Historia

Kapitan „Orlik” i sierżant Gwóźdź

Władysław Broniewski
NAC
Był jednym z najodważniejszych oficerów Legionów, do których wstąpił jako siedemnastolatek. Gdy z kolegami z Płocka wyruszał w 1915 r. „na wojnę” – „omal kamieniami za nami nie ciskano – wspominał – wyklęci byliśmy w »opinii publicznej«”.
Chrzest bojowy przeszedł pod Jastkowem, potem zaliczył kolejne bitwy: pod Kuklą, Kamieniuchą, Czartoryską Górą, Optową. To w Legionach otrzymał pierwszy Krzyż Walecznych, następne już w Wojsku Polskim, za wojnę z bolszewikami: za Lidę, Demidówkę, Kołpytów i Kniahinin. A za akcję pod Drohiczynem
– Srebrny Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari. Tę wojnę rozpoczynał jako podporucznik, dowódca kompanii szturmowej. Następnie, już w 1. Pułku Piechoty Legionów, bił się na froncie litewsko-białoruskim i na Ukrainie. Był dowódcą plutonu, potem kompanii, awansując do rangi kapitana – Władysław „Orlik” Broniewski.
Swoje żołnierskie credo zapisał w pamiętniku 19 grudnia 1918 roku: „Jestem żołnierzem Komendanta Piłsudskiego. Osoba jego daje mi gwarancje, że będę użyty dla dobra ojczyzny i idei demokratycznej”. Raczej nie śniło mu się jeszcze, że będzie komunizował. „Nie mogę jakoś przekonać się do naszych esdeków i lewicy – bardziej może skłaniam się ku frakcji, ale tu znów boję się żyrondy... Trzeba tu ręki Komendanta” – doszedł do wniosku. Wojenne przeżycia i przemyślenia znajdą w jego poezji wyraz dopiero w tomie „Wiatraki” (1925) z tak ważnymi wierszami, jak „Młodość” czy „Soldat inconnu”. Wcześniej, w wojsku, pisał zabawne żołnierskie wierszyki, m.in. „Śpiewki dziadowskie o mizerii wileńskiej”, „Bajeczkę pana Jachowicza o niegrzecznym Antosiu” – dla występującego w Wilnie teatru polowego. Tam też powstały „Opowiadania sierżanta Gwoździa” wyraźnie nawiązujące do gawęd kaprala Szczapy autorstwa Karola Krzewskiego-Lilienfelda. Oto jak 31 lipca 1921 roku tytułowy bohater opowiadań Broniewskiego wyobrażał sobie wizytę w Sejmie, u tych „jenteligientów zamazanych, pyskaczy, patałachów dwugroszowych”. Rzekłby im, perorował: „Żebym ja w czternastym roku karabina nie nosił, to byś pan, panie minister, teki dzisiaj nie miał. Żebym ja zeszłego roku bolszewików od Warszawy nie odpędził, to byście wszyscy, jak tu jezdeście, komisarzami u Trockiego byli. A wy co na to wszystko? O waszej reformie rolnej i pies dzisiaj nie chce słuchać. Żołnierzowiście mieli dać ziemię, to teraz tylko pyskować na gwałty po Nowogródkach umicie. Pyskować na Komendanta, na oficerów – pies wam morde wylizał. Z waszej konstytucji żołnierz tyle ma, że bez portek i butów chodzi...”. I, nieco przedwcześnie, konkludował: „Dziadek idzie do cywila, to i ja ni mam tu co robić”. Pięć lat później, w dni majowe 1926 roku, Władysław Broniewski założył stary legionowy mundur i poszedł walczyć z bronią w ręku... „Był dziwakiem – po wielu latach, już po śmierci poety w 1962 roku, pisał o nim Marek Hłasko. Kapitan Legionów, kawaler Orderu Virtuti Militari był dumny, że zdobył ten order, walcząc przeciw bolszewikom, którym kłaniał się czapką do ziemi”. Ale tę inną twarz Władysława Broniewskiego, rewolucyjnego poety, który po wojnie stał się poetą dworskim – alkoholizując się przy tym niepomiernie – znamy aż za dobrze. Tutaj interesował nas młody, waleczny piłsudczyk o legionowym pseudonimie Orlik. [i]Krzysztof Masłoń - krytyk literacki, dziennikarz „Rzeczpospolitej”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL