Ekonomia

Kopenhaga - koniec bez paktu

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Nie osiągnięto głównych celów szczytu COP 15. Spór między dwoma największymi emitentami CO2 sparaliżował obrady. Polska ma pewność, że Unia na razie nie zwiększy limitów redukcji gazów cieplarnianych
Prezydent USA Barack Obama i przywódcy państw rozwijających się – premier Chin Wen Jiabao, premier Indii Mammohan Sigh i szef rządu Południowej Afryki Jacob Zuma – późnym wieczorem w piątek osiągnęli porozumienie, które będzie „historycznym krokiem naprzód” w dziedzinie walki z globalnym ociepleniem – ogłosiła jeszcze w czasie obrad Agencja Reutera. Trochę na wyrost.
– To, co osiągnęliśmy, będzie nowym początkiem – tłumaczył po zakończeniu obrad prezydent Obama. – Mamy porozumienie, w którym każdy kraj będzie określał zobowiązania dla zmniejszenia zmian klimatu. I choć nie będą prawnie obowiązujące, to zostaną zweryfikowane przez niezależnych międzynarodowych ekspertów Przypomniał, że protokół z Kioto, choć był międzynarodową prawnie obowiązującą umową, i tak nie spełnił swoich celów. – Jestem przekonany, że takie prawnie wiążące porozumienie jest konieczne w przyszłości. Nie ze względu na ostrzeżenia uczonych, ale dla inwestycji w czystą energię, innowacje, badania naukowe i poprawy efektywności energetycznej – powiedział Obama. Zaznaczył jednak, że porozumienie musi zawierać trzy elementy. Po pierwsze wszystkie najważniejsze gospodarczo kraje muszą zadeklarować, że wprowadzą limity dla emisji gazów cieplarnianych i podejmą działania dla ograniczenia zmian klimatu. Drugim warunkiem Amerykanów jest poddanie tych deklaracji międzynarodowej weryfikacji. – Bez tego nasze porozumienie będzie puste – podkreślił Barack Obama.
Trzecim elementem porozumienia ma być ustanowienie pomocy dla biednych państw, najbardziej dotkniętych przez zmiany klimatu. Według nieoficjalnych doniesień projekt takiego porozumienia ma powstać do końca roku. [srodtytul]Zawiedzione nadzieje[/srodtytul] Wcześniej Obama przypomniał, że jego kraj zadeklarował ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w porównaniu z 2005 r. o 17 proc. do 2020 r. i o 80 proc. do 2050 r. Dał też wyraźnie do zrozumienia, że bez kontroli emisji w Chinach Amerykanie nie zgodzą się na pakt. Po spotkaniu premiera Chin Wen Jibao z prezydentem USA Amerykanie zapewnili, że robią postęp w rozwiązaniu wszystkich problemów, ale jest to bardzo trudne zadanie i nie można przewidzieć, jaki będzie koniec. Tuż potem Barack Obama i szefowie ok. 20 państw – w tym Chin, Indii, Brazylii, Unii Europejskiej – udali się na wspólny lunch, który się przerodził w nieformalne spotkanie za zamkniętymi drzwiami trwające przez wiele godzin. – Negocjacje są bardzo trudne – przyznał Ed Milliband, minister ds. klimatu Wielkiej Brytanii, który na chwilę wyszedł, by porozmawiać z dziennikarzami. Zebrani w Kopenhadze przedstawiciele 193 państw mieli zdecydować, jak przedłużyć zobowiązania Protokołu z Kioto, który wygasa w 2012 r. Kolejnym oczekiwanym elementem porozumienia jest wyznaczenie celów redukcji emisji gazów cieplarnianych w długim okresie – czyli do 2050 r. – oraz objęcie tymi zobowiązaniami państw rozwijających się. Kraje biedne chcą jednak najpierw rozliczenia protokołu z Kioto, w ramach którego państwa rozwinięte miały do 2012 r. zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych o 5,3 proc. Uważają, że wystarczy w aneksie wpisać nowe cele redukcji na lata 2012 – 2020. Protokół nie obejmuje jednak USA i Chin. Państwa bogate nie godzą się na taki krok i domagają się działań ze strony największych emitentów CO2. [srodtytul]Premier wraca do kraju[/srodtytul] Polska zabiegała przede wszystkim o to, by Unia Europejska nie podjęła sama w Kopenhadze inicjatywy zwiększenia celów redukcji emisji na 2020 r. Naciskało na to kilka państw UE, w tym Szwecja, która jako przewodnicząca UE prowadzi w imieniu Unii negocjacje na COP15. UE uzależniała jednak zwiększenie celów redukcji od podjęcia podobnych zobowiązań przez inne kraje. A pod tym względem Kopenhaga okazała się porażką. Premier Donald Tusk uznał więc, że polski postulat będzie spełniony i w piątek po południu wrócił do kraju. Sukcesem Kopenhagi będzie zgoda na ustanowienie funduszu na walkę ze zmianami klimatu po 2012 r. Barack Obama potwierdził, że jego kraj będzie dążył do ustanowienia do 2020 r. funduszu wielkości 100 mld dolarów rocznie. Prezydent Brazylii Lula da Silva obiecał, że jego kraj będzie uczestniczył w składce na ten fundusz. Zgodzono się też na tzw. fundusz szybkiej pomocy w latach 2010 – 2012, wart ok. 10 mld dol. rocznie, z czego UE będzie dawać 2,5 mld euro. [i]Magdalena Kozmana z Kopenhagi[/i] [ramka][b]Polską dyplomację czekają ciężkie negocjacje na forum europejskim[/b] Dla Polski koniec konferencji w Kopenhadze oznacza, że problem walki z globalnym ociepleniem wraca na europejskie podwórko. W październiku na szczycie UE w Brukseli kraje członkowskie zadecydowały, że kwestia podziału składki na fundusz dla najbiedniejszych państw dotkniętych zmianami klimatu zostanie rozstrzygnięta już po COP15. Składka ta wg różnych deklaracji ma wynosić od 2 do 15, a nawet więcej miliardów euro rocznie. Chociaż Polska nie podważyła idei samej zrzutki, ma zastrzeżenia co do tego, jak rozkładać jej ciężar między kraje UE. W zależności bowiem od przyjętego systemu podziału część przypadająca na Polskę będzie się bardzo różniła. Jeżeli kryterium byłyby emisje CO2 na głowę mieszkańca, za czym optowały państwa zachodnie, nasz kraj płaciłby rocznie do funduszu 1,2 mld euro (przy założeniu, że cała unijna składka wynosiłaby 15 mld euro). Jeżeli jednak za punkt odniesienia przyjąć poziom PKB per capita (na co nalega Polska), to składka spadłaby do 430 mln euro. Nasze stanowisko poparły inne kraje środkowoeuropejskie, które stworzyły na unijnym szczycie koalicję i zagroziły wetem. Wtedy postanowiono rozstrzygnąć kwestię podziału składki już po Kopenhadze, aby nie psuć wrażenia europejskiej jedności w kwestii walki z ociepleniem. —rtk[/ramka] [ramka][b]Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki[/b] Szczyt klimatyczny w Kopenhadze to według mnie przede wszystkim kolejny etap dochodzenia do jakiegoś konsensusu w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Jednak dopiero wtedy, gdy inne kraje podejmą takie wyzwania, jakie już teraz podejmuje Europa w kwestii redukcji emisji dwutlenku węgla, jest szansa na pełne porozumienie. Bo jeśli tego nie zrobią, to konkurencyjność europejskiej gospodarki spadnie. Unia Europejska złożyła już pewne konkretne deklaracje, jak choćby zobowiązanie do redukcji emisji CO[sub]2[/sub] o 30 proc. czy też przeznaczenie środków finansowych na pomoc dla krajów biedniejszych. Jednak trudno się spodziewać pełnego konsensusu już teraz, skoro amerykańska ustawa o redukcji emisji CO[sub]2[/sub] o 17 proc. i zakupie 7 proc. praw do emisji na giełdzie nie przeszła przez tamtejszy Senat. Choćby dlatego prezydent Obama niewiele mógł zrobić. Jednak Stany Zjednoczone to nie wszystko. Są jeszcze przecież Chiny, Indie czy Rosja. Dlatego w Kopenhadze nie spodziewałem się przełomu, bo nie ma jeszcze wspólnej woli politycznej w tej sprawie. Dlatego przyjęte zostanie tam najprawdopodobniej tylko ogólne sformułowanie wyrażające pewną wolę krajów, co może być bazą do wypracowania konkretnego, wspólnego stanowiska. [i]not. kbac[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL