Kraj

Szybki wyciąg Sobiesiaka

Zieleniec. Wyciągi narciarskie należące do firmy Winterpol, której właścicielem jest Ryszard Sobiesiak
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Przychylni urzędnicy, samowola budowlana, znajomi politycy – tak bohater afery hazardowej tworzył biznes
Firma Ryszarda Sobiesiaka, wrocławskiego biznesmena, bohatera afery hazardowej, ma dziś jeden z najnowocześniejszych wyciągów narciarskich w kraju.
Jak ujawnia „Rz”, inwestycja w Zieleńcu (koło Dusznik-Zdroju) cieszyła się niespotykaną przychylnością urzędników: od burmistrza przez regionalnych przedstawicieli lasów, Dyrekcję Generalną Lasów Państwowych, aż po Ministerstwo Środowiska. To nie wszystko. Choć skomplikowane procedury urzędowe, które zwykle trwają miesiącami, odbywały się błyskawicznie, Winterpol nawet na to nie czekał. Biznesmen uzyskał formalne prawo do ubiegania się o pozwolenie na budowę dopiero w marcu 2009 r. A wyciąg z podgrzewanymi kanapami kręcił się w najlepsze już od Wigilii Bożego Narodzenia. Jak to możliwe?
[srodtytul]Chlebowski i leśnik wspierający PO[/srodtytul] Z informacji zebranych przez „Rz” wynika, że losem inwestycji spółki Ryszarda Sobiesiaka interesował się osobiście ówczesny szef Klubu PO Zbigniew Chlebowski. Według naszych ustaleń kontaktował się w tej sprawie z wysokimi urzędnikami Lasów Państwowych. Polityk, który stracił funkcję w wyniku afery hazardowej, o swojej roli przy inwestycji Sobiesiaka mówić dziś nie chce. – Nie udzielam żadnych informacji do czasu stawienia się przed komisją śledczą – odpowiedział „Rz” Chlebowski. Najważniejszą rolę w lobbingu dla Sobiesiaka odegrał jednak wpływowy urzędnik Lasów Państwowych, który w 2009 r. został skazany prawomocnym wyrokiem za przestępstwa na szkodę tej instytucji. To zaufany człowiek Sobiesiaka – Bolesław Bdzikot, który 3 października 2007 r. jako przewodniczący Sekretariatu Zasobów Naturalnych Ochrony Środowiska i Leśnictwa NSZZ „Solidarność” podpisał z liderem Platformy Donaldem Tuskiem przedwyborcze porozumienie o współpracy w utrwalaniu narodowego charakteru lasów. Leśnicy byli jedyną strukturą „S”, która udzieliła tak jednoznacznego poparcia PO. Wygrana tej partii nie mogła jednak wywindować go na znaczące stanowisko w Lasach Państwowych, był już wtedy oskarżony o działania na szkodę nadleśnictwa Oława i niedozwolone udzielanie zamówień firmom budowlanym z wolnej ręki. Ale kluczowe dla interesów Sobiesiaka w Zieleńcu stanowiska objęli związkowcy z „S”: Marian Pigan (który ze średniego szczebla kierowniczego awansował na dyrektora generalnego Lasów Państwowych) i Wojciech Adamczak (wcześniej leśniczy, a obecnie regionalny dyrektor lasów we Wrocławiu). – Obaj od dawna ściśle współpracowali z Bolesławem Bdzikotem – mówi nasz informator. – Więc pracownicy wrocławskiej RDLP nie byli zdziwieni, gdy sam Bdzikot objął posadę p. o. naczelnika kadr we Wrocławiu. [srodtytul]Kolejka ma pod górę[/srodtytul] Sobiesiak, który w Zieleńcu ma luksusowy kompleks spa Szarotka, sieć wyciągów narciarskich, już w 2007 r. myślał o wybudowaniu kolei krzesełkowej z sześcioosobową kanapą. Górna stacja miała powstać tuż przy granicy z Czechami, bo w Zieleńcu, gdzie stoki są krótkie, każdy metr trasy ma duże znaczenie. 15 marca 2007 r. Winterpol zwrócił się o opinię, czy na gruntach należących do Lasów Państwowych, w obrębie Parku Krajobrazowego Gór Bystrzyckich i Orlickich i obszarze Natura 2000, może ją postawić. Odpowiedź nadleśniczego była zniechęcająca – to możliwe, ale by wyłączyć trwale grunt z produkcji leśnej (a rośnie na nim 2,5 ha lasu świerkowego, wiek drzew sięga nawet 150 lat), burmistrz Dusznik-Zdroju musiałby uzyskać zgodę Ministerstwa Środowiska i dokonać zmian w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. W dodatku sama zgoda ministerstwa nic jeszcze dla inwestora nie oznacza. Formalną decyzję, po zmianie planu zagospodarowania, musiałaby wydać jeszcze Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych we Wrocławiu. Dopiero wówczas Winterpol mógłby zacząć starać się o pozwolenie na budowę. – Decyzja o wylesieniu w takim miejscu miała tylko teoretyczne szanse powodzenia – twierdzi proszący o anonimowość człowiek związany z poprzednim kierownictwem wrocławskiej RLDP. Wnioski opiniowane w przypadkach gruntów o statusie lasu ochronnego pozytywnie dotyczyły takich inwestycji jak: kopalnie, wodociągi, drogi czy linie energetyczne. Zwykle leśnicy negocjowali też z inwestorem mniejsze wyłączenie terenów zalesionych. – Dlatego Sobiesiak przystąpił do działania dopiero wiosną 2008 r., gdy w regionalnej i generalnej dyrekcji nastąpiły zmiany na najważniejszych fotelach, które zajęli koledzy Bolesława Bdzikota – mówi nasz informator. [srodtytul]Wielkie przyspieszenie[/srodtytul] Pod koniec marca 2008 r. Winterpol zwrócił się w sprawie inwestycji do Urzędu Miasta Duszniki-Zdrój. W czerwcu nadleśniczy pozytywnie zaopiniował wniosek burmistrza Dusznik-Zdroju, Grzegorza Średzińskiego dotyczący wylesienia. Wniosek błyskawicznie trafił potem do wrocławskiego RLDP (opinia pozytywna), a stąd do Ministerstwa Środowiska. Był koniec sierpnia. Minister albo upoważniony przez niego dyrektor generalny lasów zgodę na wyłączenie gruntu z produkcji leśnej zwykle wydaje po pół roku. Decyzja dotycząca spółki Sobiesiaka została podpisana w Warszawie 23 września. Rada miejska Dusznik uchwaliła nowy plan zagospodarowania niecały tydzień po decyzji resortu. Dla firmy Sobiesiaka wszystko układa się korzystnie i to w ekspresowym tempie. Mimo to, Winterpol nawet nie czeka na wszystkie formalności. Przed ministerialną zgodą narusza teren lasów. Tuż po niej karczuje las i wylewa fundamenty. Pierwsze naruszenie własności Lasów Państwowych 5 września 2008 r. odkrył pracownik nadleśnictwa Zdroje. RDLP we Wrocławiu zostało o tym poinformowane pisemnie przez nadleśniczego 17 września. Ale regionalna dyrekcja nie zawiadamia prokuratury o wykarczowaniu lasu w obrębie chronionego krajobrazu, nie informuje też powiatowego inspektora nadzoru budowlanego o samowoli Winterpolu na państwowej ziemi. Zamiast tego nadleśniczy Kazimierz Widuch i wiceburmistrz Dusznik Edward Kondratiuk spotykają się z przedstawicielami Winterpolu i ostrzegają firmę Sobiesiaka o konsekwencjach samowoli oraz wzywają do powstrzymania się z jakimikolwiek działaniami do czasu formalnego wylesienia gruntów. Dlaczego reakcja była tylko taka? Anna Malinowska, rzecznik Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, wyjaśnia, że naruszenie terenu lasów na początku września było nieznaczne, a Winterpol tłumaczył, że nieświadomie ściął kilka drzew. Miał też pozwolenie na budowę (inwestycję podzielono na dwa etapy – pierwszy powstawał na gruncie osoby prywatnej), a Lasy wyliczyły wartość szkody na niecałe 600 zł. 19 listopada 2008 r. RLDP przeprowadza na stoku wizję terenową i odkrywa, że naruszenia są znacznie większe: wycięto niemal pół hektara lasu, wylano kolejne fundamenty pod słupy wyciągu i zbudowano około 400 mkw. górnej stacji. „Działania podjęto w okresie od 1 do 13 listopada (kumulacja świąt, dni wolnych od pracy) (…) zastosowany został element zaskoczenia” – czytamy w informacji nadleśnictwa dla regionalnej dyrekcji lasów. To już poważne naruszenie prawa: kodeks karny w rozdziale o przestępstwach przeciwko środowisku stwierdza, że kto powoduje zniszczenie w świecie roślinnym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności nawet do lat pięciu. – Gdybym wiedział o tych faktach, Winterpol w ogóle nie miałby prawa do uzyskania pozwolenia na budowę – mówi „Rz” Piotr Zwierzyński, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Kłodzku. Ale wrocławska regionalna dyrekcja lasów po raz kolejny ani nie zawiadamia prokuratury, ani inspektora. – Dochowano wszelkiej staranności, aby przeprowadzić sprawę zgodnie z obowiązującymi nas procedurami – wyjaśnia Anna Malinowska, rzecznik Lasów Państwowych, oceniając tę sprawę. RDLP nakazała nadleśniczemu zawarcie z Winterpolem „porozumienia w sprawie ustalenia warunków bezumownego korzystania z gruntów leśnych” i zadowoliła się naliczeniem dwukrotnej należności za samowolne wyłączenie z produkcji gruntów leśnych w kwocie 220 tys. zł i 4,5 tys. zł kary za nielegalny wyrąb lasu. Tyle Ryszarda Sobiesiaka kosztowało ekspresowe uruchomienie wyciągu za 15 mln zł. A w tym sezonie ustawiały się do niego kolejki. Wyciąg może obsłużyć 2,5 tys. narciarzy na godzinę. Więc przy ostrożnych szacunkach można założyć, że w godzinę przynosi 20 – 30 tys. zł przychodu. Wysokość kary mógłby więc wykręcić w ciągu zaledwie dziesięciu godzin. Ale do wczoraj Winterpol zapłacił Lasom Państwowym jedynie 11 tys. zł. Po pytaniach od „Rz” Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych zapowiedziała kompleksową kontrolę wrocławskiego oddziału. Wątpliwe, by firma Sobiesiaka osiągnęła swój cel tak łatwo bez pomocy Bolesława Bdzikota. Według naszych informatorów działał jak nieformalny przedstawiciel Winterpolu w RDLP. Jeździł do nadleśnictwa Zdroje, rozmawiał z nadleśniczym o inwestycji. Podobnie było we wrocławskiej dyrekcji. Wielokrotnie wypytywał pracowników o postępy w pracy nad sprawą spółki Sobiesiaka, mimo że jako p. o. szefa kadr pracowników RDLP nie miał do tego żadnych służbowych upoważnień. – Nie robiłem tego jako pracownik Lasów, ale jako wieloletni znajomy Ryszarda Sobiesiaka, z którym mamy wspólny mianownik: w przeszłości obaj zajmowaliśmy się sportem – mówi „Rz” Bolesław Bdzikot. Jesienią 2008 r., gdy ważyły się losy inwestycji Winterpolu, częstym gościem wrocławskiej RDLP bywał sam Ryszard Sobiesiak. [srodtytul]Oszukane starostwo[/srodtytul] Formalną decyzję o wylesieniu gruntów Winterpol otrzymał od RLDP w marcu 2009 r. Wówczas zawarł umowę dzierżawy i dopiero od tego momentu mógł ubiegać się w starostwie kłodzkim o pozwolenie na budowę wyciągu. Tymczasem pozwolenie na budowę firma Sobiesiaka dostała już 14 października 2008 r. Jak to możliwe, skoro w dodatku prawo budowlane zakazuje wręcz wydania takiego dokumentu inwestorowi, który rozpocznie roboty wcześniej? Zdziwione tym były Lasy Państwowe, które dopiero w listopadzie (po odkryciu drugiej samowoli) nakazały nadleśnictwu zawarcie porozumienia z Winterpolem. – Nasze wątpliwości budził fakt wydania takiej decyzji przed wyłączeniem gruntów z produkcji, co stoi w sprzeczności z przepisami prawa budowlanego – przyznaje Anna Malinowska. – Na zadane staroście zapytanie w tym względzie otrzymano niejednoznaczną odpowiedź. Edyta Kropielnicka, rzeczniczka Starostwa Powiatowego w Kłodzku, tłumaczy, że urząd nie miał pojęcia o samowoli budowlanej, a inwestor złożył wszystkie wymagane dokumenty, w tym oświadczenie o prawie do dysponowania nieruchomością. Starostwo nie sprawdzało więc, czy Winterpol może budować na gruntach Lasów Państwowych. – Inwestor składa oświadczenie świadomy odpowiedzialności karnej za podanie nieprawdy, zgodnie z art. 233 kodeksu karnego – zaznacza Kropielnicka. Za składanie fałszywych oświadczeń grozi do trzech lat więzienia. Rzeczniczka starostwa twierdzi, że urząd nie zamierza jednak podejmować jakichkolwiek kroków w tej sprawie. – To nie jest organ do ścigania tego typu przestępstw – uważa Kropielnicka. Dlaczego Winterpol poświadczył, że ma prawo do gruntu, które uzyskał kilka miesięcy później? Chcieliśmy spytać o to wiceprezesa spółki Józefa Kamińskiego. – Panie dyrektorze, „Rzeczpospolita” chce z panem rozmawiać – usłyszeliśmy w słuchawce telefonu. A po chwili: – Pana Kamińskiego nie ma, proszę może za godzinę... Po godzinie: – Proszę może telefon zostawić do siebie... [srodtytul]Ominięci Czesi[/srodtytul] Sprawa wyciągu odbiła się w ubiegłym roku szerokim echem w czeskich mediach. Tamtejsi ekolodzy i pracownicy Narodowego Rezerwatu Przyrody Bukacka, leżącego po czeskiej stronie granicy, zaalarmowali swe Ministerstwo Środowiska, że korzystający z wyciągu Winterpolu turyści niszczą rzadkie okazy roślin, wydeptując ścieżki do Masarykowej Chaty, schroniska po czeskiej stronie. Czeskie ministerstwo zażądało od swego polskiego odpowiednika wyjaśnień, dlaczego nie dokonano tzw. uzgodnień transgranicznych, sytuując wyciąg, przewożący 2,5 tys. turystów na godzinę kilka metrów od granicy. „Rz” zapytała burmistrza Dusznik-Zdroju Grzegorza Średzińskiego, dlaczego uznał, że Czesi nie powinni być poinformowani o inwestycji. Z odpowiedzi od urzędu miasta, jaką dostaliśmy po wielokrotnych monitach, wynika, że o decyzji burmistrza przesądził raport o oddziaływaniu na środowisko. Raport sporządzony został na zlecenie Winterpolu. Czesi uznali, że polskie urzędy, wydające pozwolenie budowlane, opierały się na niedokładnej i niepełnej dokumentacji. Uważają, że gdyby raport sporządzony został rzetelnie, mieliby prawo zgłosić swoje uwagi. A to dla firmy Sobiesiaka oznaczałoby zwolnienie ekspresowego tempa pozwoleń na inwestycję, które uzyskiwała od polskich urzędników. Teraz wyciąg działa, a Czesi zadowolili się działaniami naprawczymi: Winterpol ma zainstalować tablice informacyjne i oznakować trasy dojść do czeskich szlaków. Firma Sobiesiaka ma wykonać ekspertyzę wpływu oświetlenia i hałasu górnej stacji wyciągu na faunę. Burmistrz, mimo awantury z Czechami i konieczności sporządzenia nowego raportu, wciąż upiera się, że negatywnego oddziaływania na czeski rezerwat nie ma. I zrzuca odpowiedzialność na wojewódzkiego konserwatora przyrody i inspektorów ochrony środowiska z województwa, którzy nie zakwestionowali raportu Winterpolu. – To kompletnie inne postępowanie, a burmistrz w ogóle nie zwracał się do nas z prośbą o taką opinię – twierdzą tymczasem Edward Biały, ówczesny dyrektor Wydziału Środowiska DUW, i Halina Liberacka, wojewódzki konserwator przyrody. – My natomiast nie mieliśmy prawa wydać mu takiego polecenia. Czy wybudowany z naruszeniem przepisów i procedur wyciąg trzeba będzie rozebrać? – Raczej nie – twierdzi Piotr Zwierzyński, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego z Kłodzka. – Jeśli obiekt powstał w wyniku zakwestionowanej decyzji, to obecnie przeprowadza się postępowanie legalizacyjne. Według dziennika „Polska”, wśród ściśle tajnych dokumentów, dostarczonych śledczej komisji hazardowej przez CBA, znajdują się stenogramy z podsłuchanych rozmów Sobiesiaka z politykami PO, przy wsparciu których miał on uzyskać korzystną dla siebie decyzję w sprawie wyciągu w Zieleńcu. Nowy szef CBA Paweł Wojtunik zdecydował ponoć o kontynuowaniu tej operacji. Rzecznik CBA nie chciał komentować tych doniesień. [srodtytul]W Karpaczu Sobiesiakowi trudniej[/srodtytul] Ryszard Sobiesiak zabiega również o zbudowanie wyciągu w Karpaczu. To właśnie podczas podsłuchiwania rozmów Sobiesiaka z karpackimi samorządowcami CBA wpadło na trop afery hazardowej. W Karpaczu biznesmenowi nie idzie jednak tak lekko jak w Zieleńcu. I to nie z powodu drobiazgowości urzędników. Ci sprawę prowadzili po myśli Sobiesiaka, zapominając np. o wywieszeniu informacji o toczącym się postępowaniu na tablicach w urzędzie. Tu sprawę monitoruje Stowarzyszenie Ochrony Krajobrazu i Architektury Sudeckiej, PTTK i Pracownia na rzecz Wszystkich Istot. Organizacje wnoszą wiele zastrzeżeń do postępowania. – Burmistrz Karpacza i RDLP wydali wiele kontrowersyjnych decyzji i zezwoleń, których zasadność podważają eksperci – mówi prezes SOKiAS Sławomir Lange. Do entuzjastów karpackiej inwestycji Sobiesiaka nie należał nadleśniczy Jerzy Majdan z nadleśnictwa Śnieżka, na którego terenie leży Karpacz. We wrześniu 2008 r. został nagle odwołany ze stanowiska. Z dymisją bardzo się spieszono, bo nadleśniczego Majdana odwołano w trakcie kontroli, nie czekając na jej wyniki. Okazało się, że w zarządzanym przez niego nadleśnictwie nie dochodziło do nieprawidłowości – Nadleśniczy zbyt głęboko wziął sobie do serca deklaracje Bolesława Bdzikota, który podpisując porozumienie z Donaldem Tuskiem oświadczył, że inwestycje powinny się odbywać jak najmniejszym kosztem środowiska naturalnego – ironizuje nasz informator z Lasów Państwowych. Jego zdaniem, rzeczywistym powodem odwołania nadleśniczego Śnieżki było niedostateczne zaangażowanie po stronie biznesmena, który w czasach, gdy bywał częstym gościem RDLP we Wrocławiu, z ówczesnym szefem Klubu PO i Sejmowej Komisji Finansów Publicznych Zbigniewem Chlebowskim witał się przez telefon „Cześć, Zbyszek”. „Cześć, Rysiek” – odpowiadał polityk. [ramka][srodtytul]Od wyciągu do afery hazardowej[/srodtytul] CBA, które odkryło, że lobbyści próbują wpływać na kształt ustawy o grach i zakładach wzajemnych, prowadziło najpierw zupełnie inną operację o kryptonimie „Yeti”. W jej ramach od lipca 2008 roku zajmowało się ściganiem korupcji w dolnośląskich samorządach. Chodziło o wręczanie przez biznesmenów łapówek urzędnikom za pozytywne rozstrzygnięcia przy załatwianiu decyzji administracyjnych dotyczących zmiany przeznaczenia gruntów. Jedną z osób pojawiających się w tej sprawie był Ryszard Sobiesiak, biznesmen z branży hazardowej. Podczas podsłuchiwania jego rozmów z karpackimi samorządowcami CBA wpadło na trop afery hazardowej. Okazało się, że biznesmen bardzo często kontaktuje się z różnymi politykami PO (m.in. Zbigniewem Chlebowskim i Mirosławem Drzewieckim) i namawia ich do blokowania ustawy, która miała wprowadzić dodatkowe obciążenia dla branży hazardowej. CBA rozpoczęło więc kolejną operację „Black Jack”. Okazało się, że lobbing Sobiesiaka jest skuteczny, gdyż niekorzystne dla branży hazardowej zapisy miały zniknąć z ustawy, do czego według biura przyczynili się Chlebowski i Drzewiecki. W połowie sierpnia o całej sprawie szef CBA Mariusz Kamiński powiadomił premiera Donalda Tuska. Dwa tygodnie później CBA zorientowało się, że w sprawie doszło do przecieku. We wrześniu Kamiński wysłał materiały dotyczące tej sprawy do prezydenta, władz Sejmu i Senatu. Po ujawnieniu sprawy przez „Rz” Chlebowski zrezygnował z funkcji szefa Klubu PO. Do dymisji z funkcji ministra sportu podał się też Drzewiecki. Premier odwołał z funkcji jeszcze m.in. szefa MSWiA Grzegorza Schetynę. [i]-js[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL