Wywiady i rozmowy

Jaruzelski stracił zimną krew

Kania nigdy nie zgodziłby się na wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski się tego podjął – uważa historyk. Zdjęcie z kwietnia 1981 r.
PAP
Do jesieni 1981 roku Wojciech Jaruzelski był przeciwny uczestnictwu wojsk sowieckich w pacyfikacji „Solidarności”, potem zmienił zdanie. Zaczął mieć wątpliwości, czy da sobie radę sam – twierdzi amerykański historyk Mark Kramer w rozmowie z Piotrem Gillertem
[b]RZ: Pan jako pierwszy miał dostęp do notatek Wiktora Anoszkina, adiutanta marszałka Kulikowa, o których zrobiło się ostatnio głośno po publikacji IPN. Co pan sądzi o tej wrzawie, jaka w Polsce wybuchła?[/b]
[b]Mark Kramer:[/b] Trochę mnie ona zaskakuje. Moim zdaniem ta nowa publikacja nie zmienia w żaden znaczący sposób tego, co już wiemy. Widziałem te notatki w 1997 roku podczas konferencji w Jachrance i odwoływałem się do nich w wielu opracowaniach. Oczywiście dobrze mieć dodatkowe informacje, ale ogólny obraz jest ten sam. [b]Czyli jaki?[/b]
Taki, że w ostatnich dwóch tygodniach przed planowanym wprowadzeniem stanu wojennego Wojciech Jaruzelski stawał się coraz bardziej niespokojny. Stracił panowanie nad sobą i poprosił Sowietów o pomoc. Trzeba pamiętać, że do września, października 1981 roku zarówno on, jak i Stanisław Kania starali się odwieść Sowietów od pomysłu wprowadzenia ich oddziałów do Polski – a takie oferty Kreml Warszawie składał od sierpnia 1980 roku. Jednym z pierwszych kroków, jakie Kreml wtedy podjął, była mobilizacja sił na wypadek konieczności „udzielenia pomocy” Polsce. Nie chodziło bynajmniej o inwazję, taką jak ta na Czechosłowację z 1968 roku, lecz o dostarczenie oddziałów, które pomogłyby rządowi w Warszawie wprowadzić stan wojenny. Z dokumentów dostarczonych przez Kuklińskiego jasno wynika, że takie były podstawowe założenia w początkowej fazie planowania stanu wojennego, aż do września 1981 roku. Wtedy plany zostały zmienione, postanowiono, że operacja ma być przeprowadzona wyłącznie przy użyciu polskich sił. Powodem nie była jednak gotowość „odpuszczenia” Polski przez Rosjan. [b]To jednak, zdaniem niektórych polskich komentatorów, ma wynikać z notatek Anoszkina...[/b] Tak, według nich ZSRR nie miał najmniejszego zamiaru wysyłać wojsk do Polski i był gotów wyrzec się doktryny Breżniewa. Moim zdaniem to całkowicie błędne myślenie, niemające żadnych podstaw w dokumentach. Do połowy października Sowieci – tak KGB, jak i dowództwo armii – mieli już pewność co do tego, że rząd w Warszawie sam poradzi sobie ze stanem wojennym, szczególnie kiedy Kanię zastąpił Jaruzelski. Chodziło im jedynie o to, by Jaruzelski zadziałał w wystarczająco zdecydowany sposób. To dlatego nie chcieli już zagwarantować pomocy: obawiali się, że jeśli to uczynią, akcja Polaków nie będzie wystarczająco twarda i Rosjanie będą zmuszeni do użycia siły. [b]Ale wtedy Jaruzelski zmienił zdanie?[/b] Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Sowieci zmienili swoje. Teraz on zaczął coraz częściej wspominać o potrzebie sowieckiego wsparcia. Nie jestem wielkim fanem Jaruzelskiego, nie należę w tym względzie do obozu Adama Michnika, ale muszę przyznać, że generał miał wiele podstaw do tego, by nie wierzyć, że Związek Radziecki spisał Polskę na straty, że pogodził się z przejęciem władzy w waszym kraju przez „Solidarność”. Sugerująca to uwaga, pochodząca z zapisu posiedzenia sowieckiego politbiura z 10 grudnia 1981 roku, to czysto stylistyczna figura, a nie poważne stwierdzenie intencji. Wtedy wszystkie decyzje były już dawno podjęte, chodziło jedynie o podkreślenie, że Kreml nie ma zamiaru wspierać polskich oddziałów w całej operacji. Ale to nie było jednoznaczne ze stwierdzeniem, że Sowieci pozwolą na wybuch wojny domowej w Polsce. Pod tym względem wyjaśnienia Jaruzelskiego mają sens. Ma rację, gdy mówi, że ZSRR nigdy nie pozwoliłby Polsce na opuszczenie bloku socjalistycznego. Nie jest jednak szczery, gdy zaprzecza, jakoby w samej końcówce stracił zimną krew i poprosił o sowieckie wsparcie. To główna luka w jego wersji wydarzeń. [b]Jakie są podstawy do takiego stwierdzenia? Czy wiemy to tylko z notatek Anoszkina?[/b] Z wielu innych źródeł, takich jak choćby zapisy z obrad politbiura KPZR, z polskich dokumentów, a także z ostatniego raportu Kuklińskiego przed jego ucieczką na Zachód. Wszystkie te dokumenty wskazują na to samo. [b]Czy Jaruzelski prosił Rosjan, by załatwili sprawę za niego?[/b] Nie, prosił raczej o ograniczoną pomoc, wsparcie – chodziło o od pięciu do 15 dywizji sowieckich, czyli znacznie mniej niż w Czechosłowacji, gdzie udział brało około 300 tys. żołnierzy. Chodziło więc o demonstrację siły. Do jesieni 1981 roku Jaruzelski był temu przeciwny, potem zmienił zdanie. Zaczął mieć wątpliwości, czy da sobie radę sam. Chciał od Moskwy gwarancji wsparcia. Wierzę mu, gdy mówi, że przez wiele miesięcy nie wiedział, co tak naprawdę myślą sowieccy przywódcy, jakie mają intencje. Musiał działać bardzo ostrożnie. Jego wersja tego, co się działo aż do jesieni 1981 roku, jest wiarygodna. Ale nie mówi prawdy o samej końcówce wydarzeń. [b]Czy Jaruzelski może argumentować, że prosił o ograniczone wsparcie, by zapobiec inwazji na pełną skalę? Twierdzić, że gdyby operacja jego rządu się nie powiodła, Rosjanie wjechaliby do Polski na całego?[/b] Mógłby, i to byłaby całkiem sensowna argumentacja. Ale on tak tego nie przedstawia, powtarza, że nigdy nie prosił Sowietów o pomoc. [b]Jaki obraz Jaruzelskiego wyłania się z dokumentów?[/b] Nie ma wątpliwości, że podczas całego kryzysu tak on, jak i Kania znajdowali się pod nieprawdopodobną, miażdżącą presją ze strony Kremla. Trzeba było mieć bardzo silną osobowość, by się temu oprzeć. Jak widać wyraźnie z tego, co pisał o Jaruzelskim Kukliński, który świetnie go znał, generał pod wieloma względami był silny, ale mimo tego chłodnego, pozbawionego emocji wizerunku, jaki przedstawiał na zewnątrz, często reagował w sposób bardzo emocjonalny. Szczególnie w trudnych momentach. Co zresztą jest zrozumiałe: wymagano od niego, by zmiażdżył rebelię w tak buntowniczym kraju jak Polska przy możliwie jak najmniejszym rozlewie krwi. To bardzo trudne. Nic dziwnego, że stracił zimną krew, gdy się okazało, że musi działać sam, szczególnie w momencie, gdy jako przywódca państwa, partii i wojska nie ma już z kim podzielić się odpowiedzialnością. [b]W debacie nad Jaruzelskim w Polsce jedni widzą w nim bohatera, a inni zdrajcę. Kim był naprawdę?[/b] Moim zdaniem nie był ani jednym, ani drugim. Był wysokim urzędnikiem, który w bardzo trudnych czasach nie odegrał ani w pełni pozytywnej, ani w pełni negatywnej roli. Dla porównania, mam wielki szacunek dla Kani, który według mnie nigdy nie zgodziłby się na wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski się tego podjął. Z drugiej strony za jego zasługę należy uznać to, że przez pierwszych kilkanaście miesięcy istnienia „Solidarności” przekonywał Rosjan, iż wprowadzenie wojsk do Polski byłoby pomyłką. [b]Wracając do notatek Anoszkina – czy uważa je pan, jako człowiek, który profesjonalnie zajmuje się dokumentami historycznymi, za całkowicie wiarygodne świadectwo?[/b] Też musiałem zadać sobie to pytanie. Przyjrzałem się każdemu szczegółowi, porównałem z dokumentami, do których Anoszkin nie mógł mieć dostępu. Pytałem też Kuklińskiego, czy widział, jak Anoszkin robi notatki. Kukliński stwierdził, że tak, jeszcze zanim mu powiedziałem o swojej kopii notatek. Wszystko to potwierdza ich autentyczność. Podobnie jak niechęć, z jaką Anoszkin mi je udostępnił. [b]Jak to właściwie się stało?[/b] Podczas konferencji w Jachrance w 1997 roku marszałek Kulikow w sposób dwuznaczny wspominał o istnieniu notatek z dyskusji rosyjskiego politbiura z grudnia 1981 roku. Podszedłem do niego po zakończeniu jego wystąpienia i spytałem o to. Wtedy powiedział mi o notatniku prowadzonym przez jego adiutanta Wiktora Anoszkina. Podszedłem więc z kolei do Anoszkina, który akurat rozmawiał z generałem Gribkowem, którego znałem. Anoszkin był zaskoczony, ale wyjął notatnik z grudnia 1981 roku i pozwolił mi go obejrzeć. Przeglądałem go przez mniej więcej godzinę, szło mi powoli ze względu na charakter pisma Anoszkina. Potem podszedłem do niego (wciąż rozmawiał z Gribkowem) i spytałem, czy mogę skserować wybrane strony. Najpierw odmówił, ale gdy nalegałem, odparł, że jeśli Kulikow się zgodzi, to mogę. Kulikowowi najwyraźniej było wszystko jedno, bo powiedział: jasne. Anoszkin musiał się więc zgodzić, ale dał mi dziesięć minut. Ku swojemu rozczarowaniu odkryłem, że kserokopiarka, jaką tam mieli, była bardzo stara i powolna. Zacząłem więc od stron z 10 i 11 grudnia, bo wydały mi się najważniejsze, ważniejsze od tych z 8 i 9. Notabene ostatnia publikacja IPN opiera się właśnie na stronie z 9 grudnia. Miałem potem zamiar skserować wszystko od początku, ale nie zdążyłem, bo pojawił się Anoszkin i poprosił czy raczej zażądał, żebym mu natychmiast zwrócił i notatnik i kopie. Co też zrobiłem. Na szczęście, na co Anoszkin jakoś nie wpadł, robiłem po dwie kopie – drugi zestaw miałem ukryty za zasłoną. Tak wszedłem w posiadanie tych dokumentów: nie dzięki Anoszkinowi, lecz wbrew niemu. Widziałem się z nim jeszcze w 1998 roku. Powiedział mi wtedy, że żałuje, iż opublikowałem jego notatki. [i]Profesor Mark Kramer jest amerykańskim historykiem, dyrektorem Programu Studiów nad Zimną Wojną na Uniwersytecie Harvarda, od lat zajmuje się badaniem archiwów w krajach postkomunistycznych[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL