Publicystyka

Wyścig do unijnej kasy

Ryszard Bugaj
Rzeczpospolita
Źle, że poważna debata na temat Unii Europejskiej w ogóle się nie toczy, a europejscy entuzjaści zadowalają się odsądzaniem od czci i wiary tych, którzy zgłaszają wątpliwości – pisze ekonomista i publicysta
Aż 25 kandydatów ubiega się o jedno miejsce w Parlamencie Europejskim. Ale wyborcy tym wyścigiem właściwie się nie interesują. Miłośnicy Europy załamują ręce. Słusznie mówią, że źle wypadniemy w oczach Zachodu (czytaj – liberalnych elit).
Zachowania kandydatów i wyborców są w zasadzie racjonalne. Kandydaci do unijnego Parlamentu wiedzą przecież, że tam są gigantyczne pieniądze i nieprzymusowe obowiązki, warto więc się starać o miejsce. Niektórzy – chyba niezbyt liczni – kierują się też motywami politycznymi związanymi z krajową rywalizacją. [wyimek]Szczególnie niepokoić musi sposób, w jaki Bruksela egzekwuje nasze zobowiązania akcesyjne. Powiedzmy jasno: stronniczo i w interesie wpływowych środowisk z krajów starej Unii[/wyimek]
Wyborcy wiedzą jednak, że ten Parlament ma – najdelikatniej mówiąc – ograniczone kompetencje. Nawet wejście w życie traktatu z Lizbony niewiele zmieni (o czym już wielu wyborców pewnie nie wie). Parlament Europejski nadal będzie podejmował przede wszystkim nieobowiązujące uchwały „w sprawie niedyskryminacji” i doskonalił warunki dostępu do Internetu. Bruksela, owszem, o wielu kwestiach decyduje, ale rozstrzygające znaczenie ma Rada Europy i eurobiurokraci. Naprawdę ważna jest więc ilość głosów, jaką każdy kraj dysponuje w Radzie i zdolność do zawierania porozumień. Dlatego właśnie Jan Rokita chciał umierać „za Niceę”, bo to traktat z Nicei daje Polsce relatywnie spory wpływ na unijne decyzje. Mówiąc trywialnie, dla niewielu wyborców jest ważne, czy pieniądze trafią do Jacka Kurskiego, czy do Eugeniusza Kłopotka. Pewnie znacznie więcej ludzi zainteresowałoby się wyborami, gdyby partie przedstawiły swoje wizje Unii. A także porządną diagnozę kondycji tej instytucji. Tak się jednak nie dzieje. W ofensywie są natomiast entuzjaści budujący obraz gigantycznego sukcesu, jaki odniosła Polska dzięki akcesji. A zagrożenia? One płyną tylko ze strony eurosceptyków i wynikają z niedostatecznych ciągle kompetencji Brukseli. [srodtytul]Bilans tylko pozytywny?[/srodtytul] Adam Michnik napisał: „Akcesja do Unii Europejskiej przyniosła Polsce rezultaty wyłącznie pozytywne” („GW” 30.04 – 1.05), a zagrożenia opisuje, odwołując się do opinii Krzysztofa Pomiana: „Dla Europy wniosek jest jasny: jej najgorszym wrogiem wewnętrznym, przekazywanym niczym wirus z pokolenia na pokolenie i jak wirus zdolnym podlegać najdziwniejszym mutacjom, pozostaje partykularyzm narodowy, państwowy i ideologiczny… Nic nie świadczy, by ten wirus stał się nieszkodliwy. Wszystko nakazuje raczej wierzyć, że przyczaił się jedynie i czeka, aż odzyska dawną jadowitość”. Entuzjazm prezentują autorzy specjalnego dodatku do „Polityki”. Nawet jeżeli coś ich martwi, to przede wszystkim nadmiar tolerancji Brukseli w stosunku do niedawnych rządów PiS. Mariusz Janicki napisał: „Uczucie zawodu mogło też towarzyszyć euroentuzjastom w latach rządów PiS, kiedy okazało się, że Unia potrafi limitować produkcję mleka i cukru, ale już nie reaguje na przypadki naruszania demokratycznych standardów, atakowania Trybunału Konstytucyjnego… Suwerenność psucia państwa pozostała, niestety, niezagrożona”. Trzeba na marginesie zauważyć, że ta opinia zamieszczona jest na stronach dodatku… współfinansowanego przez UKIE na niewiele ponad miesiąc przed wyborami. Czy aby nie mamy do czynienia z finansowaniem kampanii politycznej pewnej partii z pieniędzy podatników? Bilans naszego członkostwa w Unii jest rzeczywiście dodatni, ale wypada go sporządzić nieco sumienniej, bo wtedy będzie można dostrzec trudności, z którymi warto się zmierzyć. Zasadniczy problem związany jest z pytaniem, czy członkostwo w Unii sprzyja konwergencji poziomu rozwoju gospodarczego czy raczej… konwergencji stóp wzrostu. „Gazeta Wyborcza” pisze: „Dziś już nikt nie może mieć wątpliwości, że wejście do Unii Europejskiej pchnęło do przodu całą polską gospodarkę”. Na dowód tej tezy przytoczony jest wskaźnik średniorocznego tempa wzrostu PKB od wstąpienia do Unii – 5,3 proc. To przyzwoite tempo, ale przecież w latach 1993 – 1997 wyniosło ono 5,8 proc., a SLD sugeruje, że to zasługa ich dobrych rządów. Czynniki kształtujące tempo wzrostu są złożone. Unia daje nieco lepszy dostęp do dużego rynku, ale zarazem trochę w tym rynku zamyka (a rozwija się wolno). Daje dostęp do znacznych zasobów kapitałowych, ale jest to czynnik niesprzyjający stabilności, czego właśnie doświadczamy (bardziej jeszcze doświadcza tego Irlandia i kraje nadbałtyckie). [srodtytul]Zgodnie z wolą Brukseli[/srodtytul] Dwie okoliczności są kluczowe dla uzyskania gospodarczych profitów członkostwa w Unii: przyzwoite i efektywnie wykorzystywane transfery finansowe z Brukseli oraz odpowiednio szeroki margines swobody w kształtowaniu własnej polityki społeczno-gospodarczej. Z tym pierwszym jest obecnie gorzej niż w przeszłości i rysują się tu wielkie zagrożenia na przyszłość. Z tym drugim już jest bardzo źle. Bilans transferów finansowych jest oczywiście dodatni, ale… Ostatnie rozszerzenie było dla Unii bardzo tanie. Przyjęto dziesięć naprawdę słabo rozwiniętych krajów i jednocześnie poważnie zredukowano (z 1,27 proc. do 1,01 proc. PKB) budżet Unii. Polska – co można uznać za uzasadnione – otrzymała tylko częściowe dotacje dla rolników, a mimo to od początku musimy (inaczej niż inne kraje w przeszłości przystępujące do Unii) płacić składkę w pełnym wymiarze. Efektywność przedsięwzięć finansowanych ze środków Unii jest niska. Po pierwsze dlatego, że znaczna ich część to wyspecjalizowane dotacje w znacznej mierze przyznawane zgodnie z preferencjami Brukseli. Po drugie dlatego, że ubieganie się o dotacje generuje ogromne koszty (utrzymanie biurokratycznego aparatu zarówno w Brukseli, jak i w Polsce). Ale wielki problem rysuje się na przyszłość. [srodtytul]W interesie starej Unii[/srodtytul] W Unii zasada solidarności nie została jeszcze odrzucona. Zamożniejsi płacą relatywnie więcej. W przeszłości tylko premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher wywalczyła (podobno waląc torebką w stół) ogromne ulgi we wpłatach swojego kraju do budżetu Unii („rabat brytyjski”) – biedna Polska płaci z tego tytułu co roku 200 mln euro. Jednak od lat w Unii narasta presja najbogatszych krajów, by zasadę solidarności złamać. Kraje bogate nie chcą dalej być „płatnikami netto”. Ich presja może się okazać skuteczna już przy budowie następnej perspektywy budżetowej, a ułatwieniem może być… ratyfikacja traktatu lizbońskiego i – oczywiście – kryzys. Szczególnie niepokoić musi sposób, w jaki Bruksela egzekwuje nasze zobowiązania akcesyjne. Powiedzmy jasno: stronniczo i w interesie wpływowych środowisk z krajów starej Unii. Niedawno Polska nieznacznie przekraczała 3-proc. deficyt sektora budżetowego i realizowała z tego tytułu odpowiedni program sanacyjny. Dziś niektóre kraje starej Unii osiągają deficyt dwucyfrowy. Czy poniosą przewidziane prawem sankcje? Bardzo w to wątpię. Ale już zapowiedziane zostały kroki wobec Polski za – tym razem na pewno znaczne – przekroczenie limitu budżetowego przez Polskę. Decyzją Brukseli „złomowaniu” ulegają polskie stocznie, które przede wszystkim z przyczyn obiektywnych (ogromna aprecjacja złotówki i nadzwyczaj wysokie ceny stali) uzyskały znaczną pomoc publiczną. To nie przeszkadza krajom starej Unii na gigantyczną skalę dotować (a w każdym razie ratować przed upadłością) wiele swoich przedsiębiorstw (głównie banków). Mało tego, właśnie do Europejskiego Trybunału skierowana została skarga przeciw Polsce z tytułu ograniczeń w zagranicznych inwestycjach kapitałowych powszechnych towarzystw emerytalnych (prawie wszystkie są własnością zachodnich przedsiębiorstw finansowych). Stało się tak, mimo że nasza reforma ubezpieczeniowa ukształtowała specyficzny system – odległy od standardów prywatnych rynków kapitałowych. Następstwa przegranej mogą jednak być dla Polski dramatyczne, bo transfery kapitałów emerytalnych zachwiałyby zarówno kursami giełdy, jak i kursem złotego. [srodtytul]Tryumf poprawności[/srodtytul] Nie tylko zresztą w kwestiach gospodarczych dostrzec można asymetrię ocen. Gdy w Warszawie zakazano (niestety) parady równości, protestom w Unii nie było końca. Czy jednak Bruksela podejmuje twarde działania np. przeciw Hiszpanii, która praktykuje bestialskie zabijanie zwierząt w obecności dziesiątków tysięcy ludzi? Polska nie jest pupilem Europy. Trochę żeśmy sami na ten status zapracowali, ale to nie znaczy, że powinniśmy zrezygnować z twardego reprezentowania naszych interesów i zaprzeczyć swojej tożsamości. Niedawno obradowała w Warszawie Europejska Partia Ludowa (EPP), jednak Donald Tusk nie zdecydował się, by jasno powiedzieć, że Polska nie zaakceptuje nierównego traktowania i sprzeciwi się próbom przekreślenia zasady solidarności. Raz jeszcze zatryumfowała poprawność. Poprawność nie jest jednak wytyczną unijnych wojowników. W „Polityce” (w tym numerze z europejskim dodatkiem) ukazał się rysunek – ojciec mówi do matki dziecka w wózku: „w końcu musimy mu powiedzieć, że jest Polakiem”. To tylko rysunek, ale przecież wielu w Polsce może dotknąć, bo sugeruje, że „bycie Polakiem” to obciach. W debacie o Europie nie dominują jej zajadli przeciwnicy. I dobrze. Ale źle, że poważna debata w ogóle się nie toczy, natomiast europejscy entuzjaści zadowalają się odsądzaniem od czci i wiary tych, którzy zgłaszają wątpliwości. Czy ważne jest więc, jaka będzie za miesiąc wyborcza frekwencja? Nie sądzę. [i]Autor jest ekonomistą i publicystą, był twórcą i liderem Unii Pracy. Obecnie społecznie doradza prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w sprawach gospodarczych[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL