Publicystyka

Czy polska Libertas ma szanse

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Z polskiego punktu widzenia Libertas to nie tyle partia chcąca reformować Unię Europejską, ile przede wszystkim próbująca rozsadzić naszą zabetonowaną scenę polityczną – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”
Lech Wałęsa za jednym zamachem zagrał na nosie świeżej daty przyjaciołom z salonu, postraszył starych wrogów, dał nadzieję zepchniętym na margines sceny politycznej potencjalnym sojusznikom i jeszcze przy tym zarobił pieniądze. A wszystko to w ulubionym stylu „za, a nawet przeciw”. Jeśli Libertas okaże się sukcesem, były prezydent będzie miał znaczący udział w jego skonsumowaniu. Jeśli poniesie wyborczą klęskę, Wałęsa głośno powtórzy, że gotów jest jechać wszędzie, gdzie dyskutują o Europie, a ciszej – że szło tylko o honorarium.
Osobiście jestem przekonany – dawałem temu wyraz na bieżąco – że pieniądze były sprawą drugorzędną. Wałęsa doskonale wiedział, że samo jego pojawienie się w Rzymie, bez żadnych jednoznacznych deklaracji, wystarczy, aby o polskiej Libertas stało się w kraju głośno, a tym samym – aby zdołała się wydostać z marginesu sceny politycznej. I miał racjonalne powody, by jej w taki sposób pomóc. [srodtytul]Pierwszy wróg Brukseli[/srodtytul]
Faktem jest, że Libertas, zarówno polska, jak i paneuropejska, stanowi w chwili obecnej ofertę nad wyraz mglistą. Jej założyciel, który po obaleniu w Irlandii traktatu lizbońskiego okrzyczany został pierwszym wrogiem Unii Europejskiej, w istocie wydaje się raczej euroentuzjastą. Nie głosił nigdy uwielbianego przez eurosceptyków hasła Europy ojczyzn (cokolwiek by znaczyło); przeciwnie – snuje wizje europejskich Stanów Zjednoczonych, z wybieranymi demokratycznie prezydentem i parlamentem stanowiącymi prawo z zasady nadrzędne wobec praw poszczególnych państw. [wyimek]Libertas, jako oferta eurosceptyczna, jest adresowana raczej do rozczarowanych zwolenników PiS. To sprawia, iż Platforma nie ma powodu zwalczać nowej inicjatywy[/wyimek] Jest więc znacznie bardziej prounijny niż zwolennicy Lizbony, choć oczywiście można uznać, iż jego wizja demokratycznego europejskiego superpaństwa jest zbyt utopijna, by ją traktować poważnie, a na zasadzie „lepsze wrogiem dobrego” uderza w istniejące instytucje wspólnotowe. Czy Ganley tego chciał, czy nie (sądząc po jego publicznych wypowiedziach, raczej nie), został jednak obsadzony w roli wroga Unii Europejskiej i odsądzony od czci – zabawne zresztą, że podczas gdy u nas dyskredytuje się go jako człowieka utrzymywanego jakoby przez Władimira Putina, w Europie Zachodniej, gdzie sympatie są odmienne, sugeruje się, że ma pieniądze od CIA. Zakładając swą partię, zdany był więc w poszczególnych krajach na siły podobnie jak on odrzucone przez establishment, i to przeważnie z tej samej przyczyny wrogości wobec projektu unijnego. Uczyniło to wznoszoną pospiesznie polityczną konstrukcję mocno niespójną. O tym, jak niejednorodnym towarzystwem obrosła inicjatywa Ganleya w Polsce, świadczy sam kongres rzymski, gdzie część Polaków biła Wałęsie brawo, a część skandowała „Bolek, Bolek!”. [srodtytul]Ani Kaczyńskiego, ani Tuska[/srodtytul] Z list Libertas startują były senator PO Krzysztof Zaremba i Ryszard Bender, Anna Sobecka, którą można by wystawić w Sevres jako wzorzec radiomaryjności, i Bolesław Borysiuk, który mógłby się znaleźć tamże jako wzorzec postkomunizmu, a do tego jeszcze Tomasz Sommer, ultraliberalny redaktor naczelny związanego z UPR tygodnika „Najwyższy Czas!”, i były pisowski przewodniczący „bankowej” komisji śledczej Artur Zawisza. Gdyby partia ta miała odnieść sukces, trudno sobie wyobrazić zgodną współpracę pomiędzy tak różnymi osobami (choć, przyznajmy, to samo można powiedzieć o eurokandydatach PO). Wtajemniczeni twierdzą jednak, że pakiet kontrolny tego przedsięwzięcia należy do Romana Giertycha. Faktem jest, że to jego zaufany kontroluje finanse partii, to wierni mu działacze Młodzieży Wszechpolskiej mają znaczny wpływ na publiczną telewizję, wciąż stanowiącą dla większości Polaków podstawowe źródło wiedzy o świecie, i to z nim (zapewne właśnie dlatego) prowadzone są zakulisowe polityczne negocjacje. Z naszego punktu widzenia bowiem Libertas to nie tyle partia chcąca reformować Unię Europejską (zresztą specjaliści dają jej bardzo małe szanse na przyzwoity wynik w skali Europy), ile przede wszystkim próbująca rozsadzić naszą zabetonowaną scenę polityczną, która za sprawą prawa wyborczego i systemu finansowania partii politycznych zdominowana została przez dwie duże partie centroprawicowe. Ponieważ różnice między nimi mają charakter raczej środowiskowy niż ideowy, również dla Libertas ideowa niespójność nie musi być w oczach wyborcy rzeczą dyskwalifikującą. Najważniejsze, że partia irlandzkiego milionera z powściągliwym patronatem Wałęsy i ukrytym w tle Giertychem nie jest ani partią Kaczyńskiego, ani partią Tuska, ani żadną z postkomunistycznych przystawek. [srodtytul]Korzyść Platformy[/srodtytul] Z tym że jako oferta eurosceptyczna jest ona adresowana raczej do rozczarowanych zwolenników PiS. To sprawia, iż Platforma nie ma powodu zwalczać nowej inicjatywy, przeciwnie – obiektywnie może ją postrzegać jako korzystną dla siebie. Sytuacja, w której na prawo od PiS wyrosłaby nowa siła polityczna rywalizująca z Jarosławem Kaczyńskim o wyborców tradycjonalistycznych i niechętnych płynącym z Unii nowinkom, byłaby dla Donalda Tuska wręcz wymarzona. Zamiast jednej opozycji dwie, śmiertelnie ze sobą skłócone, i obie niezdolne do wydobycia się z niszy elektoratu radykalnego, przynajmniej dopóki jedna z nich nie pokona całkowicie drugiej, co może trwać równie długo jak walka o dominację na prawicy w poprzedniej dekadzie. Dlatego sądzę, że wyrazy potępienia dla Wałęsy za rzymski występ są bardziej wymuszone potrzebą zachowania twarzy przed zachodnimi partnerami z Europejskiej Partii Ludowej (EPP) niż szczere. Kaczyński na pewno zdaje sobie sprawę z zagrożenia. Od lat większość politycznych szkód, jakie ponosił, wynikała z konsekwencji w staraniach, aby na prawo od PiS nie istniała żadna licząca się siła; gdyby stało się to teraz i gdyby jeszcze faktycznym dysponentem tej siły miał być płonący żądzą zemsty były lider LPR, byłaby to dla szefa PiS prawdziwa katastrofa. A przy tak niskiej frekwencji podczas eurowyborów, jaką przewidują sondaże, zdarzyć się może wszystko. Doświadczenie uczy, że gdy większość zostaje w domach, o wyniku wyborów decydują małe zdyscyplinowane elektoraty. Dlatego główną troską Kaczyńskiego staje się, jeszcze bardziej niż dotąd, utrzymanie dobrych stosunków z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Ten, również mający swoje zadawnione konflikty z Giertychem, na razie nie wymawia sojuszu, choć pewne płynące z Torunia sygnały mogą oznaczać, iż po wyborach, w zależności od ich wyników, wszystko może się zdarzyć. [srodtytul]Puste miejsce dla Wałęsy?[/srodtytul] W zmienionej wyrastaniem Libertas na liczącą się, przynajmniej w mediach, siłę szczególnie ważne stają się dwa elementy. Jeden to wspomniana już telewizja publiczna. Można być pewnym, iż wszelkie próby odbijania jej z rąk Piotra Farfała i Tomasza Borysiuka zostaną na jakiś czas zawieszone; z punktu widzenia wszystkich poza PiS sił politycznych obecna sytuacja na Woronicza, ta satysfakcjonująca i chwiejna równowaga, jaka się tam ukształtowała, może się okazać najtrwalszą z politycznych prowizorek ostatnich lat. Drugim nabierającym znaczenia elementem układanki jest „Solidarność”, której historyczny znak na fali rocznicowych obchodów i na fali lęku przed gospodarczym kryzysem nabiera nowej atrakcyjności i która nigdy nie zerwała serdecznej więzi ze swym urzędującym obecnie w Pałacu Prezydenckim wieloletnim wiceprzewodniczącym. Związek może być tą organizacją, która przyprowadzi Kaczyńskim grupę zdyscyplinowanych wyborców, być może decydujących o wyniku. Podejrzewam, że jest to jedna z przyczyn, dla której to właśnie „Solidarność” została zaatakowana przez rząd jako „najgorsi zadymiarze”, a nie na przykład atakujący biura poselskie PO radykałowie z Sierpnia ,80. Polska Libertas symbolicznie pozostawiła wakat na stanowisku przywódcy (ma jedynie dwóch wiceprezesów, wspomnianego Artura Zawiszę i związanego z LPR Daniela Pawłowca). Czy ma to znaczyć, że faktycznym wodzem pozostaje Ganley czy raczej Giertych (który wszak, przypomnijmy, także w LPR formalnie pozostawał w drugim szeregu)? A może to oferta dla Wałęsy? Ten na pewno nie przyjąłby stanowiska, ale wsparcia Libertas nie odmówi; bardzo jest mu potrzebna jakaś „druga noga”, by móc rozgrywać scenę polityczną tak, jak udawało mu się w czasach świetności. Pytanie tylko, czy wsparcie Wałęsy i obecność w telewizji wystarczą do wyborczego sukcesu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL