Styl życia

Latający cyrk bmxów

Rzeczpospolita
Dla przechodniów w dużych miastach są zjawiskiem ekstremalnym. Na miniaturowych rowerach przemierzają ulice w szalonym tempie
Dla pieszych widoczny jest przez krótki moment, gdy przelatuje obok, unosząc się wysoko nad chodnikiem. Choć przemieszcza się na rowerze, pedałuje rzadko. Dotyka kołami podłoża tylko po to, by odbić się od wysokiego krawężnika lub stopni schodów i wylądować miękko na... płocie piwnego ogródka. Z hałasem ślizga się po nim na pegach, po czym znika z oczu.
– Gdy sunę, a raczej frunę przez miasto na zminiaturyzowanym bmx, czuję się wolny, niezależny. Gwiżdżę na korki w mieście i brak rowerowych ścieżek – mówi Janek Uchajski, student drugiego roku filozofii. Ma długie włosy, jeansy rurki, czarną koszulkę z logo AC/DC. – Wystarczy jakiś krawężnik, kawałek płotu, balustrady lub murek. Dzięki nim przeskoczę dystans, pokonam przestrzeń. Tylko straż miejska i policja robią czasem problemy. Zatrzymują mnie, bo chcą wiedzieć, czy roweru jakiemuś małemu dziecku nie ukradłem. Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej"
Takich osób jak Janek Uchajski jest coraz więcej w każdym dużym mieście. Przez kierowców aut prawie niezauważalni. Dla przechodniów są zjawiskiem ekstremalnym, gdy w szalonym tempie przemierzają miasto, wykorzystując do swych akrobatycznych skoków wszelkie wystające po drodze elementy. Gdy cyklista-cyrkowiec w końcu na moment przysiądzie na siodle, garbi się, chowając głowę między kolanami, bo rower jest bardzo mały. W jednej ze społeczności internetowych, gdzie ludzie gromadzą się w grupy ze względu na zainteresowania, przy zakładce pod hasłem BMX 20 cali specjalny anons: „Nazwa chyba nie wymaga wyjaśnień. Jeśli nie wiesz, o co chodzi, ta grupa nie jest dla ciebie”. Bmx 20 cali to specjalny, zminiaturyzowany rower wykorzystywany do skoków. Ma bardzo prostą konstrukcję. Żadnych przerzutek, hamulce ręczne. Nie wyższy niż metr (80 – 90 cm) i nie dłuższy niż 120 – 130 cm, waży od 8 do 12,5 kilogramów. Oprócz miniaturyzacji i prostoty wyróżnia go część kierownicy umożliwiająca obracanie nią o 360 stopni, i pegi – metalowe, dziesięciocentymetrowe rurki przymocowywane do ośki roweru, które pozwalają na jeżdżenie po płotach i opieranie na nich stóp podczas akrobacji.     Bmx narodził się w latach 70. w Kalifornii. Jazda na tych rowerach jest już dyscypliną sportową, debiutowała na igrzyskach w Pekinie. – To olimpijskie jeżdżenie nie ma nic wspólnego z codzienną rzeczywistością bmx i z organizowanymi na całym świecie zawodami – mówi Marcin Wróblewski, trzykrotny mistrz Polski w ujeżdżaniu bmx 20 cali, student politechniki z Poznania. – Na igrzyskach zawodnicy nie uprawiają wyczynowej jazdy, a jedynie ścigają się, a ich rowery bardziej przypominają górale niż nasze 20-calówki. W środowisku sport uprawiany poza olimpiadą ma kilka odmian: vert, czyli skakanie na pionowych rampach, flatland – ewolucje wykonywane na płaskim terenie, park – jazda w specjalnie zaprojektowanych parkach zwanych też skateparkami, dirt – wykorzystywanie skoczni uklepanych z ziemi, oraz street, czyli jazda w mieście, wskakiwanie na murki, schody, poręcze. W Polsce bmx zaczął pojawiać się w latach 90. – Na zawodach organizowanych w Polsce najczęściej skaczemy na hopkach (zbudowanych z gliny skoczniach – red.) – mówi Wróblewski. – Dirt jest bowiem bardzo widowiskowy, to przyciąga publiczność i, co za tym idzie, sponsorów – wyjaśnia. – Poza tym wielu z nas lubi hopki, bo to niezła adrenalina, gdy wjeżdża się na skocznię z dużą prędkością po to, by potem z rowerem jak najwyżej i jak najdalej polecieć. A za pierwszą hopką jest druga, kolejna i kolejna. Mają różne wysokości, im wyższa, tym dłuższy lot. Trasy nie są zazwyczaj krótkie, zabawa i spektakl trochę trwa. Rzadko uprawiany jest w Polsce flatland. Polega na podskakiwaniu na 20-calówce na płaskim terenie (boisku bądź placu). Jest bardzo interesujący dla oglądających, bo wygląda jak zwariowany, solowy taniec. Niektórzy nazywają to ujeżdżaniem żywego, dzikiego bmx. Flatland wymaga bardziej wyspecjalizowanych rowerów. Pegi są tu o wiele grubsze, mają różnego rodzaju prążki, piaskowanie itp., które mają zwiększyć przyczepność butów podczas wykonywania na rowerze akrobacji. – To chyba najtrudniejsza z dyscyplin, wymaga łączenia wielu technik, nauczenia się mnóstwa tricków, paru lat ćwiczeń i siły, by wybić rower do góry na płaskim – mówi Wróblewski. – Jednocześnie nie jest tak konkurencyjna jak hopki ani tak sponsorowana, stąd coraz mniejsza u nas jej popularność. Z różnych stylów jazdy najlepiej przyjmuje się i jest na co dzień widoczna jazda bmx street, czyli po mieście. – Mamy za mało skateparków, by ćwiczyć, a murki i płoty są praktycznie wszędzie, stąd popularność bmx w mieście – mówi Piotr Skorupka, prezes pierwszego w Polsce stowarzyszenia amatorów tego sportu „Alternatywa BMX” z siedzibą w Łodzi. – Nie prowadzimy statystyk, ale to, że moda na bmx wzrasta, wiemy, bo są w Polsce tylko trzy sklepy sprzedające specjalne rowery (w Bydgoszczy, Poznaniu i Warszawie – red.) i ich obrót tego lata przekroczył najśmielsze oczekiwania. Bmx nie są tanie, bo najprostszy tzw. bazowy kosztuje ok. 1,5 tys. zł, a bardziej wyspecjalizowany 3 – 5 tys. zł. Kupują je osoby w wieku od 13 do 35 lat. – Ale w Polsce bmx to raczej nie sport, lecz moda. Styl życia młodych w dużych miastach – mówi Skorupka. Styl narzucają najlepsi. Nie ma on, wbrew powszechnym przekonaniom, nic wspólnego z grafitii i hip-hopem. Nie mogą jeździć w opuszczonych szerokich spodniach, bo to niepraktyczne. Dla wygodny wkładają na rower wąskie damskie jeansy z opuszczonym stanem. – Są do jazdy najlepsze – przyznaje Wróblewski. – Do jazdy bez hamulców, oczywiście, bo dziś hamulców mieć nie wypada – trzeba hamować z buta – dodaje Skorupka. Ten sport wydaje się bardzo urazowy i niebezpieczny, ale na świecie znany jest tylko jeden przypadek złamania karku. Na co dzień problemem jest tu tylko nadwyrężanie stawów. Na głowach przyjęła się tzw. truckerka, czyli czapka z daszkiem i siateczką na włosach. – Taka, jaką noszą rasowi kierowcy tirów – wyjaśnia ze śmiechem Wróblewski. Muzyka przez nich preferowana to ostre gatunki – punk, hardcore, rock i punk rock.     Polscy pasjonaci bmx dzielą się między sobą na zawodowców i amatorów. – Zawodowców jest niewielu, natomiast dzieciaki jeżdżą teraz w miastach na potęgę, trudno je zliczyć – mówi Konrad Hryniewicz z Trójmiasta. Kiedyś był amatorem, teraz wygrywa w zawodach bmx street style. Na stronie o sportach ekstremalnych (extrema. sport. wp. pl) poświęcono mu notkę biograficzną. W jej poważny ton wkradają się środowiskowe ksywy i slang: „Konrad Hryniewicz, jeden z najbardziej utalentowanych street riderów na polskiej scenie bmx, już w wieku 15 lat pokazał pierwsze tricki na Poznań Game Arena, gdzie zaczęła się jego jazda na całego. Dwa lata później na białostockich zawodach Relax Jam został wyróżniony za najoryginalniejszy styl jazdy w skate- parku. Od tamtego czasu Konrad, znany w środowisku jako „Pryszczu”, doskonalił street style...” O amatorach i dzieciakach, czyli nastolatkach jeżdżących w grupach, zawodowcy mówią też zajawkowicze (zajawka to pasja, wewnętrzna energia, coś, co nakręca każdego dnia). Nazwa przyjęła się wśród samych młodych. W anonsach namawiających do wspólnych wypadów piszą: „Nasz bmx to zero spinki, nakazów i zakazów, to po prostu grupa zajawkowiczów, najlepsze polskie miejscówki i chill-out”. Być może też to tacy zajawkowicze, o jakich śpiewa polski raper PeeRZet -„Zajawkowicze, ja na was liczę, To się rozkręci, wy się rozkręcicie, Każdy ma zajawkę, każdy się o coś stara...”.     - 17 października na terenie warszawskiego Parku Szczęśliwice. Finałowa impreza Pucharu Polski. - 31 października w Warszawie w skateparku przy ul. Rozbrat. Zawody Scary Jam BMX INLINE 2009. - na filmach założyciela stowarzyszenia „Alternatywa BMX” Henryka Stawickiego: www.youtube.com
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL