fbTrack

Świat

Protesty opozycji przeciwko Putinowi

ROL
Opozycja organizuje protesty w Kaliningradzie i Moskwie, a Kreml głowi się, jak uspokoić niezadowolonych
Kaliningrad – północny przyczółek Rosji otoczony przez państwa UE – staje się forpocztą społecznego sprzeciwu. Władzom, mimo ustępstw wobec opozycji, nie udaje się tam uspokoić krytyków. Kaliningrad przypomina Kremlowi bolesną prawdę, że wyjścia z sytuacji są tylko dwa: przyzwolenie na zmiany albo przykręcenie śruby.
Opozycjoniści w Kaliningradzie „żegnali” podczas sobotniej manifestacji niepopularnego gubernatora Georgija Boosa, który wprawdzie wciąż sprawuje funkcję, ale z pewnością nie pozostanie na kolejną kadencję. Kreml pod wpływem protestów wykreślił go właśnie z listy kandydatów. „Żegnaj, Boos. Będziemy cię wspominać – źle” – można było przeczytać na plakatach. „Boos! Kocham cię, wracaj do Moskwy!”. Opozycjonistów z różnych ugrupowań – od komunistów, przez demokratów, po ekologów – połączyły postulaty socjalne i ekonomiczne: zniesienie wiz do UE, likwidacja ceł na importowane samochody czy obniżka opłat komunalnych. Wiec tradycyjnie przerodził się w manifestację niezadowolenia. Dostało się nie tylko Boosowi. „Putin do dymisji!”, „Precz z rządem Putina!” – krzyczeli demonstranci. Krytycy władzy i milicja tradycyjnie różnią się w ocenie liczebności protestów. Według tych pierwszych w parku Południowym zebrały się prawie 3 tysiące osób. Organy ochrony porządku twierdzą, że ludzi było znacznie mniej – mniej niż tysiąc. Faktem jest jednak, że protest się odbył i – jak na rosyjskie warunki – był liczny. Dla porównania podczas zorganizowanej wczoraj przez moskiewską opozycję akcji z okazji Dnia Rosyjskiej Flagi (rocznica puczu przeciw Gorbaczowowi w 1991 roku) na ulice wyszło nie więcej niż sto osób. Doszło do aresztowań, bo przemarszu nie uzgodniono z władzami.
Władze tradycyjnie zrobiły wszystko, by odwrócić uwagę od protestów w Kaliningradzie. Na centralnym placu, gdzie początkowo chcieli się zgromadzić opozycjoniści, zapowiedziano najpierw koncert śpiewaka Olega Gazmanowa, a potem – akcję krwiodawstwa dla ofiar pożarów. Działacze przystali na demonstrację na peryferiach, intensywnie promując ją wśród mieszkańców Kaliningradu. – Gdybyśmy mieli centrum, byłoby znacznie więcej ludzi – mówili. Wówczas jednak mogłoby dojść do powtórki z wielkiego styczniowego protestu, gdy na placu przed ratuszem zebrało się ponad 10 tysięcy ludzi. Aktywność kaliningradzkiej opozycji jest poważnym problemem dla rosyjskich władz. Z dala od Moskwy opozycja jest mniej skupiona na ambicjonalnych sporach. Mieszkańcy miasta mają więcej kontaktów ze światem zewnętrznym, łatwiej im podróżować na przykład do Polski czy krajów bałtyckich, oglądają programy europejskich telewizji. Usunięcie Boosa miało buntownicze nastroje uspokoić, ale, ku zaskoczeniu władz, tak się nie stało. – Nie mają za bardzo pomysłu, jak sobie z tym poradzić – mówi Oleg Kaszyn, pochodzący z Kaliningradu dziennikarz „Kommiersanta”. Nikołaj Pietrow z moskiewskiego oś- rodka Carnegie jest podobnego zdania. – Kreml stoi przed tradycyjnym dylematem. Jeśli wyślą tam człowieka z Moskwy, czyli Boosa bis, będzie to samo, bo oddelegowywani do regionów kremlowscy urzędnicy, choć są wierni, nie potrafią zrozumieć lokalnych potrzeb. Z kolei kandydatur miejscowych Moskwa boi się jak ognia, bo nie jest w stanie ich w pełni kontrolować, a tak rozumie skuteczne rządzenie. Ten problem nie dotyczy wyłącznie Kaliningradu – mówi „Rz” Pietrow. Akcje kremlowskiej partii Jedna Rosja, z której najczęściej wywodzą się lokalne władze, spadają w całym kraju. Winien jest i kryzys, i pożary. – To tylko symptomy. Problem jest głębszy, tkwi w organizacji państwa – mówi politolog. Jesienne wybory regionalne za pasem. Będą sprawdzianem poparcia dla władzy. [i]Justyna Prus z Moskwy[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL