fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Czyim niewolnikiem jest Lech Wałęsa i czy to genetyczne

Newsweekowi udało się znaleźć sposób by ocalić legendę. To nie Lech Wałęsa jeździ po świecie wprawiając w osłupienie wszystkich swymi występami na kongresach Libertas. Czyżby to sobowtór?
Wykluczone. "Lech Wałęsa jest niewolnikiem. Niewolnikiem swego otoczenia, marionetką w jego rękach. Stanowiący zaplecze byłego prezydenta Instytut Lecha Wałęsy zajmuje się głównie tym, jak zarobić na wypożyczaniu szefa, nawet kosztem jego kompromitacji. Ważne jest aby wyrwać tłuste honorarium..."
No i wszystko jasne. Problem w tym, że początkowo to Pan prezydent mówił, że musi wystąpić na zjeździe Libertas, bo nie stać go na buty. Gdy media ujawniły, że w ubiegłym roku prezydent zarobił ok miliona złotych (to chyba wystarczy nawet na lakierki), litość niewzruszonych obrońców legendy odrobinę osłabła. Doniesienia "Newsweeka" dają jednak nadzieję tym, którzy wciąż chcą wierzyć w to, że Lech Wałęsa jest, był i będzie bohaterem bez skazy. Bo przecież nikt nie śmie spytać: czy pan prezydent jest niewolnikiem pieniędzy?
Inne wyjaśnienie problemu byłego prezydenta podaje dziś "Dziennik". I nie chodzi mi o informację, że 4 czerwca Lech Wałęsa spędzi w Gdańsku u boku... Ganleya.
"Dz" pyta posła Jarosława Wałęsę jak przyjął decyzję ojca o występach na konwencjach Libertas. - Z pewnym zdziwieniem - odpowiada syn noblisty. Ale od razu dodaje: - Potrzebowałem wyjaśnień mojego ojca. I jak mi ich udzielił to sam zrozumiałem, że on rzeczywiście musi tak postępować.
Poseł Wałęsa zrozumiał. Ja wciąż nie mogę tego pojąć. Może to sprawa genetyczna? Wałęsę może zrozumieć tylko Wałęsa?
Jeśli już mowa o obchodach 4 czerwca intryguje akcja Gazety Wyborczej. Nie dajmy się politykom i tym, którzy chcą zepsuć obchody mówią koledzy z GW i przedstawiają swoją propozycję. W 20 rocznicę czerwcowych wyborów świętujmy lokalnie (czyli w okolicznych lokalach, lub na świeżym powietrzu). Kielichy w dłoń i do dna!
"Prosimy restauracje, kawiarnie, bary i kluby, by ogłosiły 4 czerwca między 20.00 a 20.20 coś w rodzaju "Happy hours" czy raczej "Freedom minutes". Poczęstujcie gości kieliszkiem szampana, wina, piwa czy trunku bezalkoholowego (za darmo lub pół ceny)" - to apel Gazety.
Mniejsza nawet co na akcję Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Mnie martwi coś innego. Czy 20 lat wolności to rzeczywiście za krótko, byśmy wymyślili jakieś bardziej polsko brzmiące hasło niż "freedom minutes"?
A może nie zasłużyliśmy na żadne obchody, skoro nie potrafimy znaleźć własnego hasła (trzeba przypomnieć, że hasło centralnych obchodów również brzmi mało słowiańsko "Freedom: made in Poland").
Ale to nie jedyna akcja w dzisiejszej Wyborczej. Nie tylko mieszkańcom Warszawy zwracam uwagę na akcję Gazety Stołecznej. "Cztery hektary Pola u zbiegu ulic Rostafińskich i Boboli uczyńmy naszą Samosierrą i brońmy ich jak niepodległości. (...) To jest nasza warszawska Rospuda." O co chodzi? Nie o Puszczę Kampinoską ani Augustowską. Całe to moralne uniesienie dla obrony - pięknych skądinąd - Pól Mokotowskich. Pytanie tylko, do czego odwołaliby się redaktorzy GW gdyby bronić trzeba było nie czterech a szesnastu hektarów? Stalingrad? Lenino? Tobruk?
Na koniec trochę optymizmu. Według prognoz Newsweeka koniec kryzysu już blisko. "Za półtora roku powróci szybki wzrost gospodarczy. W połowie przyszłej dekady będziemy żyli lepiej i wygodniej. Będziemy więcej inwestować...". Oby mieli rację...
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA