fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Portret Sarmaty w karykaturze

Materiały Promocyjne
W „Staroście kaniowskim” w krakowskim Starym Teatrze Maria Spiss ośmiesza szlachecki mit.
Spektakl rozpoczyna się w ciszy, od pieczołowicie odtworzonego rytuału: pan Mikołaj Bazyli Potocki (świetny Zbigniew Ruciński) ubiera się w odświętny sarmacki strój. Sługa owija go w paradny pas, pomaga zainstalować szablę. Przed nami staje postać, niczym z dawnego portretu – człowiek władczy, pełen godności i dumy, z fantazyjnie zawiniętym za ucho wąsem i wygoloną czaszką. Krótko mówiąc, Sarmata w sensie ścisłym. Na dodatek postać historyczna, dziedzic rozległych włości na Ukrainie, człowiek o straszliwe reputacjj, hulaka, okrutnik, nie pozbawiony jednak fantazji i gestu.
Ta powolna, pełna skupienia, realistyczna scena może zmylić. Wypadki będą się toczyć w szalonym tempie, i w zupełnie innej konwencji. Najpierw jest wyprawa do Rzymu i zuchwała kradzież wizerunku Najświętszej Panienki z oratorium samego Ojca Świętego. Po kradzieży nastąpi próba porwania młodej dziewczyny, tragikomiczna scena spowiedzi w kościele, bójki, pościgi, wreszcie groźna rozprawa z hrabią Gozdzkim (Ryszard Łukowski), w której stawką jest ręka samej starościny. Scenariusz błyskotliwy, oparty częściowo na tekstach z epoki, przy okazji przewrotny rewers sienkiewiczowskiej trylogii. Spotęgowana umowność to wielki atut tej inscenizacji. Choć mowa jest o pogoniach na stepach, czy bijatykach u bram klasztorów, siłą napędową akcji jest prawie wyłącznie sfera słowa. Świat starosty kaniowskiego, tak pełen nieprawdopodobnych przygód, rozgrywa się w wybudowanej na scenie, pustej, drewnianej, klaustrofobicznej przestrzeni. Postaci ukazują się, po dwie lub trzy, niczym w szopce, poczym znikają, porzucając swoje role, by za chwilę pojawić się w kolejnych.
Nikt historii wielmoży na Ukrainie nie traktuje z powagą, aktorzy bardziej „odgrywają” przed nami swoje przygody, niż w istocie je przeżywają. Czynią to z dystansem, najczęściej w sposób przerysowany czy groteskowy. To bardzo zabawne, choć w istocie smutne przedstawienie. Sarmacki mit obnaża się na oczach widza. Topos fanatycznej służby kościołowi, szlacheckiego honoru czy romantycznej miłości przybiera formy komediowe, bliskie karykatury. Zamiast czułych kochanków, mamy starostę ordynarnie kłócącego się z ukraińską dziewką; zamiast rączego wierzchowca - jego karykaturę na biegunach. Końcowa rozprawa między starostą a hrabią przypomina zabawę chłopców w piaskownicy, tyle, że z efektami pirotechnicznymi. W końcowym monologu główny bohater nieprzypadkowo wskazuje na „gruz olbrzymiej myśli”, karykatura jest zamierzona. Autorzy spektaklu nie mają co do sarmatyzmu złudzeń.Trochę jednak szkoda, że w szlacheckim świecie, nie znaleźli żadnej wartości, którą chcieliby obronić. [ramka]„Starosta kaniowski”. Spektakl na podstawie tekstów Zofii Kossak-Szczuckiej, Michała Grabowskiego, Seweryna Goszczyńskiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego i Henryka Rzewuskiego. Reżyseria Maria Spiss, scenariusz Maria Spiss i Szymon Wróblewski, premiera na Nowej Scenie Starego Teatru 27 marca. „Starostę kaniowskiego” ocala kreacyjna siła literackiego języka. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA