fbTrack

Publicystyka

Subotnik Rafała Ziemkiewicza 21.08.2010

Rafał A. Ziemkiewicz
Rzeczpospolita
PiS bardzo ostatnio pomaga Tuskowi i Platformie. Także w sprawie, w której, jak się wydaje, Jarosław Kaczyński (bo PiS to w praktyce od dawna już tylko on) absolutnie nie ma powodu im pomagać ? w sprawie katastrofy smoleńskiej.
Istnieje mnóstwo faktów, z których rząd powinien się wreszcie zacząć tłumaczyć, a z których wytłumaczyć się prawdopodobnie nie jest w stanie. Jest ich tak wiele, że zasadne zaczyna być pytanie, czy odrzucenie złożonej przez prezydenta Miedwiediewa propozycji wspólnego śledztwa i oparcie się, zamiast na właściwej umowie dwustronnej, na konwencji chicagowskiej, (dotyczącej samolotów cywilnych, choć rządowy Tupolew był maszyną specjalnego pułku wojskowego) nie wynikało z czegoś więcej, niż charakterystyczny dla naszej niemal całej „elity” serwilizm wobec obcych mocarstw i strach przed zachowaniami grożącymi niezadowoleniem z ich strony. Czy mianowicie Donald Tusk nie uznał, że śledztwo czysto rosyjskie ułatwi mu odsunięcie w czasie ujawnienie kompromitujących jego rząd faktów i uniknięcie odpowiedzialności za niedociągnięcia?
O tych sprawach pisaliśmy wielokrotnie. Katastrofa była już trzecią w ostatnich latach w polskim lotnictwie wojskowym, która przebiegła według niemal identycznego schematu. Oczywista jest wina rządu za niewłaściwe wyszkolenie pilotów, brak ćwiczeń na symulatorach, trudną sytuację personalną elitarnego pułku, ignorowanie procedur bezpieczeństwa, a wręcz stworzenie bodźców do ryzykownego zachowania (premie za oszczędność paliwa!). Oczywista jest odpowiedzialność za brak właściwego przygotowania wizyty, brak planu zapasowego, nie przekazanie w porę niezbędnych danych stronie rosyjskiej i nie wystąpienie o należyte zabezpieczenie z jej strony. Oczywista jest wreszcie odpowiedzialność rządu za niewłaściwe postępowanie po katastrofie, za pozostawienie ciała prezydenta oraz wszystkich urządzeń należących do samolotu i jego pasażerów (nawet, jeśli nie było tam żadnych danych czy technologii objętych tajemnicą, co nie jest pewne, nikt w pierwszej chwili nie mógł być pewien, czy ich tam nie ma), za niedopilnowanie właściwych procedur identyfikacji zwłok, za publiczne opowiadanie zwykłych kłamstw (w rodzaju zapewnień pani minister zdrowia czy „wrzutki” o jadących do Smoleńska archeologach). A do tego dodać jeszcze trzeba odpowiedzialność polityczną lidera PO za agresywną i kłamliwą propagandę szerzoną przez jego prominentnych współpracowników, mającą na celu obciążenie winą za katastrofę byłego prezydenta i pozbawienie go, nie tylko w ten sposób, czci oraz dobrego imienia. Lista jest bardzo długa. W normalnym kraju już od miesięcy z gmachów rządowych, zwłaszcza z MON, MSZ i Kancelarii Państwa wynoszone byłyby głowy całymi koszami, i jest więcej niż wątpliwe, by swoje ocalili premier i lider rządzącej partii. W każdym razie musiałby bardzo ciężko walczyć o jej uratowanie. U nas nie musi, co wynika nie tylko z faktu, iż wiernie stoi przy nim przytłaczająca większość mediów prywatnych, a publiczne sparaliżował już strach przed nieuchronnym przejęciem przez władzę. Wynika to także z faktu, iż opozycja nie formułuje zarzutów, które formułować powinna. Woli występować z tezami idącymi znacznie dalej, posuniętymi aż do sugestii potężnego spisku, w ramach którego samolot został celowo strącony przez rosyjskie służby specjalne. I to najlepiej przy świadomej współpracy części polskich czynników oficjalnych. Mówiąc poważnie ? hipotezy o zamachu nie można z góry odrzucić. Jedynym argumentem za takim odrzuceniem jest przekonanie, że na coś tak niesłychanego Rosja nie mogłaby się ważyć. Jest to ten sam argument, którym Zachód przez wiele lat odrzucał np. prawdę o Katyniu i wielu innych, dziś niewątpliwych zbrodniach ZSSR. Oczywiście, dzisiejsza Rosja nazywa się inaczej, ale jest prostą kontynuacją tamtego zbrodniczego państwa, jej obecne służby są wciąż tymi sami służbami, a premier Putin i większość elity państwowej to przecież ich wychowankowie. Niemniej, hipoteza zamachu jest tą najdalej idącą i powinna być traktowana jako ostateczna. To znaczy, brana publicznie pod uwagę dopiero po wykluczeniu innych możliwości. Tym bardziej, że trudno wskazać racjonalny cel zamachu. A zarazem, lista wspomnianych wyżej niedociągnięć polskich władz oraz równie długa lista nieprawidłowości po stronie rosyjskiej jak na razie każe raczej zakładać, że katastrofa była skutkiem splotu karygodnych zaniedbań, zignorowania zasad bezpieczeństwa i elementarnych procedur lotniczych oraz nieprzygotowania lotniska do przyjmowania tego rodzaju maszyn w trudnych warunkach pogodowych. Wszystko to w połączeniu z błędami ludzkimi. Startując od razu z hipotezą najdalej idącą, brzmiącą mniej prawdopodobnie i przy obecnym stanie wiedzy trudną dla opinii publicznej do poważnego traktowania, opozycja niejako zdejmuje z rządu odpowiedzialność za jego oczywiste, choć mniej spektakularne niż celowy zamach winy. Propaganda establishmentu już od pierwszych dni po katastrofie formułuje fałszywą alternatywę – albo uznajesz za oczywiste, że zawinił pilot i nie wiadomo po co pchający się do Katynia prezydent, albo jesteś wariatem plotącym androny, że Ruskie wyprodukowali sztuczną mgłę i zestrzelili Kaczyńskiego rakietą. PiS i sprzyjające mu środowiska wolą jednak raczej mówić o „zbrodni smoleńskiej” niż o katastrofie. Taka zbrodnia doskonale pasowałaby bowiem do wizji świata, jaka jest dla PiS korzystna. Odbierałaby ona całkowicie legalność władzy wybranej głosami większości społeczeństwa, i, cokolwiek o tak głosującym społeczeństwie kto myśli, wciąż cieszącej się w nim większym od opozycji poparciem. Cofałaby nas też w epokę walk o niepodległość, w czas wojennej mobilizacji przeciwko sowieckiemu okupantowi i jego lokalnym kolaborantom. Odsunęłoby to wszystkie pytania o zdolność PiS do sprawowania władzy, program gospodarczy, itp. ? tak samo, jak swego czasu nie zadawano takich pytań opozycji antypeerelowskie czy Armii Krajowej. Wiara, że po Smoleńsku jesteśmy znowu w tym samym punkcie, co przed Okrągłym Stołem, jest więc dla „żelaznego elektoratu” bardzo wygodna, ustawia świat na znanych pozycjach, pozwala odwołać się do wyuczonych od pokoleń odruchów i sposobów działania. Ma tylko jedną wadę: całkowicie nie nadaje się na strategię polityczną w demokratycznym państwie, w którym o władzy decydują wybory. Tylko że ? jak wszystko wskazuje ? PiS, to znaczy Jarosław Kaczyński, nie chce już takiej strategii. Jeśli bowiem odrzucić śliskie dociekania psychologiczne, to jego postępowanie po przegranych wyborach prezydenckich można logicznie wyjaśnić tylko w jeden sposób: Kaczyńskiego nie interesuje tego rodzaju zwycięstwo, jakie może mu dać dobry wynik wyborczy. Zresztą niektórzy z jego sympatyków mówią to zupełnie otwarcie. Powiedzmy, że utrzymałby swój wizerunek z wyborów prezydenckich, że by się uśmiechał, gratulował Komorowskiemu zwycięstwa, deklarował szacunek i współpracę z PO, a na wylewanie mu na głowę kolejnych nocników przez Niesiołowskiego i Palikota reagował tylko wznoszeniem oczu do nieba i odwoływaniem się do wyborcy. I wygrałby za rok wybory. Ale czy wygrałby aż tak, żeby móc rządzić samodzielnie? Mało prawdopodobne. Albo powstałaby koalicja „wszyscy przeciwko Kaczyńskiemu”, albo on sam musiałby wejść w jakąś koalicję. I znowu ugrzązłby w „imposybilizmie”, a media dzień po dniu bombardowałyby go zarzutami i obrzydzały; słowem, powtórzyłaby się historia sprzed kilku lat. Kaczyński, będący już w innym niż parę lat temu punkcie swego życia i służby, stawia więc sprawę inaczej: wszystko albo nic. Przekonamy społeczeństwo, że Polska nie jest niepodległa, że obecna władza jest nielegalna, że trzeba wszystko odrzucić i wszystko rozpocząć jeszcze raz, od nowa; nie będziemy się wdawać w żadne konszachty z tą władzą, bo tylko utracilibyśmy wiarygodność. Nie interesują nas zgniłe kompromisy, interesuje nas drugi Sierpień i zmiana całkowita, rewolucyjna. Że dziś wydaje się to absolutnym urojeniem? Fakt. Ale, jak wielokrotnie pisałem, Jarosław Kaczyński dwa razy w życiu przeżył cud, a jak ktoś przeżył dwa cudy, to nikt go nie przekona, że trzeci nie jest możliwy. A na razie niech Polska gnije. W opisanym tu sposobie rozumowania ? musi przegnić do cna, żeby się odrodzić. A co będzie, jak przegniwszy do cna, bynajmniej nie dostanie szansy odrodzenia się pod rządami Kaczyńskiego, tylko znowu zniknie z mapy? Na nie wiadomo jak długo? Ciekawe, czy prezes PiS się nad tym zastanawia.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL