Sport

Można stawiać pomnik

Po ostatniej piłce wimbledońskiego finału pomyślałem sobie o przeznaczeniu, które musi wpływać na nasze życie.
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/07/06/karol-stopa-mozna-stawiac-pomnik/]skomentuj na blogu[/link] [/b]
Rok temu Roger Federer, lider męskiego tenisa, przegrał na londyńskim trawniku mecz stulecia z Rafaelem Nadalem i w konsekwencji zaraz potem stracił pozycję nr 1. Reputację uratował na krótko, w Nowym Jorku. Cztery miesiące później w Melbourne płakał na korcie jak bóbr po kolejnej bolesnej porażce z chłopakiem z Majorki i cokół pod pomnik najlepszego tenisisty wszech czasów wciąż stał pusty. Ale wiosną tego roku wszystko się odwróciło. Na pewno znaczenie miały kontuzje rywali albo ich słabsza forma, ale tak naprawdę Federerowi pomógł przede wszystkim własny geniusz. W Paryżu odwrócił losy trzech przegranych już właściwie pojedynków: z Jose Acasuso, Tommym Haasem i Juanem Martinem Del Potro. W Londynie przez cały turniej szedł jak burza, ale w finale poczuł presję i zagrał mniej agresywnie. Mimo to wyszedł w tie-breaku drugiego seta z opresji, z której na dobrą sprawę nie ma wyjścia, a w piątej partii, dłuższej od kobiecego finału, przypominał szachowego arcymistrza zręcznie omijającego wszystkie pułapki. Federer definitywnie przeskoczył wszystkich sławnych kolegów zgromadzonych w niedzielę w loży królewskiej, a ponieważ zapowiedział, że nie odkłada rakiety, to w przyszłości będzie się mierzył już tylko z własnymi rekordami. Znany z sentymentalnych reakcji Szwajcar przyjął wszelkie hołdy bez emocji. Za to – o paradoksie – łez nie potrafił powstrzymać pokonany Andy Roddick. Chłopak z Teksasu zagrał w Londynie turniej życia. Nie dość, że popsuł Brytyjczykom święto z Andym Murrayem w roli głównej, to jeszcze prawie skradł finałowy spektakl samemu Federerowi i omal go nie pokonał.
Na londyńskiej trawie atak przy siatce niestety wyszedł z mody, ale wciąż górą są tam przede wszystkim ludzie doświadczeni. Na końcu rywalizacji w singlu oraz w deblu zostali w stawce dwaj żonaci dżentelmeni z rakietą, ojcowie albo ludzie właśnie oczekujący potomków, no i dwie panie zbliżające się do końca swoich karier. Jeśli idzie o polskie akcenty, to ćwierćfinał Agnieszki Radwańskiej raz jeszcze określił jej miejsce w szyku. Szlagierem był ogromnie krytyczny wobec córki wywiad taty potwierdzający wszystko, o czym od dawna szepcze się w środowisku tenisowym. Rzadko się zdarza, by trener samemu sobie wystawił tak krytyczną cenzurkę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL