fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czekając na polityczny cud

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Przesłanie kampanii Lecha Kaczyńskiego można już odgadnąć. Polacy mają polubić starszego szacownego profesora, który w chwilach krytycznych potrafi znaleźć ton narodowej godności – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2010/02/11/czekajac-na-polityczny-cud/" "target=_blank/]Skomentuj[/link][/b]
Najnowsze sondaże prezydenckie "Gazety Wyborczej" i "Rzeczpospolitej" okazały się zimnym prysznicem dla PO. W sondażu "GW" w pierwszej turze Lech Kaczyński uzyskuje tyle samo głosów co Bronisław Komorowski, a z Radosławem Sikorskim przegrywa tylko 4 procentami, natomiast w sondażu "Rz" Lech Kaczyński z wynikiem 18 proc. wygrywa jednym punktem z Komorowskim.
To oczywiście wyniki dotyczące pierwszej tury. Według obu sondaży w drugiej turze obecny prezydent ponosi porażkę zarówno z Komorowskim i Sikorskim, jak i z Andrzejem Olechowskim. Problem polityków Platformy polega więc na tym, iż nie mogą być oni pewni, że ich kandydat do tej drugiej tury w ogóle wejdzie.
[srodtytul]Ujawnione konflikty [/srodtytul]
Decyzja Donalda Tuska o wycofaniu się z prezydenckiego wyścigu rozsupłała worek z niewiadomymi. Już teraz widać, że nie spełniają się buńczuczne zapowiedzi szefa Platformy, iż każdy kandydat PO bije, jak chce, na głowę Lecha Kaczyńskiego.
Tusk przekonywał niedawno dziennikarza Tomasza Lisa, że nazwisko jego następcy w prezydenckim wyścigu "poznamy raczej w perspektywie dni niż tygodni". Dni mijają i nic. Grzegorz Schetyna zapowiada, że w przyszłym tygodniu zarząd krajowy PO przyjmie dopiero "mapę drogową" wyboru kandydata tej partii na prezydenta albo wskaże kandydata.
Na dodatek rywalizacja między Bronisławem Komorowskim i Radosławem Sikorskim ujawniła skrywane dotąd konflikty i żale. Janusz Palikot publicznie oburzył się faktem, że Anne Applebaum, żona Radosława Sikorskiego, jako publicystka wypowiada się zbyt swobodnie na tematy europejskie. Z kolei wspomniany już Lis na łamach "Gazety Wyborczej" ostrzegł premiera, że w polityce tandemy się nie sprawdzają, zasugerował, że na szczytach Unii czy NATO Sikorski spychałby Tuska w cień. I dał do zrozumienia, że Sikorski to przyszły Brutus, który w razie jakiegokolwiek potknięcia premiera weźmie się za dorzynanie tuskowej watahy.
Dziś już widać, że prostoduszny Komorowski ma dostatecznie wielu zwolenników gotowych prowadzić kampanię na jego rzecz. A odwlekanie ogłoszenia kandydata Platformy może być dowodem, że Donald Tusk nie jest w stanie ponad głowami swoich kolegów łatwo i szybko ogłosić, kto ma zastąpić go w wyścigu prezydenckim.
[srodtytul]Zmiękczanie wizerunku [/srodtytul]
Zszokowany jest publicystyczny obóz, który jakiś czas temu połączyło hasło "Tusku musisz". "Polityka" odreagowuje rezygnację premiera, ogłaszając, że start Lecha Kaczyńskiego w wyborach jest mocno niepewny. Jeśli jednak wczytać się w tekst autorstwa Jacka Żakowskiego, to dowiadujemy się, że tak ważkie tezy oparte są jedynie na domniemanym telefonie ważnego polityka PiS do kolegi publicysty "Polityki". A także na bliżej nieokreślonych plotkach, według których "w ostatnich miesiącach Lech Kaczyński przynajmniej kilka razy mówił kilku osobom, że nie ma ochoty na kandydowanie".
Wygląda na to, że do niektórych mediów wraca stary obyczaj znany z "Gazety Wyborczej", zgodnie z którym w sytuacjach, gdy Unia Wolności przeżywała kłopoty, natychmiast publicyści głosili, że cała Polska klasa polityczna ma kłopoty. Tymczasem dziś jest zupełnie inaczej – to Platforma ma dylematy i kłopoty, a prezydent Kaczyński zdaje się już prowadzić kampanię wyborczą. Kłopoty PO najwyraźniej podniosły na duchu polityków PiS. Teraz oni mają swoje pięć minut. Rzecznik PiS Adam Bielan może z nieskrywaną satysfakcją głosić: "Platforma ma kłopot, kogo ma wystawić zamiast Tuska, ale to nie nasz problem".
Lech Kaczyński formalnie ogłosić ma decyzję o starcie w wyborach gdzieś koło marca, jednak dziennikarze zgodnie twierdzą, że kampania ocieplania jego wizerunku już dawno się rozpoczęła. Kiedy? W grudniu przy okazji spotkania opłatkowego? Wtedy prezydencka para przedstawiła kundelka znalezionego podczas postoju na stacji benzynowej w Mławie.
A w kolorowym piśmie "Gala" pojawił się bogato ilustrowany wywiad, w którym Lech Kaczyński przedstawił się jako łagodny, wyciszony domator uwielbiający wigilijne potrawy, ojciec gryzący się, że kiedyś nie zdecydował się na drugie dziecko.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dość senny pałac prezydencki ostatnio stał się centrum przyciągającym niezależne fachowe autorytety. W styczniu prezydent powołał Narodową Radę Rozwoju, do której weszli politycy tak dalecy od obozu PiS, jak prof. Witold Orłowski czy prof. Jerzy Osiatyński.
Prawdziwym strzałem w dziesiątkę była też wizyta głowy państwa na Balu Dziennikarzy, gdzie wycałowała go Doda. Ten popkulturowy mezalians zirytował Kazimierza Kutza, który natychmiast stwierdził, że tylko Doda może prezydenta uratować od politycznej klęski. Gdy dwa lata temu Doda podobnie wycałowała Donalda Tuska, jakoś nikomu nie wydawała się groteskowa. I wreszcie się okazało, że gdy prezydent zechce, to potrafi wybrać się na światowe forum w Davos.
Jeśli uznamy zmiękczanie wizerunku za zwiastun nowej kampanii, to można już odgadnąć jej przesłanie. Polakom ma podobać się starszy szacowny profesor, który w chwilach krytycznych potrafi w wiarygodny sposób znaleźć ton narodowej godności. To prezydent z wiecu w Tbilisi, ze spotkania 1 września na Westerplatte, gdzie udzielił riposty Putinowi czy wreszcie prezydent, który trafnie zrozumiał, że Polacy zawsze marzyli o wielkiej defiladzie 15 sierpnia w warszawskich Alejach Ujazdowskich.
Jeśli to prawda, że Kaczyński "dostaje skrzydeł", gdy staje wobec trudnego politycznego zadania, to wynik telewizyjnych debat – na przykład z Radosławem Sikorskim – wcale nie musiałby się skończyć porażką obecnego prezydenta. Wszystko to jednak nie znaczy, że obecny prezydent nie stoi przed poważnym problemem.
[srodtytul]Co zrobi lewica [/srodtytul]
Podczas kończącej się kadencji było sporo słusznych analiz dotyczących polityki zagranicznej, ale praktyczne rozwiązania często zawodziły. Prezydent rzadko kiedy potrafił Polakom wyjaśnić, jakie są jego strategiczne cele względem Ukrainy czy Gruzji. A w końcu wiele z elementów jego polityki wschodniej poniosło porażkę. Wystarczy wspomnieć o gloryfikowaniu Stepana Bandery przez prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę.
Czy prezydent w kampanii obroni swoją politykę wschodnią? Czy będzie umiał wykazać, że wiele jego pomysłów – takich jak zbudowanie alternatywnych źródeł dostarczania paliw do Polski czy marzenia o tarczy antyrakietowej w Polsce – było trafnymi ideami, które zostały zablokowane przez zmianę koniunktury geopolitycznej i brak współdziałania ze strony rządu Donalda Tuska? A może Lech Kaczyński zdąży jeszcze rozpocząć kampanię ofensywną, przedstawiającą jakieś nowe idee?
Na to ostatnie jest chyba najmniejsza szansa. Bracia Kaczyńscy zdają sobie sprawę, że dorobiono im gębę oszalałych ideologów, więc wysyp nowych haseł naprawy Polski może kojarzyć się wielu wyborcom źle.
Może więc prezydent zrezygnuje z lansowania poważniejszych idei i skupi się na lekko patriotycznej retoryce, ciepłych spotkaniach z ludnością i kręceniu telewizyjnych klipów?
W poprzednich wyborach, przed pięciu laty, niemal nikt nie wziął pod uwagę jednego czynnika – że w drugiej turze do obozu Lecha Kaczyńskiego przejdą wyborcy postkomunistycznej lewicy, mszcząc się w ten sposób na Platformie za utrącenie kandydatury Włodzimierza Cimoszewicza.
Czy w tych wyborach może wydarzyć się podobny cud? Czy zwolennicy Sojuszu Lewicy przestraszą się politycznego monopolu Tuska, pod którego rządami zwiędnie także i lewicowa roślinka?
Ale czy wyborców w ogóle może przekonać argument, że Platforma – przejmując prezydenturę – opanuje wszystkie ośrodki władzy? Wygłaszanie podobnych opinii nie zadziałało w 2005 roku, gdy wyborcy najpierw dali zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych, a potem Lechowi Kaczyńskiemu – w prezydenckich. Pamiętajmy jednak, że gdy obecny prezydent ubiegał się o wybór, partia jego brata dopiero sadowiła się w rządowych fotelach.
[srodtytul]Nie zanudzić wyborców [/srodtytul]
Zamieszanie w obozie Platformy otwiera pewne pole gry dla obecnego prezydenta, ale musi być ono wypełnione nowym stylem i nowymi politycznymi pomysłami. Nie mogą być to zbyt radykalne idee, aby nie odżyły negatywne wspomnienia o ciągłym konflikcie z lat 2005 – 2007. Ale jeśli owe pomysły będą zbyt blade, Lech Kaczyński w najlepszym razie zanudzi wyborców i pozostanie w ich pamięci jako pamiątka szacownej, ale przebrzmiałej epoki solidarnościowej.
Prezydent, jeśli chce powalczyć o reelekcję, musi umieć się poruszać w bardzo wąskiej uliczce – między splendorem i spokojem prezydenckiego urzędu a umiejętnością wykazania, że ma jeszcze jakieś żywe idee do zaproponowania. Powtórzenie sukcesu 2005 roku zakrawa na cud, ale czy nie jest politycznym cudem, że po 20 latach wyjątkowo ostrego ostrzału propagandowego bracia Kaczyńscy jeszcze coś w Polsce znaczą?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA