Polityka

Dochody po nowelizacji

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Sejm przyjął w nocy nowelizację budżetu na 2009 rok. Ekonomiści potwierdzają: wykorzystanie środków Unii na bieżące cele to naginanie zasad
Komisja Finansów Publicznych odrzuciła w piątek prawie wszystkie poprawki opozycji do projektu nowelizacji tegorocznego budżetu. Późnym wieczorem Sejm przyjął nowelizację budżetu państwa, która pod koniec lipca trafi do Senatu. Najważniejsze zmiany dotyczą obniżenia prognozowanych wpływów podatkowych o 46,6 mld zł, cięć w wydatkach resortów o 21,1 mld zł, podniesienia poziomu deficytu o 9 mld zł, do 27,2 mld zł, zwiększenia dochodów z dywidend o 5,3 mld zł i środków z UE o 8 mld zł. W tym ostatnim wypadku minister finansów Jacek Rostowski zastosował – jak wyjaśniali w piątkowym wydaniu „Rz” „Unijne euro ratują polski budżet” – wybieg i zapisał po stronie dochodów pieniądze, które i tak w następnych latach będzie musiał wypłacić beneficjantom. – Gdyby minister liczył normalnie finanse państwa, deficyt byłby większy, bo nie dałoby się go utrzymywać na niskim poziomie przetasowaniami, które stosuje resort – wyjaśnił Radosław Bodys, ekonomista Banku of America/Merrill Lynch w Londynie. Problem w tym, że nasze przepisy rachunkowe ciągle jeszcze są niezgodne z standardami unijnymi i zezwalają na takie wybiegi.
W opinii Bodysa żaden inny kraj takich metod nie stosuje. – Czechy nie muszą, a Węgrom i Rumunom MFW patrzy na ręce, więc nie mogą sobie na to pozwolić – tłumaczy ekonomista. – Tym bardziej że jest to nagięcie zasad, bo KE mówi wyraźnie: to środki celowe, na sfinansowanie określonych projektów. – Zaliczki wypłacane z funduszy strukturalnych i spójności mogą być wykorzystywane z pewną dozą elastyczności – mówi z kolei „Rz” Mark English, rzecznik prasowy Komisji Europejskiej. Choć zaraz zastrzega, że zaleceniem Komisji jest, by środki trafiły jak najszybciej do właściwych odbiorców. W przypadku Polski zostaną przeznaczone jednak na inne cele, ale w kolejnych latach – co podkreśla były minister finansów Mirosław Gronicki – i tak trzeba będzie je oddać. Skąd wówczas rząd weźmie środki? Minister Rostowski powiedział w piątek w Radiu TOK FM, że liczy na przyspieszenie wzrostu gospodarczego w drugiej połowie 2010 r. i w 2011 r., dzięki czemu dochody państwa wzrosną i uda się uniknąć podwyżki podatków.
[wyimek]46,6 mld zł o tyle po nowelizacji budżetu obniżone zostały tegoroczne dochody podatkowe państwa[/wyimek] – Nawet w sytuacji, w której takiego przyspieszenia by nie było, jest wiele innych możliwości zapewnienia oszczędności w budżecie – powiedział minister. – Na pewno nie możemy już odtwarzać w kolejnych latach tego deficytu sektora finansów publicznych, który będzie w tym roku. To groziłoby przekroczeniem przez dług publiczny konstytucyjnej granicy 60 proc. PKB. Ale posłom już dziś nie podobają się działania, jakie podejmuje rząd, aby dokonać oszczędności w budżecie. Z 20 komisji omawiających szczegóły nowelizacji budżetu, cztery przyjęły negatywną opinię o projekcie. Jednak z 68 zgłoszonych poprawek Komisja Finansów poparła jedynie dziewięć. Nie zostaną zmniejszone m.in. wydatki na obronność – zgodnie z ustawą musi być na nią przeznaczonych 1,95 proc. PKB. [ramka][srodtytul]Składki nie wzrosną[/srodtytul] Propozycja szefa Klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego, by najbogatsi Polacy płacili przez cały rok składki emerytalne, została źle przyjęta przez premiera. Żaden tego typu projekt w tym rządzie nie powstaje – zapewnił premier. Powtórzył, że wyższe podatki powinny być ostatecznością. Najbogatsi przestają odprowadzać składki, gdy ich zarobki liczone od początku roku przekroczą 96 tys. zł. Wyższe składki objęłyby grupę 300 tys. osób i przyniosły dodatkowe wpływy rzędu 3 mld zł. [b]Opinia[/b] [b]Krzysztof Rybiński partner w Ernst & Young [/b] Rząd będzie miał do 2012 roku problem z wysokim deficytem. Obecne jednorazowe wpłaty związane ze środkami z Unii czy dodatnimi efektami kursowymi w następnym roku już się nie powtórzą, dlatego ważne jest określenie kondycji finansów publicznych oczyszczonej z takich nadzwyczajnych wpływów. Nie jest ona najlepsza, wymaga reformy, a dopóty nad rządem wisieć będzie groźba weta prezydenta, dopóki rząd będzie się bał cokolwiek w tym kierunku zrobić. Reformy nie są społecznie akceptowalne i nie poprawiają wizerunku rządu, a jeśli w dodatku nic z nich nie wyjdzie z powodu zablokowania przez prezydenta, to lepiej nie robić nic. To złe rozwiązanie, należy się porozumieć dla dobra gospodarki i rozpocząć reformę. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL