma oferuje musicalowy produkt najwyższej jakości. "Les Misérables" to klasyk i arcydzieło gatunku, o rozbudowanej intrydze i efektownej muzyce. Partytura opiera się na wielu misternie przeplatających się motywach. Widza warto jednak uprzedzić: to już nie musical, ale opera, tyle że w wersji pop. Nikt tu nie mówi, nie ma dialogów skrzących się dowcipami. Wszyscy śpiewają na poważnie, nie stroniąc od patosu. Heroizmu nie brak zresztą w akcji o więźniu zbiegłym z galer, który czyni dobro, zmazując grzechy przeszłości. I o rewolucjonistach, którzy podrywają paryski lud do walki. Dla osób sentymentalnych autorzy dodali skrzywdzoną sierotkę oraz wątki miłosne nie zawsze z happy endem. Akcja, wysnuta przez Alaina Boublila z "Nędzników" Wiktora Hugo, rozgrywa się w ciągu 17 lat, a miejsca zdarzeń zmieniają się nieustannie. Kępczyński pokonał tę trudność perfekcyjnie. Spektakl ma świetne tempo, dekoracje przesuwają się bezszelestnie, komputerowe wizualizacje lokalizują poszczególne epizody, a kilka reżyserskich pomysłów, jak choćby smutny koniec podłego Javerta, jest najwyższej próby. A jednak tę konwencję trzeba chcieć zaakceptować, różni się bowiem od tego, co oglądamy na innych scenach. Musical to bajka, nawet wówczas, gdy stara się jak w "Les Misérables" mówić do widza serio. Oglądamy świat umowny, łachmany mają teatralny urok, trud wyzyskiwanych robotnic jest malowniczo zakomponowany. Szkoda zresztą, że reżyser nie dodał drapieżności scenom zbiorowym albo nie popracowała nad nimi choreografka Paulina Andrzejewska. Są zbyt plakatowe. "Les Misérables" to utwór trudny do wystawienia, nie stara się olśnić widza efektami specjalnymi. W porównaniu ze spadającym żyrandolem z "Upiora w operze" barykada paryskich rewolucjonistów wypada skromnie. U Schönberga i Boublila od teatralnej techniki ważniejsze jest wiarygodne aktorstwo. W "Les Misérables" nie wystarczy wyszkolony głos. Śpiewając, trzeba stworzyć wiarygodną postać. Tylko Łukaszowi Zagrobelnemu (rewolucjonista Enjolras) czy Edycie Krzemień (Fantine) śpiewającej przebój "Wyśniłam sen" sama dobra forma wokalna wystarczy. Januszowi Krucińskiemu jako galernikowi Jeanowi Valjeanowi – już nie. Jego szlachetny bohater jest jednowymiarowy i mdły. Zdecydowanie lepsze okazały się czarne charaktery, wyraziście nakreślone przez Łukasza Dziedzica (Javert), Annę Dzionek i Tomasza Steciuka (państwo Thénardier). Zło znów okazało się bardziej efektowne.      
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL