fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Po szczypcie do szczytów smaku

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Każdą potrawę, jeśli jest doprawiona nieznanymi mi ziołami czy przyprawami, rozbieram na czynniki pierwsze. Spokojnie wyodrębniam to jedno zioło, które samo albo w kompozycji z innymi nadaje smak daniu.
Dzięki tym eksperymentom kapelusze prawdziwków smażę na maśle albo dobrej oliwie z gałązką rozmarynu.
Jeśli uda mi się zachować jej piękny zielony kolor, wędruje razem z kapeluszami na stół. Jeśli spiecze się na chrupko, obgryzam ją sama, bo zwykle jest zbyt mała, żeby starczyło dla wszystkich. Rozmaryn nadaje charakteru pieczonej cielęcinie, a jego zdrewniałe gałązki z domowego krzaczka polane wodą poprawią smak wszystkiego, co położymy na grillu. Garść ziół prowansalskich wymieszana z polanymi oliwą i pokrojonymi na ćwiartki kartoflami (albo całymi młodymi małymi) powoduje, że pospolite grule zmieniają się w wykwintną potrawę, o której potem mówią goście. Kiedy przyjmuję w domu wymuskanych estetów, do takich kartofli wrzucam całe gałązki ziół. Wtedy okruszki listków nie wchodzą w zęby, gdzie chętnie udają poważne uszczerbki w szkliwie i wprawiają siedzących obok w zakłopotanie. Znawcy tego dania cierpliwie czekają na moment, kiedy z dna brytfanki można wygrzebać kartoflano-ziołowe przypieczuszki. A mąż, który zawsze podkreśla, że skoro zmywa, to lubi, gdy wszystko jest przez wszystkich zjedzone do czysta, przy tej potrawie nerwowo patrzy, czy może jednak przypadkiem zostanie przypieczuszka, którą będzie mógł sobie spokojnie dojeść późniejna zimno.
[wyimek]Kto je i nie płacze, obraża kucharkę – przysłowie z miasta Arequipa w Peru, słynącego z ostrych potraw [/wyimek]
Zioła prowansalskie moim zdaniem wcale nie są najlepsze w Prowansji. W Pirenejach rosną w niekorzystnych warunkach i muszą walczyć o przeżycie.
Garść tymianku albo kilka listków rozmarynu ze skalnego pirenejskiego ogródka dodana do smażenia chudych schabowych kotletów ma aromat nieporównywalnie silniejszy niż garść z prowansalskiego bazaru. To poezja.
Szukając wyjątkowego smaku, pokochałam kolendrę we wszystkich jej trzech postaciach: ziaren dodawanych do wędlin i pieczonych ryb, natki – obowiązkowego składnika salsy i ukoronowania większości azjatyckich potraw, oraz korzenia.
Bez niego nie wyobrażam sobie golonki (ze starannie wykrojoną warstwą tłuszczu) duszonej w mieszance sosu sojowego, miodu gryczanego, odrobiny oleju sezamowego i, naturalnie, wody.
Wszystkie przyprawy dodaję po troszeczku, aby mięso nie było ani za słone, ani za słodkie, ani zbyt sezamowe.
Jeśli chcę dosłodzić, a obawiam się zdominowania smaku przez miód, dodaję bardzo ostrożnie, po odrobinie, dobry dżem pomarańczowy.
Kiedyś najlepszy kupowałam w dziale spożywczym Ikei. Ukoronowaniem potrawy jest dodanie drobno posiekanego korzenia świeżego imbiru, który nadaje interesującą ostrość. Moja golonka na korzeniu kolendry nie jest paląca, ale z każdym kęsem czekam na słodko-pikantny smaczek.Nie cierpię potraw, których
jedynym wrażeniem rozpoznawalnym przez jedzących jest ostrość zabijająca wszystkie inne smaki.
Nawet nie chodzi o to, że przy takiej uczcie pot leje się ciurkiem z czoła, solidarnie łącząc się ze łzami.
I nie wzrusza mnie egzotyczne stare przysłowie z peruwiańskiego miasta Arequipa, które słynie z bardzo ostrych potraw: Jeśli ktoś je i nie płacze, obraża kucharkę. Niech się kucharka obraża. Według mnie nie umie gotować. I to jej poważny problem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA