Muzyka

Ćwiartka z rana, czyli ballada o Wesołym Romku

Zbigniewa Bartosiewicza cała Polska poznała dzięki niezapomnianej roli w „Misiu” Stanisława Barei
EAST NEWS, Maciej Miłosz mm Maciej Miłosz
Był jak postacie Wiecha: trochę szelma, trochę pijak, ale nie dało się go nie lubić. Zbigniew Bartosiewicz – odtwórca roli Wesołego Romka w „Misiu” – nie żyje od lat. Jednak jego postać trudno zapomnieć.
Adwokat na sprawie rozwodowej wyczytał całą listę wykroczeń, przestępstw i niedoskonałości, których w swoim życiu miał się dopuścić niefortunny mąż.
– Przede wszystkim chciałem oświadczyć, że nie uznaję żadnych sądów tego świata, łącznie z Sądem Ostatecznym – zerwał się na to oskarżany „Barłoga“ Bartosiewicz. – Ale skoro już tu jestem, to przyznaję się do wszystkich zarzutów, które – de facto już była, de iure jeszcze nie – obecna tu małżonka mi stawia. Jestem pijakiem, deprawatorem i jeszcze wampirem – wypalił. – Ale po co ten pośpiech? – spytał spokojnie sędzia. – Bo ja z tą panią nie chcę mieć już nic wspólnego – odparował rozsierdzony Bartosiewicz.
Jak wspomina jego przyjaciel Krzysztof Kość, ta anegdota doskonale charakteryzuje Wesołego Romka. Był „człowiekiem szlaku”. Razem z Himilsbachem, Grochowiakiem, Iredyńskim i wieloma innymi wędrowali po knajpianej trasie, która ciągnęła się od baru kawowego Amatorska przy Nowym Świecie przez najróżniejsze przybytki Traktu Królewskiego. Tu się piło, tu się żyło. – Wzdłuż tej trasy sami znajomi. Amatorska, Kuchcik, U Aktorów czy Harenda – to były lokale. A nawet jak się kogoś nie znało, to ktoś inny mówił, że to człowiek z trasy i to wystarczyło – opowiada Kość. – Powiem szczerze, „ćwiczyliśmy” obaj równo. Z racji tego, że kiedyś przeczytałem wagon książek, pełniłem w tym środowisku rolę „geniusza bez teki”. [srodtytul]Chłopak z Pragi[/srodtytul] Zbigniew Bartosiewicz urodził się na Pradze w 1930 r. Według własnych opowieści, w czasie wojny był m.in. łącznikiem o pseudonimie Basieńka. Zrobił maturę, przez pewien czas pracował nawet jako cenzor w osławionym budynku przy ul. Mysiej. Sił próbował także w dziennikarstwie. Jednak z „Expressu Wieczornego” wyleciał już po trzeciej interwencji. Wszystko przez to, że interweniował we... własnej sprawie. Potem krótko starał się remontować mieszkania na Saskiej Kępie. – Poznaliśmy się w 1960 r. Bartosiewicz szedł Krakowskim z jakimś elegancikiem i dziewczyną, która wyjątkowo wpadła mi w oko – grzebie we wspomnieniach 70-letni dziś Kość. – Oni byli golasy, a ja wtedy miałem dużo pieniędzy. Zaprosiłem ich na jakieś tam trunki i alkohole. No i z Bartosiewiczem przypadliśmy sobie do gustu. Od razu zmienił mu się standard życia. Kto wie, może przez to zmarnował talent literacki – opowiada zmęczonym, nie tylko upływem czasu, głosem. [srodtytul]Deklarz legenda[/srodtytul] O co chodzi z tym standardem życia? W tym czasie ojciec Kościa prowadził tzw. prywatną inicjatywę. Miał zakład fotograficzny. Specjalizacja – portrety. Jego akwizytorzy chodzili po domach, zbierali małe fotografie, a z powrotem dostarczali duże, malowane portrety. Wojskowych w mundurach malarze awansowali, chłopi zamiast w waciakach byli przedstawiani w smokingach i wszyscy byli zadowoleni. Bartosiewicz z Kościem chodzili po domach i zbierali zamówienia. Byli tzw. deklarzami. Portret kosztował 350 zł. Z tego deklarze dostawali 105 zł (reszta trafiała do właściciela i malarzy). Przy ówczesnych cenach (pół litra czystej kosztowało 52 zł, tanie wino 16,5 zł, kilogram zwyczajnej 24 zł, a średnia płaca wynosiła nieco ponad 1000 zł) dobrzy deklarze zarabiali fortunę. A Bartosiewicz miał niesamowity dar zdobywania zamówień. W ten sposób przez krótki czas dorabiał także Jan Himilsbach. – Byliśmy ze Zbyszkiem na deklu w Hrubieszowie. Na jednej tylko ulicy jednego dnia przyjęliśmy 37 zamówień. Stwierdziliśmy, że ufundujemy Jasiowi stypendium im. wujka Kwiatkowskiego. To był legendarny deklarz. Zawsze zaczynał przyśpiewką „Puk, puk, hop, hop bo to idzie fajny chłop”. Sprzedawał wszystko, od igły do parowozu, a szczególnie monidło – wspomina Kość. – Posłaliśmy Himilsbachowi do Warszawy 500 zł, on przyjechał – zobaczył trochę życia, a potem powstało jego słynne „Monidło“. Po pewnym czasie osobliwemu duetowi znudziło się chodzenie po wsi i zaczęli dekiel w centrum Warszawy. Na Marszałkowskiej i MDM-ie. Wybierali magistrów i doktorów. Taki klient był zawsze przy forsie. Jak wyglądało wtedy życie Bartosiewicza? Z rana wstawał, potrząsnął głową, miał kaca, to leciał do pierwszych kilku mieszkań. W ciągu góra trzech kwadransów wyrywał pierwszą zaliczkę i kupował ćwiartkę. Po jej wypiciu znów szedł pracować. Jak zarobił tyle, że wystarczyło aktualnej partnerce na życie i coś zostało na wieczór, to kończył pracę. Chyba że akurat nie miał żadnej narzeczonej, to szedł się włóczyć z jakimś kumplem. Sam nie lubił chodzić. Pomieszkiwał w wynajmowanych mieszkaniach. Najlepszym dowodem jego ułańskiej fantazji były choćby wiersze czy piosenki, które ad hoc zapisywał na serwetkach czy pudełkach od zapałek. [srodtytul]Nie sposób go nie lubić[/srodtytul] Filmowa przygoda zaczęła się przypadkiem. Prawdopodobnie Bartosiewicza pierwszy wypatrzył scenarzysta i prozaik Leszek Płażewski. – To była postać, miał niesamowitą charyzmę. Zadebiutował w „Antykach” Krzysztofa Wojciechowskiego w 1979 r. Dwa lata później był „Róg Brzeskiej i Capri”, gdzie w pewnym sensie Bartosiewicz zagrał samego siebie – błądzącego po Pradze cwaniaka. Kiedy wszyscy próbują się jakoś urządzić, on się tym nie przejmuje i w końcu ląduje na Centralnym. – Miał talent. Był moczymordą, ale nie sposób go było nie lubić – stwierdza reżyser Krzysztof Wojciechowski. Bartosiewicz nie byłby sobą, gdyby swojej kariery filmowej nie próbował jakoś wykorzystać. To właśnie z tego czasu pochodzi anegdota z łódzkiego hotelu Grand. „Barłoga“ siedział z Kościem przy śniadaniu. Na sali, na której nie było już pustych stolików, pojawił się jakiś pan z trzema paniami. Bartosiewicz zaprosił ich i na nieśmiałe pytanie, czy ma coś wspólnego z filmem, odpowiedział, że jest pisarzem, a teraz według jego scenariusza będzie kręcił sam Passendorfer. Na to Passendorfer – to on był tym, który się przysiadł – wstał, nawymyślał rozmówcy i odszedł. Skąd wziął się Wesoły Romek? – Akurat próbowałem poderwać jakąś dziewczynę i żeby się pokazać z dobrej strony, zaprowadziłem ją do knajpy Klaps, która się mieści na terenie wytwórni filmowej przy Chełmskiej – snuje opowieść także grający w „Rogu Brzeskiej i Capri” Kość. – Spotkałem Agnieszkę Arnold, która w „Misiu” była drugim reżyserem i zaproponowała mi rolę Wesołego Romka. Ucieszyłem się, przez kilka dni jakoś próbowałem, ale w ogóle mi to nie pasowało. Zaproponowałem tę rolę Zbyszkowi, a on złapał w lot. I tak stał się znany na całą Polskę. Później Bartosiewicz zagrał jeszcze tragarza w serialu „Siedem życzeń” i na kilkanaście lat karierę aktora porzucił. Co robił po 1989 roku? To, co najlepiej mu wychodziło, mieszkając na Szmulkach. Ciągle był akwizytorem. Tym razem w branży DDD – dezynsekcja, dezynfekcja, deratyzacja. W 1997 r. miał jeszcze epizod w filmie „Historia o proroku Eliaszu z Wierszalina”. Zmarł krótko po tym na skutek ataku padaczki alkoholowej. Dopadł go na klatce schodowej, podczas pracy. – Nie był groszolubem. Takich jak on dzisiaj już nie ma – podsumowuje Kość. – Bardzo mi go brakuje. [ramka][b]Casting Na Romka[/b] Jak dotąd po postaci Wesołego Romka pozostawała w stołecznym krajobrazie dotkliwa luka. 7 grudnia (kino Wars, godz. 20.30) postarają się wypełnić ją organizatorzy festiwalu Zawsze z Bareją. Tego właśnie dnia zaplanowany został casting na następcę bohatera granego przez Zbigniewa Bartosiewicza. Kto może wziąć udział? Organizatorzy precyzują to wyraźnie: „Jeżeli masz odrobinę talentu muzycznego, grasz na jakimś instrumencie, śpiewasz pod prysznicem, masz podobną aparycję albo identyfikujesz się z Wesołym Romkiem”. Wygrać, nie wygrać – pośmiać się warto zawsze. —wl[/ramka]
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA