Tenis

Tenis z komórką w ręku

Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Jak zarabiać na tenisie, nie odbijając piłki? Siedząc na korcie i robiąc zakłady
Jeżdżą po całym świecie, siedzą na kortach od rana do wieczoru. Latają samolotami, mieszkają w dobrych hotelach. Zawsze są na miejscu, bo muszą wiedzieć, co się dzieje. To daje im przewagę nad osobami śledzącymi to samo spotkanie przed komputerem lub telewizorem. Korzystają z błędów stron internetowych podających na żywo wyniki i z opóźnień telewizyjnych – tak działają ludzie obstawiający na żywo mecze tenisowe i zarabiający na tym spore pieniądze.
[srodtytul]Skuteczny, bo szybszy[/srodtytul] Betfair to coraz bardziej popularny bukmacher internetowy na świecie. Różni się od innych tym, że ludzie zakładają się między sobą i w większości przypadków obstawiają tylko jeden mecz. Od każdego zakładu grający muszą zapłacić niewielką prowizję firmie. Jeśli w betfair sporo ludzi będzie obstawiało jeden mecz, jest pewność, że do wygrania są duże pieniądze, po kilka, kilkanaście tysięcy euro. Inni bukmacherzy internetowi, widząc, że ktoś chce zagrać wybrany mecz za sporą sumę, nie przyjmują zakładu. Od razu wycofują go z oferty, bo istnieje ryzyko, że mecz jest ustawiony. Poza tym na każdą ligę bądź spotkanie tenisowe są określone kwoty, których nie można przekraczać.
– Jestem najlepszym graczem betfair we Włoszech. Zawsze gram tylko jeden mecz, nie boję się i inwestuję duże pieniądze. To są moje trzy podstawowe zasady, których się trzymam – chwalił się już kilka lat temu Massimo, który należy do grupy „tenisowych biznesmenów”. – Trzeba być bardzo uważnym i dobrze znać matematykę. Przewidywać, jak może zmienić się kurs za kilka sekund. Jeśli zawodniczka ma na przykład piłkę na przełamanie serwisu, to kurs na nią za chwilę się zmieni. Natychmiast to wykorzystuję i w ciągu kilku sekund zarabiam sporą sumkę. Właśnie dzięki temu, że śledzę mecz na żywo. Inaczej nie byłoby to możliwe – kontynuuje. Jak rozpoznać takich ludzi? Kilka lat temu było to prostsze zadanie. Teraz już nie. Rok 2005 Sopot. Na trybunach kortu centralnego siedzi opalony mężczyzna. Na kolanach laptop, na nosie okulary. To Massimo. Nie kryje się z tym, w jakim celu przyjechał do naszego kraju. – Od dawna jeżdżę po świecie. Nie zawsze wyniki spotkań ukazują się w czasie rzeczywistym. Szczególnie podczas mniejszych turniejów zdarzają się opóźnienia w relacjach. Poza tym telewizja satelitarna także przekazuje ludziom relację kilka sekund po czasie. Oni się tym sugerują. Dostają obraz z lekkim poślizgiem. Ja tylko na tym korzystam. Dzięki temu, że siedzę na korcie, jestem kilka sekund do przodu i wygrywam spore kwoty. To nie jest zabronione – chwalił się Włoch. – Dziś zgarnąłem kilka tysięcy euro. Wystarczyło parę kliknięć myszką. Cały dzień z laptopem na kolanach to bardzo wyczerpująca praca – dodał z uśmiechem po chwili. Wskazał także na drugą trybunę. – Widzicie tych czterech z laptopami? Konkurencja nie śpi. Czasem, gdy Włoch grał o sporą stawkę, nie potrafił powstrzymać napięcia. – Show me the money! – krzyczał z trybun do zawodników, nie zważając na zdumione spojrzenia kibiców. Zdarza mu się też przez pierwszą część meczu głośno dopingować jednego zawodnika, a nagle zmienić „sympatię” i oklaskiwać drugiego. Robi tak dlatego, bo gdy obstawia na żywo, kursy co chwilę się zmieniają. Przy wyrównanym meczu, raz jeden, a innym razem drugi tenisista jest faworytem. To tylko woda na młyn dla Włocha, który potrafi być już na początku trzeciego seta sporo wygrany. Kilka razy krzyczał nawet po meczu w stronę kortu: – Easy money! Massimo pojawia się w Polsce przy okazji każdego turnieju. Jeździ tak po całym świecie. [srodtytul]Przepisy da się obejść[/srodtytul] Takich ludzi dostrzegły także władze światowego tenisa. Wprowadzono więc zakaz wnoszenia laptopów na trybuny. – My także będziemy tego przestrzegać. Mamy wystarczająco dużo ochroniarzy, którzy będą obserwować ludzi. Nie chcemy, aby w stolicy obstawiano mecze na żywo – zapewniał dyrektor kobiecego turnieju Warsaw Open Stefan Makarczyk. Ta walka jest jednak nie do wygrania. Teraz Massimo, zamiast laptopa, trzyma w kieszeni włączony telefon, a w uchu słuchawkę. Na bieżąco przekazuje wydarzenia z kortu swoim wspólnikom siedzącym przed komputerem. W plecaku obok w pogotowiu cały czas ma jednak laptopa. Stara sobie wybierać takie miejsce, aby nie było go widać. Wysoko na trybunie lub za reklamą, która będzie go zasłaniać. Nie jest już tak hałaśliwy, jak jeszcze jakiś czas temu. Kiedyś Włoch pracował przez kilka miesięcy w roku w swoim kraju, ale płacili mało, a jego kusiły duże pieniądze. Teraz prawie nie bywa w domu. Najbardziej lubi mniejsze turnieje. Takie jak organizowane kiedyś w Sopocie czy teraz w chorwackim Umag. – Nie ukrywajmy, że sporo tenisistów przyjeżdża do tych kurortów na wakacje, chce się po prostu zabawić. Często widzę ich w nocy na imprezie pijących piwo i palących papierosy, a dzień później muszą grać mecz. Nic dziwnego, że nie mają siły, a dzięki temu ja wiem, na kogo postawić. Sami ułatwiają mi pracę. Wystarczy tylko pójść wieczorem do odpowiedniego klubu – zdradza Włoch. I zarabia coraz więcej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL