fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lepiej nie wiedzieć nic

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Subotnik Ziemkiewicza
Donald Tusk, złapany przez Putina w pułapkę, o której pisałem tu już kilkakrotnie, zdecydował się na ruch niespodziewany: natychmiastowe ujawnienie stenogramów rozmów z kokpitu tupolewa. Jak to on, jeszcze dzień wcześniej zapowiadał co innego, ale potem nagle zdecydował się cisnąć w diabły propagandową grę, prowadzoną na rzecz swojego „pełniącego obowiązki” ? grę, mającą w mówić Polakom, że decyzję podejmuje znana z Wikipedii Rada pod przewodnictwem wspomnianego p.o. Nawiasem mówiąc, rozgrywanie tej sprawy pokazuje, że rozsławiony niedawno przez „Newsweek” „niewidzialny doradca” premiera przywykł już uważać naród za kompletnych idiotów, bo przecież żadna Rada konstytucyjnie nie mogła tu mieć nic do rzeczy, jest ona tylko organem doradczym prezydenta, a i p.o. prezydenta nie miał tu żadnej decyzji do podjęcia. Ale trudno się dziwić, jak dotąd takie traktowanie opinii publicznej zawsze się Platformie opłacało.
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/06/05/lepiej-nie-wiedziec-nic/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Mniejsza ? w każdym razie dobrze się stało, że stenogramy, czy raczej ich część, została upubliczniona. Choć głównym rozmówcą w kabinie okazuje się na razie niejaki „niezr.”, spekulacje, które kilka dni temu kwitły w najlepsze, zostały bardzo utrudnione. Co nie znaczy, oczywiście, że ustaną. Zbyt liczni i zbyt wpływowi są ci, którzy chcą głosić, i chcą sami wierzyć, że winnym katastrofy jest śp. Lech Kaczyński. Choć nie sposób dopatrzyć się w wizycie w kabinie śp. dyrektora Kazany jakiejkolwiek formy wywierania presji na pilotów, a odczytywanie karty pokładowej przez śp. generała Błasika sprawia raczej wrażenie, iż przyszedł on pomóc załodze, odciążając ją z części procedur, niż na nią naciskać ? ludzie, którzy od pierwszej chwili po katastrofie wiedzą swoje, wiedzieć będą nadal.
Dziennikarski „cyngiel” gazety, której reakcją na tragedię był serial „przypomnień” oskarżający zmarłego prezydenta o nierozumne naciski na lądowanie w ogarniętym wojną Tbilisi, rozpowiadał w ostatnich dniach, jakoby śp. Arkadiusz Protasiuk miał w ostatniej rozmowie z załogą jaka w odpowiedzi na ostrzeżenia o fatalnej pogodzie chełpić się „zaraz zobaczycie, jak lądują debeściaki”. Ta „miejska legenda” o słowach, które rzekomo gazeta znała od pilotów jaka, ale nie chciała drukować z szacunku dla rodzin załogi tupolewa, była najwyraźniej częścią standardowej wiedzy ludzi, którzy od dawna bardziej przypominają sektę, niż redakcję; skoro ochoczo dzielili się tą „wiedzą” z innymi dziennikarzami, musieli sami w nią wierzyć. Jest zresztą wiele przykładów, iż w tym środowisku wiara, że „Lech Kaczyński zabił siebie, żonę i 94 inne osoby” jest już wręcz elementem środowiskowej identyfikacji, jedną z rzeczy, odróżniających „człowieka na pewnym poziomie” od wyznającego „teorie spiskowe” motłochu. Wystarczy choćby zerknąć na wideo z wypowiedzią Romana Kurkiewicza, jednego z prowadzących radia Tok FM, nagraną podczas warszawskich targów książki przez blogera Salonu24.
Czy wspomniany „cyngiel” przejawia jakąkolwiek refleksję po tym, jak okazuje się, że słowa, o których opowiadał, w stenogramach się nie pojawiają? A skąd. Skupia się w redakcyjnym komentarzu na obecności w kokpicie Mariusza Kazany, zwracając uwagę, że po słowach „nie ma jeszcze decyzji prezydenta co robić dalej”, następna jego wypowiedź jest niezrozumiała, i zapowiada, że o te słowa „wkrótce wybuchnie spór”. Jasne, on i jego gazeta nam to gwarantują. Już niedługo, na pewno jeszcze przed wyborami ogłoszą, że odcyfrowali brakującą część zapisu i brzmi ona mniej więcej: „prezydent każe lądować za wszelką cenę, panie generale, proszę dopilnować wykonania rozkazu najwyższego zwierzchnika”.
Decyzja Tuska popsuła trochę chłopakom zabawę, ale nie zatrzyma rozkręconej maszyny propagandowej, która od dwóch i pół miesiąca wbija Polakom w głowy, że wyłączną winę za katastrofę ponosi polski pilot, którego usprawiedliwia jedynie wywierany nań nacisk.
Opisywałem w jednym z felietonów ? na podstawie relacji biznesmenów i urzędników, którzy mieli przykrość załatwiać różne sprawy z rosyjskimi władzami ? typową rosyjską metodę wodzenia kontrahentów czy partnerów zagranicznych za nos. Szef jest serdeczny, otwarty i na wszystko się zgadza, wszystko, zapewnia, jest załatwione, i odsyła do podwładnego, który ma tylko załatwić formalności; a ów podwładny mnoży problemy, przewleka, wynajduje trudności, odsyła w nieskończoność do Annasza i Kajfasza. Idę o zakład, że tak właśnie rozegrano i Tuska. Putin obiecał mu wszystko, a potem się okazało, że wszystko idzie jak po grudzie. Polscy prokuratorzy nie mogą się doprosić protokołów i zeznań, które ich interesują, archeolodzy nie mogą się doprosić zgody na wjazd, obiecane przekazanie kopii czarnych skrzynek jest stale odkładane, a gdy już pod okiem kamer przyjeżdża delegacja po ich odbiór, to Rosjanie nagle uzależniają spełnienie obietnicy od podpisania dodatkowego memorandum, zobowiązującego Polskę do utrzymania zapisów w tajemnicy tak długo, jak długo będzie tego chciała strona rosyjska.
A tymczasem, mimo całej propagandy pożytecznych idiotów i zaprzedanych agentów wpływu (trudno bez poufnej wiedzy jednych od drugich odróżnić) społeczeństwo zaczyna rozumieć, że jesteśmy zwyczajnie robieni w konia. Że oficjalne śledztwo z góry założyło jedną tylko hipotezę, winę polskich pilotów, i nie bada żadnej innej, że zeznania kontrolerów lotu utajniono, albo nawet w ogóle kontrolerów nie przesłuchano, że na lotnisku po katastrofie panowała panika, że załogę jaka zapędzono do samolotu i przez trzy godziny zeń nie wypuszczano, by nie widziała, co się dzieje, że zachowanie służb rosyjskich po katastrofie nosi wszelkie znamiona zacierania śladów… Możliwe, że Tusk wie znacznie więcej i spodziewa się, że jeszcze jakaś istotna wiedza dotrze w końcu do opinii publicznej, bo przecież co najmniej kilkunastu polskich świadków nie podzieliło się jeszcze opowieściami o pierwszych chwilach po katastrofie, i miejmy nadzieję, że nie spotkają ich nagle wszystkich żadne tajemnicze przypadki, zanim to zrobią.
Odtajnienie stenogramu, bez czekania, aż uda się pic z Radą Bezpieczeństwa Narodowego i rzekomo mającym cokolwiek do powiedzenia p.o. było w tej sytuacji decyzją podjętą dla ratowania twarzy. Decyzją śmiałą, ale mając tyle do stracenia, zdecydował się wreszcie premier na to, co powinien zrobić od razu ? na postawienie się Kremlowi i podjęcie samodzielnej decyzji. W tym wypadku rzeczywiście dobrej i potrzebnej. Ale ta decyzja nie niweluje skutków błędu, jakim było potulne oddanie całego śledztwa władzom rosyjskimi, nawet bez próby powołania się na obowiązujące prawo, tak samo, jak nie niweluje skutków tego błędu wczorajsze podpisanie umowy o pomocy prawnej z rządem rosyjskim. W festiwalu ekspertów i pseudoekspertów komentujących stenogramy umykają uwadze rosyjskie pomruki, że polski rząd „złamał prawo międzynarodowe” i ustalenia, że rosyjska komisja nie gwarantuje za zgodność ujawnionego materiału z faktami (czyli wszystkie stemple na stenogramach są ważne tylko w wersji tajnej) i że ten krok może „popsuć” współpracę. Na razie to tylko sygnały: „wcale nie musimy ci pozwalać na takie zachowanie”. Decyzja o dalszym postępowaniu z premierem Polski na razie nie została jeszcze najwyraźniej podjęta.
Ze stenogramów wiemy tylko tyle, że niemal do ostatniej chwili załoga nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Prawdopodobnie wcale nawet nie podchodziła do lądowania ? chciała raczej powtórzyć manewr iła sprzed kilkunastu minut, czyli zniżyć się nad lotniskiem z wysuniętym podwoziem, dla wysondowania sytuacji; wskazuje na to pozostawienie w stanie aktywności autopilota. Coś sprawiło, iż załoga nie orientowała się w pozycji samolotu i prędkości opadania. Błąd pilota? Błąd wieży? Błąd instrumentów? Jakieś inne okoliczności? Aby cokolwiek domniemywać, trzeba znać inne zapisy z „czarnych skrzynek”, a tych nie mamy.
Propagandyści, którzy od pierwszych chwil po katastrofie wiedzą, kogo za nią winić, pewnie zgrzytają zębami, że premier nie podtrzymał ich starań przynajmniej do 4 lipca. A premier, jak sądzę, uznał, że sytuacja jest zbyt poważna i że nie warto przeciągać spekulacji do wyborów, bo gdy potem opinia publiczna zorientuje się, jak z nią pogrywano, cena do zapłacenia może być większa od zysku.
A Rosjanie powtarzają konsekwentnie, że „czarne skrzynki” mogą (mogą!) być po zakończeniu prac komisji oddane Polakom. Mogą to nie znaczy muszą.
Dzięki stenogramom mamy przynajmniej potwierdzenie, że nadal nic nie wiemy. Lepsza niewiedza od dezinformacji.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA