Literatura

Migawki z apokalipsy

ROL
Wojciech Albiński mierzy się z doświadczeniem wojny
Pisarz, który w książkach nie wspomniał nawet o swej przeszłości, zdecydował się opowiedzieć o dzieciństwie. Przypadło ono na czas apokalipsy.
[srodtytul]Szukając skarbu[/srodtytul] W „Drugiej spowiedzi” Albiński (ur. 1935), do tej pory znany z prozy o Afryce, opisuje wakacje, które spędzał w domu babki w Piastowie. Był to czas wojny, ale jej groza nie ujawniła się jeszcze chłopcu w pełni. Kilkuletni malec zaglądał do szuflad. Ciekawił go zamykany na klucz notes. Gdy natrafił na przyciemnione, pojedyncze szkło do okularów, zapytał: „Czy mieliśmy w rodzinie jakiegoś korsarza? Takiego z mórz południowych, który napada na hiszpańskie żaglowce”. „Nie – odparła babka. – Ty będziesz pierwszy”. Wpatrywał się potem w mapy dalekich kontynentów w poszukiwaniu krzyżyka oznaczającego miejsce ukrycia skarbu. Znalazł go wreszcie pośrodku Sahary. Postanowił, że któregoś dnia musi się tam udać.
Albińskiemu udała się rzecz zdumiewająca – w krótkich, napisanych oszczędnym stylem opowiadaniach pokazał wojnę widzianą oczyma dziecka z jego wrażliwością i sposobem postrzegania świata. Uniknął wpadek przytrafiających się autorom wojennych wspomnień. Nie pisze o strachu, ale sprawia, że udziela się on czytelnikowi. Tak jest w prozie „Za Bug i z powrotem”, gdzie mówi o nocnej przeprawie przez rzekę, która od końca września 1939 r. wyznaczała granicę pomiędzy niemieckim a sowieckim zaborem. Rodzicom Albińskiego nie powiodła się ucieczka na południe. W Równym na Wołyniu zaskoczyła ich Armia Czerwona. Postanowili przedrzeć się do Włoch pod Warszawą, gdzie był ich dom. Po sforsowaniu rzeki wpadli w ręce Niemców. Żołnierze odprowadzili ich do komendantury. „Bawiąc się metalowymi guzikami płaszcza, stanął przed nami młody oficer Wehrmachtu. „Bolszewicy?” – zapytał. „Nie”. Leutnant się nieco zasępił. „Szkoda... Bobym was kazał rozstrzelać”. Za oficerem stał Gefreiter. Robił grymasy i miny, dawał nam poznać, że przełożony żartuje”. Nad opowiadaniami unosi się aura tajemnicy. Tak jest w „Przypadkowym spotkaniu w EKD” – historii podróży z ulicy Nowogrodzkiej do Włoch. W ostatnim momencie do wagoniku kolejki, w którym Albiński siedział wraz z mamą, wskoczyło dwóch mężczyzn. Jeden miał na sobie palto – tkwiły w nim kawałki nieroztopionego lodu, do rękawów przyczepiły się zbutwiałe liście. O takich ludziach mówiło się „leśni”. W pewnej chwili spotkały się spojrzenia pani Albińskiej i spóźnionego pasażera w palcie. „To twój syn?” – spytał mężczyzna. „Ty żyjesz” – odpowiedziała. [srodtytul]Pogawędka z katem[/srodtytul] Duże wrażenie wywołują obrazy z czasu powstania warszawskiego, które przyszły pisarz obserwował z rodzinnych Włoch. Choćby Rottenführera Schultza, który, zmęczony wyczerpującymi rzeziami w stolicy, odpoczywał w podwarszawskim miasteczku. Podczas czyszczenia broni opowiadał mieszkańcom Włoch o tym, co robił w Warszawie. Mówił o poruczniku „Dębie”, który chciał się poddać z wojskowymi honorami i bardzo tym dowódcę Schultza rozśmieszył. I o dwóch sanitariuszkach AK, które wpadły w ręce własowców. Albiński wie, że o grozie się nie krzyczy. Mówi się o niej szeptem. Gdy opowiada o tragedii, pozwala sobie na czarny humor. Taka odwaga służy literaturze. Znakomita książka Albińskiego dowodzi, że wojna nigdy nie kończy się dla tych, którzy ją przeżyli. [i]Wojciech Albiński, Achtung, Banditen! W.A.B., Warszawa 2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL