fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Maszyny do confetti nie odpalono

ROL
- Wybory utrudniły trwałe zdominowanie sceny politycznej przez PO – mówi „Rz” socjolog
[b]Rz: Czy będzie przemeblowanie w polskiej polityce po tych wyborach?[/b]
[b]Tomasz Żukowski, socjolog:[/b] Oczywiście. Nie będę się spierał, czy jest to jakościowa czy ilościowa zmiana. W każdym razie jest to zmiana ważna.
[b]Na czym polegająca?[/b]
Te wybory unieważniły, a w każdym razie bardzo utrudniły, trwałe zdominowanie sceny politycznej przez jeden obóz, wielonurtową PO.
[b]Wielonurtową, czyli jaką?[/b]
Taką jak na przykład meksykańska Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna albo włoska chadecja sprzed lat. Z bardzo rozbudowanym centrum i frakcjami prawicową i lewicową. To utrudnia, a nawet uniemożliwia, powstanie silnej konkurencji. Może być wówczas co najwyżej dwóch słabych partnerów. Przed wyborami zdawało się, że będą nimi SLD i osłabione PiS. Taką próbę zdominowania podejmowano w polskiej polityce już kilka razy.
[b]Kiedy?[/b]
Najbliżej realizacji tego scenariusza był Aleksander Kwaśniewski po wyborach w 2000 r. Gdy ponownie wygrał, już w I turze. Ten plan rozsypał się jednak po konflikcie Kwaśniewski – Miller i po aferze Rywina. 
[b]Wróćmy więc do tu i teraz...[/b]
Te wybory prezydenckie mogły dominację Platformy Obywatelskiej pogłębić, gdyby  kandydat tej partii wygrał  bezproblemowo. Najlepiej w I turze. Z tego powodu Platformie tak zależało na zwycięstwie 20 czerwca.
[b]Właściwe dlaczego?[/b]
Wtedy uruchomiony zostałby kalendarz, jak wszystko na to wskazuje, trzech szybkich wyborów. Bo także samorządowych i parlamentarnych. PO zdobyłaby wszystkie wielkie miasta i sejmiki wojewódzkie. I to być może samodzielnie. To był plan strategiczny Platformy, opisywany i omawiany przez wielu obserwatorów. 
[b]I co się stało?[/b]
Maszyna do wystrzeliwania confetti nie została odpalona. Ściągnięto ją do sztabu Komorowskiego na I turę. Ale nie było jej wtedy po co odpalać. I nie zrobiono tego także w ostatnią niedzielę. Sztabowcy PO nie byli pewni, czy prognoza OBOP jest trafna. Nikt zresztą nie był tego pewien.
[b]A mówiąc bardziej poważnie?[/b]
PO ten scenariusz hegemonii może po tych wyborach  jednak jeszcze próbować realizować. Choć nie zalecam.
[b]Dlaczego pan nie zaleca?[/b]
Bo to nie jest dobry scenariusz z punktu widzenia demokracji. I jednocześnie będzie zapewne nieskuteczny. Jarosław Kaczyński zdobył prawie 8 mln głosów, tylko trochę mniej niż jego brat pięć lat temu. Odwrócił tendencję. Nie do tego stopnia, żeby wygrać, ale na tyle, aby zostało to przez wszystkich zauważone. I przez wyborców, i polityków lokalnych. I kolejna sprawa: od 2005 r. do niedawna większy potencjał zawierania różnych koalicji miała PO. Teraz ma go PiS.
[b]Większy? Chyba obie partie mają taki sam?[/b]
PO w tej konkurencji – kluczowej dla rządzenia – traci. A PiS zyskuje. Jeśli uznamy, że do wyniku Komorowskiego przyczyniła się większość wyborców SLD, a do wyniku Kaczyńskiego większość wyborów PSL i mniejszość wyborców SLD, to wychodzi mniej więcej po równo. PiS może zatem podejmować współpracę i z PSL, i z SLD.
A PO straciła też możliwość zamienienia w taką sojuszniczą przystawkę SLD. To było możliwe zapewne przy Olejniczaku i Kaliszu, ale nie jest możliwe przy Napieralskim. On odrzucił nieuchronność tego scenariusza. I wykazał dużo energii w kampanii, by udowodnić, że ma rację. To mu przyniosło niezły wynik.
[wyimek]Platforma może jeszcze próbować zrealizowaćscenariusz hegemonii[/wyimek]
[b]To jest tak „różowo” z pana punktu widzenia, bo przecież był pan doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego...[/b]
PO ma teraz przed sobą trzy scenariusze.
[b]Pierwszy?[/b]
Próba powrotu do hegemonii poprzez przyspieszenie kalendarza politycznego. Choćby poprzez szybkie przeprowadzenie wyborów samorządowych, być może wspólnie z parlamentarnymi.
[b]Premier powiedział w wieczór wyborczy, że nie można Polakom tak ciągle fundować wyborów.[/b]
Można powiedzieć, że teraz jeszcze robimy wybory, a następne będą dopiero za cztery lata. I przez te 1500 dni będzie zgoda i wreszcie zrobimy reformy. Pojawić się też mogą argumenty dodatkowe, że będzie taniej, że nie będzie wyborów w takcie naszej prezydencji w UE itp. Byłaby to gra na wykorzystanie mobilizacji wyborców z kampanii prezydenckiej.
[b]Ten wiatr mobilizacji wieje w obie strony, także dla PiS.[/b]
Może i tak. Ale wszystko wskazuje, że dla PO za rok będzie trudniej, a za dwa lata jeszcze trudniej. Bo zła koniunktura, bo koszty reform.
[b]Drugi scenariusz?[/b]
Uzyskanie hegemonii poprzez zdominowanie  demokratycznych instrumentów władzy. Jeden obóz instrumentuje reguły gry. Czyli np. wycofanie się z finansowania partii z budżetu, podporządkowanie sobie mediów publicznych i – co ważniejsze – komercyjnych. Jeśli PO zdecyduje się na wariant dążenia do osiągnięcia przewagi instytucjonalnej, będzie chciała „grać” w to długo.
[b]Jakie byłyby konsekwencje?[/b]
Chodzi o to, by wybory parlamentarne odbyły się jak najpóźniej.
[b]A trzeci scenariusz?[/b]
Byłoby to funkcjonowanie dwóch równorzędnych obozów postsolidarnościowych. PO przyjęłaby do wiadomości, że taki podział się stabilizuje.
[b]Jak to „przyjęcie do wiadomości” miałoby wyglądać?[/b]
PO świadomie samoogranicza się na swoim prawym skrzydle, a równocześnie powstrzymuje możliwość powrotu do pierwszej ligi SLD. Oznaczałoby to, że PO staje się formacją bardziej centrową niż centroprawicową, z silnym skrzydłem lewicowym. Oczywiście bardziej liberalnym niż socjalnym. Wtedy PO mogłaby mieć sympatię mediów komercyjnych bez konieczności ich podporządkowywania.
[b]To chyba jakiś księżycowy scenariusz.[/b]
To się w pewnym stopniu zaczęło już dziać. Pomiędzy I a II turą 2 proc. wyborców Kaczyńskiego przeszło do Komorowskiego. Ale w tym samym czasie 4 proc. wyborców Komorowskiego poparło Kaczyńskiego.
Może więc scena polityczna ułożyć się w ten sposób, że PiS stanie się dużą republikańską partią centroprawicową. Społeczną, ze skrzydłem konserwatywno-liberalnym. O możliwości takiej przemiany świadczy umieszczenie na pierwszej linii frontu Pawła Poncyljusza, Joanny Kluzik-Rostkowskiej i kilku innych osób.
[b]A Platforma?[/b]
Zajmuje się ograniczeniem ekspansji Napieralskiego. W ten sposób mamy dwie partie postsolidarnościowe, a lewica pozostaje trwałym elementem na poziomie powiedzmy 15 proc. Ten scenariusz nie jest specjalnie wydumany, bo działa z powodzeniem od kilkudziesięciu lat w takim kraju jak Irlandia.
[b]Co by to oznaczało?[/b]
Że Polska na pięć – dziesięć lat staje się względnie stabilna. Obie formacje mogą znaleźć wspólny język. Tak było przecież w latach 2005 – 2006. Przypomnę: wspólne głosowanie w kilku kwestiach gospodarczych, przy powołaniu CBA, rozwiązaniu WSI. Jedyny z PO, który się wyłamał, jest teraz prezydentem. Ale wtedy był w tym głosowaniu osamotniony. Ten trzeci wariant osobiście preferuję, bo jestem zwolennikiem pluralizmu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA