Publicystyka

Na telewizyjnym rykowisku

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Dla Jarosława Kaczyńskiego zdobycie TVP to sprawa życia i śmierci. Ale dla Donalda Tuska również. Zwłaszcza że jego wizerunek jest dziś kruchy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/07/09/na-telewizyjnym-rykowisku/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Kolejnego gwałtownego odwrócenia sojuszy w walce o media publiczne (w istocie przede wszystkim o TVP – radio interesuje polityków znacznie mniej) wielu komentatorów nawet już nie stara się rozumieć. Znacznie łatwiej zbyć wszystko frazesami o niszczeniu dobra publicznego i żenującej szarpaninie między PiS a jego dawnymi koalicjantami. Choć po bezpośredniej ingerencji ministra skarbu, który uratował obecny zarząd, rozwiązując radę nadzorczą TVP, zanim na posiedzenie dotarł jej nowo wybrany (po wielomiesięcznym paraliżu) przez KRRiT członek, trudno już nawet najbardziej prorządowym dziennikarzom ignorować fakt, iż PO także jest w tę walkę zaangażowana.
[srodtytul]Lepszy Farfał niż Siwek[/srodtytul] W istocie front przebiega dziś między dwoma sojuszami, które dla kogoś, kto poważnie traktuje deklaracje polityków, muszą być dziwne. Z jednej strony PiS, który ponownie przeciągnął na swoją stronę Tomasza Borysiuka, nominowanego niegdyś przez Samoobronę, ale nawet wtedy kojarzonego raczej z tym, co sam Jarosław Kaczyński nazywa układem postkomunistycznym, niż z Andrzejem Lepperem. Z drugiej PO razem z wywodzącym się z Młodzieży Wszechpolskiej Piotrem Farfałem, którego sprzyjający dotąd Tuskowi salon odsądza od czci i wiary jako „byłego neonazistę”, bez ustanku wypominając mu rasistowski tekst napisany w wieku 16 lat do skinowskiego „zinu”, i za którym stoi równie przez tenże salon znienawidzony Roman Giertych. Na dodatek minister Grad uzasadnia swój wniosek o wprowadzenie do TVP komisarza dbałością o dobro spółki zagrożone brakiem rady nadzorczej – jak gdyby to nie on ją rozwiązał, i to akurat wtedy, gdy przełamany został długotrwały pat, który jakoś go do interwencji nie skłaniał. Takie zaplątanie się ministra nie dziwi tylko tych, którzy już dawno zwracali uwagę, że obecny układ sił w telewizji jest dla PO wygodny, zwłaszcza wobec możliwości stałego przyduszania jej finansowo. W każdym razie, z punktu widzenia władzy, zdecydowanie lepszy jest w telewizji Farfał mający za plecami pałającego żądzą zemsty na Kaczyńskim Romana Giertych, niż wierny pretorianin Kaczyńskiego – Sławomir Siwek. Można oczywiście do woli pocieszać się powtarzaniem, że „kto kontroluje telewizję publiczną, ten przegrywa wybory”, i że „klęska Libertasu obaliła mit o promocyjnej sile TVP” – ale premier i jego ludzie dobrze pamiętają, że na tych obszarach kraju, gdzie TVN i Polsat docierają tylko przez kabel i satelitę, PiS w 2007 roku zdecydowanie wygrywał. [srodtytul]Sygnał do walki[/srodtytul] Jednak w prawdziwą determinację, żeby mieć nad TVP kontrolę, wprawiło Tuska wyzwanie rzucone mu przez Andrzeja Olechowskiego i Pawła Piskorskiego. Odwróciła się sytuacja sprzed kilku miesięcy, kiedy to pojawienie się Libertasu, z szansami na pieniądze Declana Ganleya i z wynajętym do uświetniania imprez wyborczych Lechem Wałęsą, zagroziło Kaczyńskiemu stworzeniem realnej konkurencji na prawicy. Teraz to Tusk ma powody się obawiać. Dla elektoratu PiS Olechowski pozostanie zawsze przede wszystkim tajnym współpracownikiem peerelowskich służb, a Piskorski patronem „układu warszawskiego”, który ze zgromadzonego podczas pełnienia funkcji publicznych majątku tłumaczył się bajką o kupowaniu starych mebli na prowincji i sprzedawaniu ich z zyskiem w warszawskich antykwariatach. Kaczyński nie musi się obawiać, by reaktywowane przez tego drugiego postkomunistyczne SD odebrało mu bodaj jednego wyborcę. Co innego z salonem i jego mediami, które dotychczas wiernie pełniły propagandową służbę u Tuska, zwłaszcza na odcinku obrzydzania, wyszydzania i ośmieszania jego głównego konkurenta. Panegiryk na cześć Olechowskiego, jakim zareagowała na jego decyzję o odejściu z PO „Gazeta Wyborcza”, życzliwość, jaką od pierwszych chwili okazują jego prezydenckim planom prywatne telewizje, sugestie opiniotwórczych salonowców, że Tusk „wcale nie musi” być prezydentem, to dla premiera wyraźne sygnały, żeby nie dopuścić Siwka do kierowania TVP – za wszelką cenę. Tymczasem Kaczyński właśnie za wszelką cenę musi panowanie nad TVP zdobyć. Stosunek prezesa PiS do mediów jest – co nie stanowi żadnej tajemnicy – mocno obsesyjny (wielu dziennikarzy potwierdza, iż rozmowy z nim zwykle zmieniają się w pasmo pełnych pasji filipik przeciwko mediom, których niechęci przypisuje Kaczyński wyłączną odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia swoje i swojej partii). W chwili więc, gdy podporządkowuje on wszystko reelekcji brata, władzę nad TVP musi uważać za absolutnie kluczowy punkt tej rozgrywki. Na dziennikarskiej giełdzie jedno z najczęściej ostatnio zadawanych pytań brzmiało: co dostał Borysiuk, że zdecydował się zerwać z LPR i przejść na stronę Kaczyńskich? Odpowiem na to pytanie: dostał wszystko, czego chciał. I zapewne dostanie jeszcze więcej. [srodtytul]PO z narodowcami?[/srodtytul] Kolejne zwroty w walce o TVP mogą zaskakiwać postronnych obserwatorów, ale mają swoją logikę. Po fiasku swoistego „appeasmentu” Andrzeja Urbańskiego, który próbował grać na równowagę, kokietując i władzę, i medialny establishment, wyniesienie Piotra Farfała traktowano powszechnie jako epizod: wyznaczono mu rolę tego, który wymiecie z TVP pisowskie „ciała obce”, po czym do wpływu wrócą środowiska, które dominowały tam przedtem i którym władza nad umysłami Polaków po prostu się należy z natury. Zlekceważenie Farfała (sam się do tego błędu przyznaję) wynikało nie tylko z jego młodego wieku i braku doświadczenia, ale też z niewiary, by miał z kogo stworzyć własną telewizyjną ekipę. Establishment mediów III RP, niszcząc propagandowo „byłego neonazistę”, zarazem był przekonany, że tak czy owak nowa ekipa będzie musiała sięgnąć po kadry salonu, bo nie ma nikogo innego, kto umie robić program, zwłaszcza informacyjny. Hanna Lis, demonstracyjnie okazując lekceważenie swym przełożonym i odmawiając wykonywania ich poleceń, nie była jedyną osobą przekonaną o nieuchronności powrotu do władzy nad anteną „ludzi rozumnych”, choć ona akurat poniosła najbardziej spektakularne konsekwencje pomyłki. Tymczasem Farfał (być może dzięki wsparciu Giertycha) okazał się poważnym graczem, nie gorszym niż ci, którzy go lekceważyli. Szybko wymanewrował Tomasza Rudomino, potem twardo przeciwstawiał się rozbudowie personalnego imperium Tomasza Borysiuka i jego ojca, zapanował nad strukturą programów informacyjnych, a w końcu osiągnął porozumienie z Donaldem Tuskiem (pewne meandry pracy nad ustawą, która obecnie leży na biurku Lecha Kaczyńskiego, pozwalają sądzić, iż po drodze były także jakieś negocjacje z Belwederem). Decyzja szefa PO o wypowiedzeniu w ostatniej chwili medialnego kompromisu z SLD tłumaczona była przez większość komentatorów problemami budżetowymi. Po kolejnych interwencjach ministra skarbu można sądzić, że ważniejszym jej motywem mogło być osiągnięcie jakiegoś porozumienia z narodowcami gwarantującego PO w TVP więcej, niż uzyskałaby ona w podziale z SLD, wciąż dysponującym na Woronicza i placu Powstańców licznym i wiernym wojskiem. Co w ramach takiego porozumienia dostał Tusk? Odpowiedź jest analogiczna jak w zadanym wcześniej pytaniu, co dostał Borysiuk. Przecież dla narodowców pozostanie w TVP to sprawa życia i śmierci. Muszą się w niej utrzymać za wszelką cenę, bo to ich ostatnia szansa zachowania jakiegokolwiek znaczenia (zresztą z Borysiukami jest tak samo). Dla Kaczyńskiego, jako się rzekło, zdobycie TVP to sprawa życia i śmierci. Ale dla Tuska również. Jego wizerunek jest dziś kruchy i trwa tylko dzięki wazeliniarskiej grzeczności, z jaką wciąż jeszcze traktują go media III RP. Ale łatwo sobie wyobrazić, że salon zacznie grać na Olechowskiego (zwłaszcza jeśli wesprze go Aleksander Kwaśniewski, co jest prawdopodobne) i że nagle okres ochronny na Tuska się skończy – przedmiotem nieustających kpin oraz cedzonych przez zęby komentarzy dziennikarskich gwiazd staną się, zamiast pisowców, bezgłowicowe patrioty albo cieciowanie Grasia, a „zagrożeniem” dla demokracji i praw obywatelskich wielka lustracja majątkowa Julii Pitery. [srodtytul]Wiele atrakcji, ale nie na ekranie[/srodtytul] Jeśli, zamiast nadal zachwalać „styl” premiera, całe to towarzystwo dostrzeże w nim nagle picera i smerfa Lalusia, który, gdy budżet państwa się wali, dba tylko o swój wizerunek, to gwarancja życzliwości ze strony TVP może się okazać jedynym ratunkiem. Przy takiej determinacji protagonistów naiwnością byłoby sądzić, że jakakolwiek decyzja sądu ostatecznie rozstrzygnie spór. Strona chwilowo przegrana przystąpi za każdym razem do kontrataku. PiS udało się reanimować KRRiT, ustawa leży u prezydenta, rząd wprowadza do TVP komisarza – każda ze stron ma w ręce niewykorzystane atuty. Czeka nas więc jeszcze wiele atrakcji. Najmniej, niestety, na ekranie. Bo podczas gdy Kaczyński i Tusk przypominają przysłowiowe jelenie, które tak się splotły porożami, że nie potrafią już przerwać walki – będąca obiektem tych bojów TVP ulega stopniowej degradacji, choćby z powodu narastających problemów finansowych i niszczącej morale pracowników niepewności jutra.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL