Publicystyka

Idealne miejsce dla Jerzego Buzka?

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Darek Golik
Czy były premier jest człowiekiem, którego będzie stać na odważne i zdecydowane stawianie w Europie spraw ważnych dla Polski? Można mieć poważne wątpliwości – pisze publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/07/27/lukasz-warzecha-idealne-miejsce-dla-jerzego-buzka/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
W atmosferze powszechnego entuzjazmu wywołanego wyborem Jerzego Buzka na szefa Parlamentu Europejskiego umknęły gdzieś dwa pytania. Pierwsze – czy były polski premier może i potrafi odróżnić się od swojego poprzednika, Niemca Hansa-Gerta Pötteringa. Drugie – czy oczekiwania wobec Buzka nie zostały rozdęte do irracjonalnych rozmiarów oraz czego możemy realnie oczekiwać. [srodtytul]Solidarność energetyczna[/srodtytul]
Na drugie pytanie można już dziś odpowiedzieć twierdząco. Wybór Buzka został przyjęty z takim entuzjazmem, jakby były szef polskiego rządu został samodzierżawcą Unii Europejskiej, a nie przewodniczącym jej ciała parlamentarnego. Od razu pojawiły się postulaty, co Buzek powinien zrobić. Wiele z nich powstawało na zasadzie kontrastu z postawą Pötteringa, który nie udawał, że zostając przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, swoją narodowość zostawił za drzwiami. Są dwie ważne dziedziny, do których Jerzy Buzek mógłby podejść w nowy, sposób: solidarność energetyczna wewnątrz Unii i poszerzenie UE. Aby się zorientować, jakie znaczenie miały dla Pötteringa te sprawy, warto zajrzeć do oficjalnego podsumowania jego kadencji. Owszem, znajdziemy tam paragraf poświęcony energetyce, ale tylko jako część większego rozdziału o… zmianach klimatu. Przeczytamy w nim jedynie, że źródła energii UE muszą być zdywersyfikowane. Według podobnego schematu była zbudowana większość wypowiedzi byłego szefa PE, w których wspominał o tym problemie. Ani słowa o konieczności zbudowania autentycznej energetycznej solidarności, podważanej przez takie projekty jak gazociąg północny. Jeśli Buzek chce pokazać swoją niezależność i zdecydowanie, powinien w tej sprawie zająć wyraźne stanowisko. Zwłaszcza możemy oczekiwać, że zaangażuje swój autorytet w projekt rurociągu Nabucco oraz że odważy się zająć wyraźne stanowisko w sprawie separatystycznych projektów energetycznych w rodzaju Nordstreamu. Rozdziału o poszerzeniu Unii nie ma w raporcie Pötteringa w ogóle. Były szef europarlamentu nigdy nie ukrywał, że jest przeciwnikiem przyjmowania Turcji do UE (tu istniała pełna zgodność ze stanowiskiem niemieckich elit), o perspektywach Ukrainy zaś mówił w wywiadzie dla "Faktu": "Ukrainie także perspektywa europejska jest potrzebna. (…) Natomiast to jeszcze nie jest moment, aby mówić o rozszerzeniu Unii o Ukrainę. Nie wykluczałbym tego jednak, pod warunkiem że zostałby przyjęty traktat lizboński, a Unia byłaby wystarczająco silna". Jeżeli się zgadzamy, że konkretna perspektywa członkostwa dla Ukrainy – a nie abstrakcyjna "perspektywa europejska" – leży w polskim interesie narodowym, Jerzy Buzek powinien o tym głośno mówić, nawet gdyby miało to wywołać niezadowolenie jego niemieckich czy francuskich przyjaciół. Istnieje już dobry instrument, który trzeba teraz wypełnić treścią: Partnerstwo Wschodnie. Nowy szef PE powinien być jednym z najenergiczniejszych patronów tej inicjatywy. Jest wreszcie dziedzina działalności Hansa-Gerta Pötteringa, która budziła najwięcej kontrowersji. Mowa o wspieraniu przez niego niektórych przedsięwzięć politycznych, w tym niemieckich. Pöttering był jedną z osób, które wsparły ostentacyjny antylustracyjny protest Bronisława Geremka. [srodtytul]Zawiłości historyczne[/srodtytul] Jednak największym echem odbił się udział szefa PE w zjeździe niemieckich ziomkostw w sierpniu 2007 roku. Na sali Pöttering siedział obok Eriki Steinbach. Wprawdzie w swoim przemówieniu nawoływał do pojednania i odcinał się od wszelkich roszczeń majątkowych, ale i tak jego obecność odczytywana była jako legitymizowanie Związku Wypędzonych i podobnych organizacji. Co w tej sferze może zrobić Jerzy Buzek? Trudno oczekiwać, że w jednoznaczny sposób będzie potępiał BdV czy prowadził kampanię przeciwko działaniom fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Można się natomiast spodziewać, że będzie reagował, kiedy tylko staniemy się świadkami prób relatywizacji historii, rozmywania historycznej odpowiedzialności lub gdy pod pretekstem tworzenia "wspólnej" historii grono mędrców będzie próbowało okroić ją ze wszystkich kontrowersyjnych momentów. A takie tendencje w państwach UE stają się coraz silniejsze. Można by też oczekiwać, że nowy szef PE będzie wspierał te polskie projekty, których celem jest przypomnienie lub wręcz uświadomienie naszym zachodnim partnerom zawiłości i traum historii naszej części Europy. Dla wielu spośród nich to wciąż tabula rasa. [srodtytul]Miękka polityka [/srodtytul] Tyle o postulatach. Teraz trzeba sobie zadać dwa pytania. Pierwsze brzmi: co tak naprawdę może szef PE? Odpowiedź jest prosta: niewiele. Jego formalne kompetencje ograniczają się do przedstawiania stanowiska PE na posiedzeniach Rady Europejskiej, prowadzenia debat i koordynacji prac parlamentu czy podpisywania dokumentów. Nie powinniśmy więc robić sobie nadziei, że Jerzy Buzek będzie mógł cokolwiek "zarządzić" w kwestii Nabucco czy nowego budżetu UE. Główną sferą jego działania będzie miękka polityka: oddziaływanie autorytetem, wspieranie inicjatyw przez swój patronat lub obecność na uroczystościach, podnoszenie określonych problemów w nieformalnych dyskusjach na szczytach Rady Europejskiej, wygłaszanie przemówień. Nie są to oczywiście środki, które można lekceważyć – za ich pomocą także uprawia się politykę. Zarazem jednak nie są to twarde możliwości decyzyjne. Znacznie bardziej skomplikowana jest odpowiedź na drugie pytanie: czy Jerzy Buzek jest człowiekiem, którego będzie stać na odważne i zdecydowane postawienie choćby tych spraw, o których mowa była powyżej, w ramach dostępnych środków oddziaływania i perswazji? Tu można mieć poważne wątpliwości. Po pierwsze porównajmy okoliczności, w jakich wybrano na szefa PE Jerzego Buzka i Hansa-Gerta Pötteringa. W przypadku tego drugiego sprawa była oczywista. Niemiecki eurodeputowany zasiada w Parlamencie Europejskim od pierwszych powszechnych do niego wyborów. Jest przedstawicielem jednego z najważniejszych państw Unii, był szefem frakcji Europejskiej Partii Ludowej w PE. Droga jego kariery była typowa, a zgoda partnerów na mianowanie go szefem PE nie wymagała szczególnych zabiegów poza rutynowymi uzgodnieniami. Wszystko to dawało Pötteringowi trwałe i mocne umocowanie polityczne, a zatem stosunkowo spore pole politycznego manewru. W przypadku Buzka sprawy mają się kompletnie inaczej. Były polski premier reprezentuje nowy kraj członkowski, w PE zasiada drugą kadencję, a jego nominacja wymagała przełamania schematu, zgodnie z którym nowe państwa członkowskie mogą jeszcze na najważniejsze stanowiska poczekać. Jerzy Buzek nigdy nie zostałby szefem PE, gdyby nie poparcie Niemiec, co może być atutem, ale także obciążeniem, stawia bowiem pod znakiem zapytania zajmowanie przez niego zdecydowanego stanowiska w sprawach, w których interes Polski – lub ogólniej: nowych krajów członkowskich – wyraźnie różni się od interesu naszego zachodniego sąsiada. Takich spraw może być wiele – od wspomnianej już solidarności energetycznej poprzez tendencje do wyrównywania kosztów pracy lub podatków za pomocą przepisów, wybiórcze stosowania zakazu wspierania przez państwa członkowskie przedsiębiorstw, aż po kwestie związane z obronnością, rolą NATO i poszerzeniem UE. Wybór Buzka może również oznaczać, że nasi partnerzy – w tym i Niemcy – uznają, iż podarowali nam atrakcyjne stanowisko, a więc ich zobowiązania wobec nas zostały na długi czas zaspokojone. Mówiąc brutalnie, nie mamy pewności, czy za wsparciem dla tej kandydatury nie stoi przesłanie: "dostajecie szefa PE, pod warunkiem że on i wy będziecie teraz siedzieli cicho". Jeśliby tak było, Buzek byłby prawdopodobnie obiektem dyskretnego nacisku, gdyby tylko zechciał zabrać bardziej zdecydowany głos w niewygodnej dla Berlina kwestii. [srodtytul]Zestaw poprawnych tematów [/srodtytul] Jeśli zerknąć w inauguracyjne przemówienie Jerzego Buzka, znajdziemy tam kilka priorytetów, które mają to do siebie, że nie wzbudzają w elitach Unii żadnych wątpliwości i kontrowersji. Walka z kryzysem to oczywistość, podobnie jak budowanie dobrych relacji z krajami spoza UE. Także sprawa walki z ociepleniem klimatu nie wzbudzi oporu, bo w Unii panuje w tej sferze niemal uniwersalna zgoda. Kwestia bezpieczeństwa energetycznego również nie jest kontrowersyjna, pod warunkiem że przedstawia się ją, tak jak to zrobił Buzek – bez wnikania w szczegóły. UE ma swój asortyment tematów z dziedziny swoistej unijnej politycznej poprawności i ten zestaw Jerzy Buzek bez problemu zaakceptował. Nigdy nie zakwestionował na przykład potrzeby tworzenia niezwykle restrykcyjnego pakietu energetyczno-klimatycznego, choć jego los powinien stanąć pod znakiem zapytania w czasie kryzysu. Nie trzeba też być szczególnie przenikliwym, żeby pojąć, iż jego oddziaływanie na gospodarkę zwłaszcza nowych krajów członkowskich będzie fatalne, nawet gdyby była w kondycji o niebo lepszej od obecnej. W tej kwestii Buzek płynie z głównym nurtem i idzie w ślady Pötteringa. Podczas grudniowego szczytu w Kopenhadze, gdzie Unia Europejska będzie jednym z najważniejszych aktorów, były polski premier zapewne nie wypowie ani jednego kontrowersyjnego zdania. [srodtytul]To ja panu gratuluję![/srodtytul] Podobnie rzecz się ma z traktatem lizbońskim. Elity unijne wieszczą, że jeśli nie uda się go wprowadzić w życie, Unię czeka kataklizm i dziejowa zapaść, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Także w tej sprawie były premier się podporządkowuje, nie dostrzegając związku pomiędzy nieudanymi referendami w sprawie traktatu lizbońskiego i wcześniej konstytucyjnego a deficytem demokratycznym UE, o którym także mówił w swym pierwszym przemówieniu. O Jerzym Buzku jego zwolennicy mówią, że jest człowiekiem kompromisu, a przeciwnicy – iż jest niezdecydowany i chce koniecznie zadowolić wszystkich. Te cechy ilustruje następująca anegdota. Jeden z nowo wybranych eurodeputowanych przyszedł do byłego szefa rządu, by pogratulować mu wyboru. "Serdecznie gratuluję, panie premierze" – powiedział. Na co Buzek wykrzyknął, energicznie potrząsając jego ręką: "Ależ nie, nie! To ja panu gratuluję!". Wielu komentatorów zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że były premier, który odchodził z polityki z tragicznymi notowaniami, w Parlamencie Europejskim osiągnął taki sukces. Odpowiedź wydaje się jasna: cechy charakteru, które czyniły z Buzka fatalnego premiera, uczyniły z niego idealnego eurodeputowanego. To nie Buzek dopasował się do Parlamentu Europejskiego. To PE okazał się idealnym miejscem dla Buzka. Jest zatem wielce prawdopodobne, że Jerzy Buzek będzie takim szefem PE jak większość jego poprzedników: letnim, koncyliacyjnym, starającym się nie budzić zbytnich emocji. Może się okazać, że do bardziej zdecydowanego działania i reakcji zmusi go dopiero jakiś kryzys – kolejna powtórka szantażu energetycznego ze strony Rosji, kolejna napaść tego kraju na któregoś z byłych satelitów, akt terroru międzynarodowego, groźba otwartego zerwania zasady unijnej solidarności przez grupę państw członkowskich lub choćby przegrane referendum w Irlandii. Czy wówczas Buzka będzie stać na to, żeby uderzyć pięścią w stół? Być może. Ale jakoś trudno to sobie wyobrazić. [i]Autor jest publicystą dziennika "Fakt"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL