Mieszkaniowe

Pałace w rękach Łukaszenki

Tu radzieccy lotnicy mieli swój klub oficerski (siedziba książęcego rodu Druckich-Lubeckich w Szczuczynie)
Fotorzepa, Andrzej Pisalnik a.pis. Andrzej Pisalnik
Na Białorusi marnieją dawne siedziby polskich rodzin. Miejscowi entuzjaści starają się je chronić
W czasach radzieckich siedziba książęcego rodu Druckich-Lubeckich w Szczuczynie (50 kilometrów od Grodna) służyła radzieckim lotnikom za klub oficerski. XIX-wieczny budynek był wzorowany na Petit Trianon, pałacu wybudowanym w ogrodach Wersalu przez Ludwika XV dla Madame de Pompadour. Stracił właściciela po rozpadzie ZSRR i likwidacji wojskowej bazy. W niepodległej Białorusi jedyną osobą, którą obchodził los zabytku, okazał się emeryt Włodzimierz Głaz.
[srodtytul]Na mleku od księżnej [/srodtytul] Pan Włodzimierz ma już grubo ponad 80 lat i jest znany w Szczuczynie. By trafić do jego domu wystarczy zapytać przechodniów na ulicy. Czemu skromny emeryt zawdzięcza taką popularność? – No a pan, choć nie miejscowy, też o niego pyta – nie kryjąc zdziwienia, mówi zatrzymana przeze mnie kobieta i potwierdza historię o tym, że aby ratować pałac Druckich-Lubeckich, Włodzimierz Głaz wystarał się o audiencję u samego prezydenta Aleksandra Łukaszenki.
Do spotkania doszło ponad pięć lat temu, po tym jak pan Włodzimierz przez kilka lat zasypywał skargami urzędy państwowe, od rejonowych po Kancelarię Rady Ministrów Białorusi. – By zatrzymać niszczenie pałacu – zapewnia. Siedzimy na ławeczce przy jego domu. – Poskutkowała dopiero interwencja u prezydenta – podkreśla pan Głaz. Opowiada, że Aleksander Łukaszenko całkowicie podzielił jego zmartwienie o perłę architektoniczną Szczuczyna. – Przyjął mnie potem szef obwodu grodzieńskiego i wkrótce przydzielono środki na konserwację pałacu. Niestety, wystarczyło tylko na remont dachu – wzdycha mój rozmówca. Cieszy się jednak, że pod nowym dachem "za mojego życia pałac nie będzie ulegał dalszemu zniszczeniu". Według prasy szczuczyńskiej miejscowe władze planują umieścić w pałacu Centrum Twórczości Dzieci i Młodzieży. Obecnie nie są tu prowadzone żadne prace renowacyjne. Dlaczego Włodzimierz Głaz przejął się losem posiadłości? – Musiałem się jakoś odwdzięczyć byłym właścicielom – odpowiada emeryt. Z dzieciństwa pamięta rozmowę ojca, weterynarza pracującego u Druckich-Lubeckich, z księżną. – Zapytała tatę, ile ma dzieci. Gdy usłyszała, że troje, i to w wieku roku, dwóch i trzech lat, kazała dawać naszej rodzinie po dwa litry mleka dziennie na każde dziecko nieodpłatnie. – opowiada. – Jakżem mógł patrzeć obojętnie, jak pałac niszczeje, jeśli zostałem "wskarmiony" mlekiem od mieszkającej w nim pani! [srodtytul]Przez dziurę w płocie [/srodtytul] Włodzimierz Głaz interweniował także w sprawie innej książęcej posiadłości, pałacu Czetwertyńskich w Żołudku nieopodal Szczuczyna. Odwiedzając siedzibę wywodzącego się od Rurykowiczów rodu, znalazł na drugim piętrze wielo-tonowy zbiornik, z którego woda wylewała się na podłogę. Okazało się, że pałac służył jako wieża ciśnień dla okolicznych domów. Po interwencji Głaza u prokuratora, zbiornik z pałacu usunięto. W Żołudku miałem problem ze znalezieniem siedziby Czetwertyńskich. Dopiero z pomocą okolicznych mieszkańców zaparkowałem przed zamkniętą stalową bramą. Na teren zespołu pałacowo-parkowego wszedłem przez dziurę w betonowym ogrodzeniu "udekorowaną" drutem kolczastym. Park i stojący w nim pałac, jako należące obecnie do białoruskiego KGB, są obiektem chronionym. Chronionym, bo wstyd pokazać turystom, do jakiej ruiny doprowadzono zabytkową posiadłość, której właścicielami przed Czetwertyńskimi były zasłużone dla historii i Polski, i Białorusi rody Uruskich i Tyzenhauzów. Park przypomina dżunglę. Przedzierając się przez krzaki, napotykam ceglany mur. Domyślam się, że jest to wybudowany jeszcze przez Tyzenhauzów neogotycki dwór, który stał się oficyną po wzniesieniu przez Czetwertyńskich pałacu w XIX wieku. Siedziba rodu Antoniego Tyzenhauza, podskarbiego nadwornego litewskiego i starosty grodzieńskiego, jest tak utopiona w chaszczach, że nie da się jej nawet sfotografować. Po kwadransie błąkania docieram do celu. Z murów pałacowych i z dachu wyrastają nasiane wiatrem drzewa i krzewy. Do pałacu trafiam przez rozbite okno obok zamkniętych na łańcuch drzwi. To dziś główne wejście. Po stopniach, za które służą przewrócone żołnierskie szafki. Z dwóch dużych sal na parterze jedna w czasach radzieckich służyła wojskowym za stołówkę, a druga, sądząc po zachowanej scenie, za klub. Idąc korytarzem, mijam mniejsze pomieszczenia. Po charakterystycznym małym okienku w drzwiach jednego z nich domyślam się, że był tu gabinet oficera kontrwywiadu. O latach świetności pałacu przypominają na wpół zniszczone schody z pięknymi rzeźbionymi drewnianymi poręczami. Choć pałac Czetwertyńskich wciąż ma status obiektu wojskowego (KGB), nikt nie zauważa obecności intruza. Przez dziurę w płocie opuszczam niszczejącą posiadłość i udaję się do miejscowego proboszcza Jana Rejszela. Urodzony pod Wołkowyskiem proboszcz w Żołudku nie ukrywa, że jest Polakiem. Sprzeciwia się naciskom władz, by odprawiać mszę w języku białoruskim. – A co mi zrobią? Na Syberię nie wyślą, bo to już inne państwo. Z Białorusi też nie deportują, jak robią to z księżmi z Polski, gdyż jestem "dzieckiem komunizmu", czyli urodzonym w ZSRR i posiadającym tutejsze obywatelstwo – streszcza argumenty, które wykorzystuje w sporach z władzami. Co do losu pałacu Czetwertyńskich jest sceptyczny. Uważa, że zanim ktoś pójdzie po rozum do głowy, pałac ostatecznie zniszczeje. Wspomina też, że kilka lat temu próby ratowania posiadłości podejmowała mieszkająca w Belgii księżna Izabella Czetwertyńska, która pierwsze pięć lat życia spędziła w pałacu ojca. – Udało się jej nawet dotrzeć do administracji prezydenta z propozycją przyciągnięcia środków z Unii Europejskiej. Chciała, by w rodowym gnieździe umieścić na przykład internat dla dzieci. – Niestety, wysiłki księżnej poniosły fiasko – podsumowuje proboszcz. [srodtytul]Agrofirma Możejkowo [/srodtytul] Lepszy los spotkał dwór leżący w rejonie lidzkim, sąsiadującym ze szczuczyńskim. Siedziba rodu Brochockich herbu Prawdzic mieści się we wsi Małe Możejkowo, do której łatwo trafić z szosy Grodno – Mińsk. Tu ostatnim właścicielem był Andrzej Brochocki, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej i wyprawy kijowskiej Piłsudskiego, za którą został odznaczony krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Zasługi Litwy Środkowej. Zasługi Andrzeja Brochockiego dla Polski nie mają znaczenia dla współczesnej Białorusi. A jednak siedziba, wzorowy okaz dworu średnio zamożnej szlachty kresowej, jest bardzo dobrze utrzymana. Tak się dzieje dzięki szefowi agrofirmy Możejkowo, Polakowi z pochodzenia Kazimierzowi Rahatce. Agrofirma jest jednym z najlepszych gospodarstw rolnych na Białorusi. Dzięki uzyskiwanym wynikom kierownik Możejkowa był odznaczany nagrodami państwowymi i od lat piastuje stanowisko w Radzie Republiki (wyższej izbie parlamentu, do której się trafia m.in. z nominacji prezydenta). Dobrze znający Rahatkę grodzieński krajoznawca Witold Iwanowski mówi "Rz", że to właśnie polskie korzenie sprawiły, iż kierownik wygospodarował środki na renowację dworu z kasy przedsiębiorstwa. – Aby uzasadnić tę inwestycję, odnowione budynki oddano do użytkowania władzom gminy – tłumaczy Iwanowski. Przy wejściu do byłego dworu Brochockich, obok tabliczki informującej, że jest to zabytek szlachecko-parkowy z pierwszej połowy XIX w., odnajduję tablicę wskazującą, że mieszczą się tu Rada i Zarząd Gminy Możejkowo. [i]Andrzej Pisalnik ze Szczuczyna, Żołudka i Małego Możejkowa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL