Teatr

Jak pogrążyć Słowackiego

Rzeczpospolita, Pio Piotr Guzik
Gigantomania i przerost ambicji zgubiły twórców „Beatrix Cenci” w Teatrze Słowackiego w Krakowie
Inscenizacja miała uświetnić obchody 200. rocznicy urodzin patrona teatru. Tymczasem utwór Słowackiego nie wytrzymał konkurencji telewizyjnych gadżetów i niewydarzonych inscenizatorskich pomysłów.
Szkoda, bo w tym rzadko grywanym dramacie tkwi fascynujący, filmowy wręcz potencjał. A tematy podejmowane przez Słowackiego brzmią niepokojąco współcześnie i wprost przywołują skojarzenia z jedną z najgłośniejszych afer ostatnich lat, sprawą „potwora z Amstetten” Josefa Fritzla. Bohaterką „Beatrix Cenci” jest córka rzymskiego patrycjusza, gwałcona i maltretowana psychicznie przez ojca. Doprowadzona do ostateczności decyduje się go zamordować. Zbrodnia jednak wychodzi na jaw, a „delatorem”, jak pisze Słowacki, okazuje się ksiądz, który działa nie tyle w obronie prawdy, ile z zemsty za odrzucone uczucie. Historia jest autentyczna i była w swoim czasie wielkim skandalem. To mocny, szekspirowski w nastroju tekst.
Reżyser Maciej Sobociński nie bawi się w historyczne rekonstrukcje. Buduje na scenie abstrakcyjną przestrzeń przypominającą pustą telewizyjną halę. Uczucia bohaterów powinny tu wybrzmieć szczególnie donośnie, ale tak się nie dzieje. Problem przedstawienia zaczyna się już na poziomie adaptacji. Sobociński do tekstu podchodzi bez kompleksów. Wyraźnie zawodzi go jednak wyczucie, gdyż adaptacja mocno gmatwa wątki i nie wyjaśnia podstawowych relacji między bohaterami. Kiedy dochodzą do tego dyskusyjne lub niemądre wręcz pomysły z tragedii Beatrix (Dominika Bednarczyk), pozostają tylko jej przejmujące monologi, reszta to gadulstwo bez znaczenia. Reżyser pozostał też głuchy na fantastyczny wstęp do dramatu napisany przez Słowackiego prozą. Wystarczyłaby praca z dobrym dramaturgiem, a ten zaskakujący, momentami bliski kronice policyjnej fragment, mógłby być błyskotliwym kluczem do interpretacji. Całkowitą kompromitacją okazuje się sceniczny wizerunek ukochanego Beatrix, malarza Gianiego (Radek Krzyżowski). Sobociński wyobraża sobie artystę jako radosnego kretyna, chlustającego po scenie wiadrami kolorowego barwnika, by następnie w owym dziele sztuki malowniczo się wytarzać. Z kolei szekspirowskie wiedźmy, tutaj panowie chwiejący się na wysokich obcasach, przybierają postać wyuzdanego kabareciku. Uzasadnienia w tekście próżno szukać. Głównym grzechem Sobocińskiego jest jednak telewizyjna gigantomania. Reżyser nie ukrywa, że od kilku lat związany jest z telewizją i z jej „zabawek” chętnie korzysta. Po scenie jeździ w tę i z powrotem czworokątna platforma, kamery pracują, a filmowe, poetycko zapaćkane portrety bohaterów pojawiają się lub znikają. Ten rozbuchany, medialny naddatek podkreśla jedynie niechlujną lekturę tekstu i martwe relacje między bohaterami. [i]„Beatrix Cenci” Juliusz Słowacki, adaptacja, scenariusz, reżyseria Maciej Sobociński. Teatr im. Słowackiego, Duża Scena Premierę przygotowano w setną rocznicę nadania teatrowi imienia poety[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL