Publicystyka

Samozwańczy reprezentanci

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
List polskich intelektualistek zatytułowany "Nie chcemy parytetów", a zamieszczony w piątkowej "Rzeczpospolitej", jest pozytywnym sygnałem. Wprowadza ożywczy głos zdrowego rozsądku do dyskusji nad "problemem kobiet" w Polsce. Przede wszystkim jednak przełamuje monopol, który w mówieniu na ten temat zdobyły środowiska feministyczne.
Ich zdeklarowaną przez nie same racją bytu jest walka z dyskryminacją kobiet. Jest więc oczywiste, że zrobią wszystko, aby nie tylko udowodnić istnienie owej dyskryminacji, ale przedstawić ją w sposób najbardziej monstrualny i oburzający.
Przecież od tego zależą ich kariery, ich pozycja społeczna i apanaże, ich stypendia i medialna sława. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, gdy ktoś przy pomocy jakichś najbardziej przekonujących badań demonstruje, iż dyskryminacji kobiet w Polsce nie ma. Albo, że, o zgrozo, wychodzi to z własnych prac samym feministkom. Cóż mogłyby zrobić takie wybitne reprezentantki gatunku jak Kinga Dunin, Kazimiera Szczuka, Bożena Umińska czy legion podobnych? Ogłosić, że nie mają nic do roboty, nic do powiedzenia i przerzucić na szydełkowanie? Całe swoje dorosłe życie zajmowały się przecież opiewaniem kobiecej martyrologii i nic innego nie potrafią. Kiedyś Szczuka, która skończyła polonistykę, stwierdziła w wywiadzie, że literatura interesuje ją wyłącznie jako obraz dyskryminacji kobiet. — A jeśli pani tam tego nie znajduje? — Naiwnie spytała dziennikarka. — Staram się — z rozbrajającą szczerością wyznała feministka.
Kiedy więc wszystkie takie starania okażą się nic nie warte, gdyż im bardziej się będzie dyskryminacji szukało tym bardziej jej nie będzie, to... stan taki musi jawić się feministycznym aktywistkom jako koszmar absolutny. Ale ponieważ to do nich należy monopol walki z płciowym upośledzeniem, a więc również definiowanie co nim jest, sytuacja taka nigdy się nie zdarzy i możemy mieć pewność, że im dłużej będzie trwała walka o równouprawnienie tym bardziej będzie zajadła. Nic więc dziwnego, że cieszące się sympatią mediów środowisko feministyczne pomimo, bądźmy grzeczni, miałkości intelektualnej, potrafiło tak wyraziście zaistnieć w debacie publicznej. Niebagatelny wpływ na to ma również duch czasu, a więc kontrkulturowy charakter lewicowych ideologii, w których feminizm odgrywa istotną rolę. Problem z feministkami jest podobny jak z samozwańczymi reprezentantami rozmaitych, podobno uciśnionych, grup społecznych: imigrantów, homoseksualistów czy kto tam jeszcze pojawi się na firmamencie społecznym. Chodzi o reprezentantów, którzy na owej odmienności chcą zbić polityczny kapitał. W ich interesie leży akcentowanie dyskryminacji, a tak naprawdę, podsycanie konfliktów pomiędzy grupą, której mienią się reprezentantami, a resztą. Politycy, którzy dysponują wystarczającymi talentami, aby zrobić karierę normalną drogą, nie muszą grać swoim homoseksualizmem, odmiennością pochodzenia czy płci. Margaret Thatcher czy Barack Obama nie wypłynęli na swojej płci czy rasie. Dobrze więc jeśli czasami coraz bardziej hałaśliwym grupkom, które samozwańczo deklarują się jako reprezentacja zbiorowości, przeciwstawi się milcząca, bo zajęta poważniejszymi sprawami, większość. [ramka][link=http://blog.rp.pl/wildstein/2009/07/11/samozwanczy-reprezentanci/]Skomentuj[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL