Styl życia

Co kobieta ma pod ręką

Gipsowa kopia torby Louisa Vuittona wykonana przez francuskiego artystę Zevsa
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Wystawa torebek w Krakowie pokazuje historię damskiego dodatku. Kiedyś wręcz nieprzyzwoitego. A jakiego dzisiaj?
– Dla mnie to najważniejszy dodatek, bo mam go nieustannie przed oczyma. Kolczyków w uchu nie widzę, na buty nie patrzę, ale torbę kładę sobie na kolanach i kontempluję, podobnie jak jej zawartość – śmieje się Maryla Weiss, plastyczka, przedstawicielka ekonurtu. Pokazuje mi płócienny wór z motywem krowy Warhola. Wyciąga z niego mnóstwo drobiazgów. Wizytownik udziergany na szydełku, udekorowaną kalkomanią komórkę, portfel uszyty z tkaniny z nadrukiem krowy (pasujący do wora), portmonetkę ozdobioną haftami i etui na klucze z aplikacją. Rzec można, historia torebki – w torbie.
[srodtytul]Jałmużne[/srodtytul] Tego lata w krakowskim Muzeum Narodowym zorganizowano premierowy w Polsce historyczny przegląd torebek. Pokaz „Zawsze pod ręką” składa się z ponad 400 eksponatów, z których najstarszy liczy sobie prawie siedem wieków, a najnowszy – sakwa utkana z żywych róż i hortensji – powstała na otwarcie wystawy.
Co damie wypadało mieć zawsze pod ręką? Mikroskopijna jałmużniczka to dowód, że dama nie dysponowała sumami większymi niż te, które wypadało wręczyć biednym. W średniowieczu duże skórzane „chlebaki” na listy bądź dokumenty nosili tylko panowie. Od XIII wieku, przez cały renesans, pojawiają się sakiewki ściągane za pomocą sznureczków, przypinane do szerokiego pasa. Ten przedmiot typu uniseks przetrwał do czasów, kiedy strój męski wyposażono w kieszenie. Sakiewkom często wszywano wewnętrzne przegródki, by uporządkować zawartość, lub doczepiano podręczne przedmioty do łańcuchowego pasa. Od razu było wiadomo, kto trzyma pod kluczem – dosłownie – całe gospodarstwo. Ta moda wróciła w XIX wieku, kiedy zafascynowano się historią oraz dawnymi ubiorami. Tzw. chatelaines (słowo wywodzące się od kasztelanki, czyli pani na zamku) składały się z dopinanych do pasa biżuteryjnych klamerek, do których dowieszano notesiki, nożyczki, sakiewki, lusterko, flakonik perfum, naparstek, klucz. Cały majdan, dość ciężki, ale jakże dekoracyjny. [srodtytul]Nieprzyzwoite [/srodtytul] Protoplastą współczesnej torebki był woreczek na robótki. Porządnej pannie czy białogłowej nie wypadało siedzieć bezczynnie. Pojemnik na przybory musiał być spory i przemyślnie skonstruowany. Jednak nikomu nie przychodziło do głowy z nim spacerować! Rewolucja dokonała się po wielkiej rewolucji. Elegantki doby empire’u, odziane w przezroczyste tuniki, nie mogły niczego schować w kieszeniach – stylizowane na antyk suknie po prostu ich nie miały. Rozwiązaniem stały się torebki noszone w dłoniach. Prawdziwe cacka z tekstyliów, słomki, paciorków i różnych cennych surowców o wymyślnych kształtach imitujących np. torby wojskowe, dzbanki, wazy. Pionierki tego trendu uznano za… nieprzyzwoite. Paradowały prawie gołe, ale to nikogo nie bulwersowało. Oburzały i śmieszyły podręczne sakiewki. Toteż ówczesne torebki nazywano „réticules”, od przekręconego słowa „ridicul” – zabawny. Z czasem panie już nie tylko wychodziły z podręcznym bagażem do miasta – ruszyły dalej. Koleją, w świat. Torby podróżne przeobraziły się w kuferki, małe, noszone przy sobie. Wysyp wzorów nastąpił w XX stuleciu. [srodtytul]Popkultowe[/srodtytul] Krakowska ekspozycja ma przewrotną puentę w Fundacji Książąt Czartoryskich: przed „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci ustawiono na postumencie… torbę. Całą złotą, z charakterystycznym logo Louisa Vuittona. To gipsowa kopia wykonana przez francuskiego artystę podpisującego się Zevs. Autor chce zwrócić uwagę, że zarówno arcydzieło Leonarda, jak produkty Vuittona stały się obiektami kultowymi. To oznacza, że są równie często podrabiane i wykorzystywane w reklamie. Jak do tego doszło, że postawiliśmy znak równości pomiędzy unikatowym dziełem sztuki a masowo produkowanym przedmiotem? [srodtytul]Współczesne[/srodtytul] Po wizycie w krakowskim muzeum zaczęłam przepytywać znajome w kwestii toreb. Okazało się, że większość zrezygnowała ze sztywnych skórzanych kufrów na rzecz miękkich i pojemnych tekstylnych obiektów bądź torebeczek vintage z tworzyw sztucznych. W cenie są torby wielkie, lecz lekkie, z wmontowanymi licznymi przegródkami. Takie przenośne „organizery”. – Wydawanie bajońskich kwot na torby markowe to potrójna głupota – uważa Elżbieta Kochanek-van Dijk, szefowa Galerii Milano i projektantka. – Są ciężkie, pozbawione wdzięku i banalne. Kupuję tylko takie torebki, które coś o mnie mówią. Często są wykonane specjalnie dla mnie. Lubię filcowe sakwy, w których specjalizuje się Agnieszka Mędrzecka. Niedawno przywiozłam z Hiszpanii koszyk upleciony z kolorowych plastikowych żyłek. Wypiękniał, gdy mu odprułam ozdoby. Magda Mikołaczuk, dziennikarka radiowa „od kultury”, nosi brezentowe chlebaki wyładowane książkami oraz… narzędziami. Nie rozstaje się z młotkiem o odkręcanym trzonku, w którym mieści się zestaw śrubokrętów. Z kolei Hanna Zielińska, prowadząca rozmowy w TOK FM, trzyma w jednej ręce malutki piterek, w drugiej – wyładowany książkami wór. – Broń Boże nie reklamówkę – zastrzega się Zielińska. – Jeśli już z logo, to jakiejś instytucji kulturalnej. Wśród moich znajomych powodzeniem cieszą się torby gadżety wyprodukowane na specjalną okazję. Furorę robią worki przywożone z weneckiego biennale. Jedynie u Zuzanny Sokalskiej, kuratorki galerii Art NEW media, zobaczyłam markową, skórzaną torbę (luksusowej firmy Bottega Veneta). – To wcale nie jest dobry projekt – narzekała właścicielka. – Uchwyty są za długie, wpijają się w ramię, a nawet pusty wór waży tonę. Muszę go nosić pod pachą… Na takie poświęcenie stać coraz mniej kobiet. [i]Wystawa w Muzeum Narodowym „Zawsze pod ręką” czynna do 16 sierpnia[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL