Sport

Zbudziły się stare demony

Frank Vandenbroucke
AFP
Znany belgijski kolarz Frank Vandenbroucke zmarł w hotelowym pokoju w Senegalu. Miał 34 lata, tyle samo co jego słynny rywal z kolarskich tras Marco Pantani, który pięć lat temu w podobnych okolicznościach, z dala od przyjaciół, ale za to z podejrzanymi medykamentami w zasięgu ręki, znalazł śmierć w hotelu w Rimini.
„Frank miał być może za dużo talentu, a za mało charakteru”, powiedział o nim jego rodak Eddy Merckx, największy kolarz wszech czasów.
Przyczyną zgonu Vandenbroucke’a, według belgijskich mediów, był prawdopodobnie zator tętnicy płucnej. Świadkowie zeznali, że obok niego znaleziono insulinę, środki na sen i uspokajające. Trzy osoby zostały przesłuchane przez prokuraturę pod zarzutem kradzieży i paserstwa. Zatrzymani to kobieta, która spędziła noc z kolarzem, oraz dwóch paserów. „Dziewczyna wzięła jeden lub dwa telefony komórkowe i pieniądze, ale kiedy opuszczała pokój nad ranem mówiła, że on jeszcze żył” - poinformował agencję AFP przedstawiciel żandarmerii. Vandenbroucke przyleciał do senegalskiego kurortu w niedzielę na wakacje razem z innym kolarzem Fabio Polazzim. Nie wrócił do hotelu, w którym mieszkał. Z przygodnie poznaną dziewczyną trafił do innego hotelu, gdzie wypił piwo, zanim udał się z nią do pokoju. W poniedziałek już nie żył.
„Niestety, jego śmierć to tylko półniespodzianka. Wiedzieliśmy, że nie jest z nim dobrze” – mówi stryj Franka, Jean-Luc Vandenbroucke, który w zawodowym peletonie ścigał się w Merckksem, a przed kilku laty był m.in. dyrektorem sportowym w grupie Lotto, w której zaczynał zawodową karierę jego bratanek. Sławę Frankowi Vandenbroucke dało spektakularne zwycięstwo w zaliczanym do Pucharu Świata najbardziej prestiżowym belgijskim klasyku Liege – Bastogne – Liege w 1999 roku. Styl, w jakim 25-letni wówczas kolarz zwyciężył, zrobił na specjalistach ogromne wrażenie. Z właściwą sobie ekstrawagancją, która nie opuściła go już do końca kariery, kolarz Cofidisu zapowiedział w przededniu wyścigu, że wygra, atakując na 700 metrów przed wzniesieniem Saint Nicolas. Dotrzymał słowa. Od tej pory coraz częściej pisano o nim po prostu „VDB”, skrót nazwiska stał się jego znakiem firmowym. „Nie widziałem nigdy tak utalentowanego kolarza”, mówił o nim były zawodnik, a obecnie dyrektor sportowy i menedżer Johan Bruyneel, który doprowadził Lance’a Armstronga i Alberto Contadora do sukcesów w Tour de France. VDB wygrał w sumie 53 wyścigi, ale jego kariera w pewnym momencie nagle załamała się z powodu afer dopingowych i kłopotów osobistych. Ostatni znaczący sukces to drugie miejsce w innym słynnym belgijskim klasyku Dookoła Flandrii w 2003 roku. Jak pisze „La Derniere Heure”, po błyskotliwym początku kariery nastąpił „tragiczny zjazd do piekła”. Już dwa tygodnie po spektakularnym zwycięstwie w Liege – Bastogne – Liege, został zatrzymany przez żandarmów w Paryżu pod zarzutem uczestnictwa w obrocie zabronionymi środkami dopingowymi. Głównym oskarżonym był Barnard Sainz, słynny „Doktor Mabuse”. W 2002 roku w domu kolarza znaleziono środki dopingowe, za co sąd skazał go na 200 godzin prac społecznych. Vandenbroucke cierpiał na depresję. Dwukrotnie został zatrzymany przez policję, gdy prowadził samochód pod wpływem alkoholu. W 2005 roku, gdy odeszła od niego żona, poślubiona pięć lat wcześniej włoska modelka Sarah Pinacci, próbował popełnić samobójstwo. „Z piwniczki wziąłem najdroższą butelkę wina – Chateau Petrus rocznik 1961 – i wzniosłem toast za moje życie” – napisał w autobiografii, która ukazała się przed rokiem. Był też przymusowo leczony w klinice psychiatrycznej w Ypres. Po drugiej samobójczej próbie w 2007 roku w Bucelo we Włoszech, gdzie mieszkał samotnie, jego ojciec Jean-Jacques Vandenbroucke, właściciel hotelu w Ploegsteert, zarzucał sobie: „Powinienem od małego trzymać go mocną ręką, mimo że źle znosił autorytarne traktowanie. Niestety, nie robiłem tego”. O rozchwianiu osobowości Franka świadczy dziwne zdarzenie w 2006 roku. Vandenbroucke, związany wówczas kontraktem z ekipą Unibet, przyjechał do Włoch, gdzie startował w wyścigach lokalnych pod fałszywym nazwiskiem Francesco del Ponte i z licencją, w której było wklejone zdjęcie ...Toma Boonena, jego rodaka, wówczas aktualnego mistrza świata. Definitywnie skończył z kolarstwem w 2007 roku. Tak twierdził. Jednak w kwietniu br. zgłosił się po numer startowy na zaplecze bistra w Ichtegem, by wziąć udział w wyścigu dla amatorów w barwach małej ekipy Cinelli, której dyrektorem jest kolega z peletonu Nico Mattan. Jak na ironię, tego samego dnia rozgrywano kolejną edycję Liege – Bastogne – Liege. Trzy tygodnie temu pojawił się na mistrzostwach świata w szwajcarskim Mendrisio jako konsultant z akredytacją dziennika „Het Nieuwsblad” i przy okazji ogłosił, że chce wrócić do peletonu. Trenował nawet na szwajcarskich szosach z reprezentacją Belgii, u boku Phillippe’a Gilberta i Toma Boonena. Poprosił o pomoc w odzyskaniu formy Włocha Aldo Sassiego, trenera m.in. Ivana Basso i mistrza świata Cadela Evansa. „Frank jest w dobrej formie fizycznej, psychicznie też się dobrze czuje" – mówił Sassi dla „La Gazetta dello Sport”. Ostatnie zanotowane słowa Vandenbroucke’a także napawały optymizmem. „W wieku 34 lat znalezienie nowej ekipy może nie być łatwe, ponieważ wszyscy będą myśleć, że stare demony znów powstaną przeciwko mnie. Wkrótce wyjeżdżam na wakacje do Senegalu. Mam nadzieję, że do końca października dołączę do nowej grupy”.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL