Publicystyka

Polityczne życie na kredyt

Premier Donald Tusk gotów jest zapłacić karierami najważniejszych współpracowników za wyzwolenie się z niezręcznej sytuacji medialnej. Na zdjęciu z Grzegorzem Schetyną w kwietniu 2009 r.
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Tusk, odwołując Schetynę i Drzewieckiego, dał do zrozumienia wszystkim ich następcom, że żadne zasługi nie stanowią wystarczającej gwarancji pozycji w partii. Że gotów jest poświęcić każdego – pisze Rafał Matyja
Wydarzenia ostatnich dni nie muszą skończyć się osobistą klęską Donalda Tuska. Ale są porażką modelu polityki, jaki przeciwstawił on nie tylko rządom PiS, lecz także polityki obozu solidarnościowego lat 90. Wraz z aferą hazardową załamał się pomysł na budowę popularności poprzez politykę dobrego wrażenia.
[srodtytul]Pozory symbolicznej zmiany[/srodtytul] Tusk uznał – jak się wydaje, jeszcze gdzieś pod koniec rządów AWS – że legitymizacja rządów przez reformy jest przeżytkiem. Zrozumiał, że forsowanie zmian ustrojowych kosztuje nieuchronnie utratę władzy. W swojej nowej formacji tolerował wprawdzie reformatorów, takich jak Jan Rokita czy Zyta Gilowska, ale nigdy nie zamierzał brać pod uwagę ich zdania w formułowaniu polityki.
Donald Tusk zdawał sobie sprawę z końca epoki transformacji, z wyczerpywania się agendy wymuszonej jeszcze przez proces integracji europejskiej. Jednocześnie zaś w jego własnej partii – Unii Wolności – dominowała anachroniczna tożsamość "partii reform". Porażka poniesiona w zmaganiach o przywództwo z Bronisławem Geremkiem i sukces wyborczy Andrzeja Olechowskiego stały się katalizatorem uwalniającym zasadniczą reorientację polityki liberalnej. Wydaje się, że najmocniejszym argumentem na rzecz takiej reorientacji była prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego. Wysokie zwycięstwo w pierwszej turze wyborów 2000 roku przemawiało za przekształceniem polityki reform w znacznie "lżejszą" politykę egzekucji praw, która została proklamowana wraz z powstaniem Platformy Obywatelskiej. Politykę liberalnego soft populizmu, wymierzonego w abstrakcyjnie rozumiane elity polityczne (jak wówczas mówiono – klasę polityczną) i ich przywileje. By zrealizować projekt przejęcia schedy po Kwaśniewskim i prowadzić względnie łatwą politykę dobrego wrażenia, należało wygrać wybory prezydenckie 2005 roku. Porażka tego projektu zmieniła Tuska. Nie tylko jako człowieka, ale także jako polityka. W jego oczach Lech Kaczyński był nie tylko przeciwnikiem, który zdobył wymarzone przez Tuska stanowisko. Był kimś, kto zmarnował pewną historyczną szansę przechwycenia zwycięskiej strategii dyskontującej wysoki wzrost gospodarczy, a zarazem wyposażonej w – konieczne po aferze Rywina – pozory symbolicznej zmiany. [srodtytul]Cel: prezydentura [/srodtytul] Porażka w kampanii prezydenckiej 2005 roku wepchnęła Tuska w koleinę redukującą działania PO do planu rewanżu w wyborach 2010 roku. Władza zdobyta w roku 2007 była jedynie narzędziem do jego realizacji. Słynne narzekania Tuska na posiedzeniu Komisji Trójstronnej, mówiącego, że gdyby wiedział, iż rządzenie będzie polegało na tym, że "osiem godzin jest o CO2, osiem godzin o emeryturach pomostowych", to w ogóle by się nie pchał, pokazują, że tego polityka nie interesuje żadne przeprowadzanie zmian. Ideą przewodnią tych rządów stało się zatem unikanie wszystkiego, co może zaszkodzić aspiracjom prezydenckim, i minimalizowanie niekorzystnych skutków rządzenia. Wzorem stały się do pewnego stopnia krótkie rządy Kazimierza Marcinkiewicza, które temu nieznanemu szerzej politykowi przyniosły popularność za stosunkowo niewielką – gdy chodzi o realne zmiany i realny wysiłek polityczny – cenę. Do lata 2009 roku model ten sprawdzał się wyśmienicie. Jesienią został poddany weryfikacji. [wyimek]Korekta polityki przez afery jest wyjątkowo niekorzystnym mechanizmem, obniżającym efektywność struktur państwowych i degenerującym sferę publiczną do walki na podsłuchy i przecieki[/wyimek] O tym, że Tusk nie porzucił idei przewodniej swoich rządów, świadczy fakt, że gotów jest zapłacić karierami najważniejszych współpracowników – przede wszystkim Grzegorza Schetyny i Mirosława Drzewieckiego – cenę wyzwolenia się z niezręcznej sytuacji medialnej. Sytuacji, w której przez następne tygodnie dziennikarze drążyliby szczegóły afery hazardowej, badając uwikłanie kolejnych osób z ekipy Tuska, a media zlecałyby kolejne sondaże na temat pożądanych przez opinię dymisji. Polityka wizerunkowa domaga się bowiem, by odwoływać ministrów "kosztownych" dla premiera, bez względu na ich merytoryczne osiągnięcia. Jednocześnie ta sama polityka sprawia, że słabi ministrowie mogą trwać w rządzie, o ile pozostają niewidoczni. Stąd też śmieszna "rekonstrukcja" z sierpnia 2008, w ramach której nie znaleziono po raz pierwszy nikogo, kto nie sprawdziłby się na rządowej funkcji przez pierwsze miesiące rządzenia. Problem Tuska polega jednak na tym, że polityka wizerunkowa w takim jak obecnie stylu jest w istocie życiem na kredyt. Kredyt na konto wyborów parlamentarnych 2011. [srodtytul]Zawiedzione zaufanie[/srodtytul] Odwołując z funkcji dwóch wspomnianych wyżej ministrów, zachwiał do pewnego stopnia dwoma filarami partii, niezwykle istotnymi w budowaniu finansowego i organizacyjnego potencjału Platformy. Tusk nie tylko podważył pozycję tych dwóch osób. Dał do zrozumienia wszystkim ich następcom, że żadne zasługi nie stanowią wystarczającej gwarancji pozycji w partii, że gotów jest poświęcić każdego – może nawet całą partię – na ołtarzu własnych ambicji. Tusk dużo i chętnie mówi o zaufaniu. Wbrew pozorom jego ostatnie decyzje stanowią próbę utrzymania zaufania do własnej osoby kosztem destrukcji bardziej zinstytucjonalizowanych form. Po pierwsze, kosztem pozycji CBA – jako służby, która w wyniku interwencji premiera może stracić nie tylko szefa, ale wręcz zdolność dokonywania skutecznych działań wymierzonych w wysokich urzędników państwowych. Po drugie – kosztem zaufania do Platformy, której nie dane było wypracować żadnego stanowiska wobec afery, a której dano do przyjęcia na wiarę stanowisko jej szefa. Po trzecie wreszcie – kosztem odwołania się do procedur parlamentarnych (do których odwołano się podczas kryzysu lat 2003 – 2004), co wiąże się z zapowiedziami toczenia parlamentarnej wojny z opozycją jako reakcją na ostry kryzys wiarygodności rządu. Paradoksalnie bowiem obie strategie rządzących po aferze Rywina partii były obliczone nie tyle na rekonstrukcję społecznego kapitału zaufania, ile na zużywanie jego resztek, zużywanie tych zasobów, które mogły stanowić kapitał założycielski nowego modelu polityki. Tak jak Kaczyński uciekał przed doświadczeniem iluzoryczności rządzenia w konflikt, konstruując politykę w wirtualnych przestrzeniach walki z wyimaginowanym przeciwnikiem, tak Tusk – z tych samych powodów – pogrążał się w złudnym spokoju polityki transakcyjnej, obliczonej na zachowanie pokoju społecznego za wszelką cenę. [srodtytul]Skutki błędów sprzed lat[/srodtytul] Rekonstrukcja instytucji państwa i polityki – jako obiektu, który obywatele darzą elementarnym (bo przecież nie bezwarunkowym i nieograniczonym) zaufaniem – nie interesowała żadnego z rządzących po Rywinie premierów. Elity polityczne zafiksowały się na zwalczaniu objawów korupcji, lekceważąc problem jej źródeł. A wobec zasadniczej zmiany postawy mediów wobec polityki ryzykowały bolesną weryfikację przez afery, które jawią się wręcz jako zjawisko ontologizujące nieważką na co dzień politykę jałowego sporu na osi PO – PiS. Tyle tylko, że korekta polityki przez afery jest wyjątkowo niekorzystnym mechanizmem, obniżającym efektywność struktur państwowych i degenerującym sferę publiczną do walki na podsłuchy i przecieki. Rzecz jasna wskazywanie błędów Tuska jest dziś znacznie łatwiejsze niż wcześniej. Jestem jednak przekonany, że obecne trudności są skutkiem błędnych decyzji sprzed lat. Dziś premier ma bardzo ograniczone pole wyboru. Czy mógł zachować się inaczej? Jeżeli nie rozważał po prostu dymisji rządu – a wydaje się, że był od tego daleki – to cały model polityki, jaki ukształtował po roku 2001, pchał go do tego, by za wszelką cenę oddalić od siebie destrukcyjnego wirusa medialnej kompromitacji. [i]Autor jest publicystą, historykiem i politologiem związanym z Wyższą Szkołą Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL