fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Komik płacze śmiechem

Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
Z Zenonem Laskowikiem rozmawiał Jacek Cieślak
[b]Rz: Benny Hill prywatnie był osobą niezwykle depresyjną, podobnie jak Peter Sellers. Nie wiem, czy czuje się pan komikiem, czy raczej człowiekiem kabaretu, ale tryska pan energią, a uśmiech nie schodzi z ust.[/b]
Pozory mylą...
[b]Znowu pan żartuje.[/b]
Komik płacze śmiechem. W ten sposób wyraża głęboko skrywane rozterki. Wszystko po to, żeby nie psuć uroków życia. A mówiąc już bardzo, bardzo serio: rzeczywiście warto odróżnić komika od człowieka kabaretu. Myślę, że kabaret był wstępem do realizowania moich marzeń związanych z komizmem. Mam nadzieję, że Jan Kęcik, reżyser „Filharmonii uśmiechu”, to zauważył i próbuje mnie pokierować w nową stronę. Gram w tym programie etiudę komiczną „Laskowik dyrygentem”. Próbuję bawić widza bez słów, zachowując jednak pełny kontakt z nim, tak aby odczytał mój wewnętrzny monolog. Najważniejsze pytanie brzmi, jak zaskoczyć publiczność. Bo jeżeli już na początku wie, jaka będzie pointa, grozi nam totalna nuda.
[b]Tymczasem większość młodych kabaretów serwuje kawę na ławę. Pan reprezentuje starą szkołę?[/b]
Muszę młodych usprawiedliwić. Nie ma dla nich wydziału kabaretowego czy estradowego w Akademii Teatralnej. Zgodnie z zasadami rynkowymi, próbują się sprzedawać. Kabaret Moralnego Niepokoju, Ani Mru Mru czy Neonówka mają pomysły, tylko brakuje im warsztatu i doświadczenia. Ale jak ktoś wchodzi na estradę i „złapie” widza, ten zaś jest przekonany o wartości i talencie wykonawców – czapka z głowy!
[b]A jakby pan określił swoją kabaretową szkołę?[/b]
To szkoła Tey-owska. Nasze credo brzmiało: ty, nasz widzu kochany, jesteś dla nas jedynym sędzią. Tylko ty nas możesz oceniać. Jeżeli cię nie rozbawimy, nie zaskoczymy, to wiemy, że potrafisz kurtuazyjnie klaskać, ale w cichości ducha myślisz: „Przyszedłem tu ostatni raz”.
[b]Zdarzała się panu tak zwana „zima” na widowni?[/b]
Przyszedł taki czas w stanie wojennym. Walczyłem wtedy z Estradą Poznańską, żeby przestali nam dowozić widownię autobusami, z zakładów pracy, tylko po to, żeby zgadzało się w kasie. Chciałem, żeby widzowie sami nas wybierali. Programy, które pokazywaliśmy tej „nowej” widowni, nie zawsze były przez nią ciepło przyjęte. Trzeba było się powoli przygotowywać do pracy w warunkach rynkowych. Kapitalizm był przecież u bram, szły nowe czasy. I niektórzy koledzy zdecydowali się na skok. Czasami kosztem rodziny, byle tylko utrzymać się na górze. Wolałem zejść ze szczytu, ze sceny. Pójść dołem. Przez dolinę. Nie dawać wiary w to, co mi mówili, że jestem świetny, wprost genialny, ale sprawdzić się w codziennym życiu. Tak jak jest napisane w Piśmie, narodzić się drugi raz. A przy okazji wytrzeźwieć, bo przecież ciągle mnie częstowali, ciągle byłem na drinkach. Kiedy usłyszałem, że na moim osiedlu nie ma kto listów roznosić, poszedłem pracować na pocztę. To była szokoterapia. Psychoterapia.
[b]Rzadki pośród artystów przykład zerwania ze sławą.[/b]
Złapałem się na tym, że jestem idealistą. Bardziej mnie pociągał idealizm niż utopia socjalistyczna. Używałem języka urzędowego i podkreślałem, że bycie listonoszem to nie jest zawód, tylko służba. To był jeszcze czas, kiedy chodziło się w mundurze i w czapce z orłem w koronie. Czułem się jak nasi ojcowie w II Rzeczypospolitej. Ukułem sobie nawet takie powiedzenie: „Służę na powierzonych mi rejonach ku chwale III Rzeczypospolitej”. Jak mnie pytali, co robię – mówiłem jak powyżej. Patrzyli na mnie jak na świra. Tłumaczyłem: adresaci kochani, pokolenia naszych ojców, dziadków i pradziadków walczyli o wolną Polskę. I teraz kiedy ją mamy, to wy na to państwo, którego jestem przedstawicielem, dalej narzekacie? Znowu chcecie, żeby go nie było? Żeby tą drogą obcy listonosz chodził z obcymi emblematami?
[b]Ale z życia oraz literatury światowej, wiemy, że praca listonosza przynosi również kontakt z kobietami, które są same w domu.[/b]
Zgadza się. Zdarzało mi się doręczać do niektórych pań listy polecone, które same do siebie wysyłały, tylko po to, żeby ich odbiór mogły pokwitować u mnie. Zaczęło się od jednej, a potem u jej koleżanek wezbrała fala zazdrości. Oj, nasłuchałem się wymówek: do mojej koleżanki ma pan czas zajrzeć, a do mnie już nie!
[b]Zyskał pan też okazję do ćwiczenia dialogów.[/b]
Kiedy Bohdan Smoleń postanowił robić karierę, musiałem myśleć o monologach. Tymczasem w życiu listonosza wciąż obowiązywał dialog. Zdarzały się sytuacje, których przy stoliku bym nie wymyślił. Wchodziłem do domu: „A to pan? Po co pan to robi?”. „Nie chodzicie do teatru, to teatr przyszedł do was. Zmiana jakościowa!”. Na początku mi nie ufali, podejrzewali, że nagrywam program z cyklu „Ukryta kamera”. Mówili, że nie życzą sobie, by naruszać ich prywatność. Potem przyjmowali serdecznie. „Niech pan siada”. „Nie, nie, piechota poczty bierze z marszu. Jak będę naczelnikiem, to sobie usiądę”. „To pan nie jest naczelnikiem?”. „Kiedyś w innej branży byłem. Ale teraz nie jestem”. „Zamierza pan awansować?”. „Czy to ode mnie zależy? Wszystko w waszych rękach. Pan jest adresatem, wobec którego pełnię służbę. Proszę mnie jednak nie mylić ze służącym”. „A to nie jest zawód?”. „Zawód nie. My dostajemy wynagrodzenie”. „To masz pan...”. I na stole leżało 5 złotych.
[b]Brał pan?[/b]
Nie chciałem brać od biednych rencistów. Najgorzej było, kiedy koledzy szli na urlop, a ja przejmowałem ich rejon. „Końcówki” stanowiły dla nich dodatek do wynagrodzenia. Więc, kiedy wracali z urlopów, adresaci mieli do nich pretensje. Powtarzali: „Pan Zenek nigdy nie bierze”. To się nasłuchałem utyskiwań w rodzaju: „Zenek, nie pier... nam rejonu!”. Byłem między młotem a kowadłem.
[b]W jakich okolicznościach złożył pan dymisję?[/b]
Pracowałem na poczcie przez 11 lat. Ale nowa rzeczywistość, a zwłaszcza tendencje prywatyzacyjne, podważyły powagę mojej służby. Dowiedziałem się, że instytucja, w której pracuję, nazywa się Poczta Polska w Polsce. Okazało się, że jest wystawiona na sprzedaż i mogę ją kupić. Poza tym zaczęło się robić kabaretowo. Na poczcie nie było znaczków, ale można było kupić pończochy i prezerwatywy. Musiałem doręczać gadżety, nawet pampersy. Kiedy zdecydowałem się odejść z poczty, adresaci byli bardzo niezadowoleni. Zyskałem ich zaufanie. Wyjeżdżając na dłużej, dawali mi klucze do domu i pełnomocnictwa na odbiór pieniędzy. To zaufanie ceniłem sobie bardzo wysoko.
[b]Co panu dała ta służba na powierzonych rejonach?[/b]
Odzyskałem siebie. A kiedy rozstawałem się z kolegami z kabaretu, nie wierzyli, że po latach można do siebie wrócić. Tymczasem katharsis jest możliwe. Słabość do trunku i tytoniu też można pokonać. Medycyna o tym jeszcze nie wie, ale organizm, jak mu się da szanse, czyni cuda.
[b]Daje radę.[/b]
Odpukać, mój daje. A umysł rewanżuje się refleksją i pytaniem „Po co jest sztuka?”. Po to, żeby człowiek poszedł do teatru. I usłyszał o wartościach ponadczasowych od aktora, który jest duchowo rozwinięty i umacnia widza w wierze, że warto być człowiekiem.
[b]Mówi pan jak Juliusz Osterwa albo Gustaw Holoubek.[/b]
Muszę tak mówić, bo obaj już nie żyją. I powiem więcej. Uważam, że koledzy, którzy nie myślą o rozwoju duchowym, tylko decydują się na udział w reklamie, wchodzą w bardzo niebezpieczną pułapkę do złotej klatki. Myślą, że jak zarobią wielkie pieniądze, to będą jeszcze mogli zagrać Hamleta. Nie zagrają. Kiedy sprzedają twarz, przestają być wiarygodni, stają się billboardem. Najwznioślejsze prawdy w ich ustach brzmią jak kłamstwo. Taki artysta nie jest w stanie oderwać widza od prozy życia. A ja bym chciał. Dlatego interesuje mnie komizm, bycie komikiem. Chciałbym, żeby śmiech budził refleksję, na przykład nad bezdusznością naszego świata.
[b]Startował pan w czasie, kiedy debiut mógł przyprawiać o tremę. Na szczycie popularności były Dudek, Egida.[/b]
Nie zwracałem uwagi na nazwy kabaretów, tylko na ich pomysły. „Sęk” Dudka to klasyka. Można się uczyć od mistrzów, jak grać, jak pauzować. Bim Bom, jeszcze ze Zbyszkiem Cybulskim, wykonywał skecz o drwalach przecinających pieniek. Na sali siedziała inteligencja. Paliła, popijała koniaczek, a drwale mówili, że to lenie i nieroby. Geniuszem komediowym był dla mnie Bogumił Kobiela. Do dziś pozostaje niewykorzystany wielki talent Jasia Kobuszewskiego. Nikt nie napisał dla niego scenariusza. A vis comica ma nieprawdopodobną.
[b]Jaki był pana pierwszy skecz?[/b]
To była piosenka „Lubię zawód masażysty”. Napisałem ją w 1968 roku, po tym jako ZOMO pałowało studentów. Śpiewaliśmy i katowaliśmy faceta. Dotknąłem rzeczywistości tragikomicznie. Po raz pierwszy miałem też rozmowę z czynnikiem politycznym, na uczelni. „Kto was, panie kolego, takiego masażu uczył?”. „Na uczelni nie, ale na ulicy widzieliśmy”. Kabaret był po to, żeby zachować godność, uratować siebie, nie popaść w strach. Skończyłem studia. Miałem iść do pracy. Co mnie tam czeka? Myślałem: bez partyjnej legitymacji będzie ciężko. Spotkaliśmy się z kolegami. Wstąpiłeś do partii? Nie, a ty? Nie. No to otworzyliśmy flaszkę i zdecydowaliśmy, że będziemy się wygłupiać. To było nasze hasło.
[b]Jak wyglądały kontakty z cenzurą[/b]
Kiedy dostawała nasze teksty, wykreślała pointy. A na premierze trzeba było oddać kilka strzałów. To się ryzykowało. Oczywiście cenzorzy siedzieli na widowni. Śmiali się najgłośniej. Pewnego razu przyszedł sekretarz partii. Postanowiliśmy iść na całość i zagrać wszystko, co nam cenzorzy skreślili. A niech się martwią. Miny mieli niewesołe. Ale sekretarz śmiał się najgłośniej. Powiedziałem wtedy naszym opiekunom: „No i jak wyglądacie? Jak pieski. Sekretarz się bawi, a wy mu żałujecie zabawy”. Inspirujące było doświadczenie z „Mamuśką”. Skecz przyjechał zobaczyć twórca Elity Janek Kaczmarek. Ale najpierw przeczytał tekst. „To jest ta słynna »Mamuśka«? To nie jest śmieszne. To jest smutne!”. Dopiero po programie, gdy zobaczył interpretację, zmienił zdanie. Potem do cenzury oddawaliśmy już tylko szkice.
[b]Spotykał pan cenzorów po latach?[/b]
Bili się w piersi, tłumaczyli. Powiedziałem im, że nie robię za Pana Boga. Jak chcecie sobie czyścić sumienia – wasza sprawa. Ja wam wybaczam. Dzięki nim nauczyłem się eufemizować, co w kabarecie zawsze jest lepsze od mówienia wprost.
[b]Urodził się pan w marcu 1945 roku koło Wołowyska. Dziś to Białoruś.[/b]
Urodziłem się w Rexście, ponoć w drodze do Wilna rezydował tu król. Ojciec był w Armii Krajowej. W 1945 roku jego zgrupowanie stoczyło bitwę z Armią Czerwoną. Sowieci oddział rozbroili, a ojciec dostał wyrok – 10 lat Workuty. Bez zawiadomienia rodziny. Tymczasem żołnierze, którzy przeżyli bitwę, powiedzieli nam, że ojciec nie żyje. Znałem go tylko z fotografii. Mama co wieczór mówiła, żebym zmówił pacierz za tatę. Kiedy wrócił, miałem dwanaście lat. Przeżyliśmy lekki szok. Po wojnie mama wyszła za mąż. Miałem już siostrę. Ojczym zrozumiał sytuację i odszedł. Zacząłem drugie życie.
[b]Odwiedził pan swoje rodzinne strony?[/b]
Byłem tam trzy lata temu. Akurat w tym samym czasie prezydent Białorusi przebywał w Moskwie. Ostał się tylko fundament domu. Stanąłem w miejscu, gdzie była moja kołyska. Spotkałem sąsiadkę, 98-letnią panią. Powiedziałem, kim jestem. Wzruszyła się. „Zenoczek, Zenoczek. Pamiętam, tu twoja mama pasała krowę, żeby było mleko dla ciebie. Tu ojciec bił się z Niemcami, a tam do wsi biegał ostrzec przed łapanką, żeby Żydzi uciekali”. Spojrzałem w niebo. Chwila zadumy. Dotknąłem miejsca urodzenia, ale pępowinę przeciąłem już dawno. Idę, a pod nogami już powoli czuję ruch planety.
[ramka]Zenon Laskowik
Jeden z najważniejszych polskich artystów kabaretowych powraca na szklany ekran programem „Laskowik i Malicki. Niedziela wieczór”. Nadal podchodzi do świata z dystansem, ale o pewnych sprawach woli mówić poważniej niż w czasach legendarnego kabaretu Tey.
W trakcie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, stworzył kabaret Klops. Był także kierownikiem radiowęzła studenckiego. W 1970 roku razem z Krzysztofem Jaślarem założył Tey. Występował w duecie, najpierw z Januszem Rewińskim, a następnie Bohdanem Smoleniem. Na festiwalu w Opolu w 1980 roku przedstawił minispektakl „S tyłu sklepu”, który zrobił furorę i do dziś pozostaje jednym z najpopularniejszych polskich skeczów. Na początku lat 90. wycofał się z życia estradowego i został listonoszem w Poznaniu. W 2003 roku powrócił na estradę programem „Niespodziewane powroty, czyli twórzmy klimacik”. Drugi nosił tytuł „O’Pyra za 3 grosze plus VAT”. Użyczył również swojego głosu w filmu animowanym „Mój brat niedźwiedź”. Wcześniej wystąpił w filmach „Słodkie oczy” (1979) i „Filip z konopi” (1981). Ma 64 lata.[/ramka]
[i]Laskowik & Malicki niedziela wieczór | 20.05 | tvp 2 | niedziela[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA