Historia

Nasz bohater: Leopold Pamuła taranuje Messerschmitta

Myśliwce P-11
Archiwum „Mówią Wieki
">Grzegorz Łyś
Pierwszy dzień wojny jest upalny i słoneczny. Od wczesnego ranka z baz w Prusach Wschodnich oddalonych od stolicy Polski zaledwie o 150 km ciągną na Warszawę formacje bombowców z czarnymi krzyżami na skrzydłach.
Na ich spotkanie startują z lotnisk w Poniatowie pod Jabłonną i Zielonką dywizjony broniącej miasta Brygady Pościgowej. Na bezchmurnym niebie – nad jesiennymi już polami i łąkami w dolinach Bugu i Narwi, między Modlinem a Wyszkowem – rozpala się bitwa 54 polskich myśliwców z samolotami Luftwaffe.
Jest to bój nierówny. Myśliwce brygady, PZL P-11 i P-7, są wolniejsze i gorzej uzbrojone nie tylko od myśliwskich Messerschmittów , ale także od bombowych Heinkli i Dornierów. Zwycięstwa polscy piloci mogą odnosić tylko dzięki przewadze wysokości, zwrotności – a przede wszystkim lepszemu od Niemców wyszkoleniu, woli walki i brawurze. Zastępca dowódcy brygady ppłk Leopold Pamuła – o ostrych rysach i długich, artystycznie zmierzwionych rudych włosach – od rana gotowy do lotu, ubrany w polowy kombinezon, nie może sobie znaleźć miejsca w kwaterze sztabu w Zielonce. To jeden z lotników uosabiających polską szkołę pilotażu, mistrzowskie panowanie nad samolotem i ułański temperament. Oryginał znany z nieregulaminowych zachowań i nieprzepisowych strojów, którego mundur zdobią niekiedy dodatki pochodzące z damskiej szafy.
Jego podkomendny Jan Zumbach wspominał, że Pamuła, „największy z jego bogów”, a zarazem „sławny wariat”, o którego czynach i zwyczajach głośno było w całym lotnictwie, mieszkał w pokoju, w którym stało tylko łóżko polowe i trzy kufry. Niemal klasztorna cela – gdyby nie to, że na jednym z kufrów stała fotografia pięknej młodej kobiety, a na drugim kilka butelek wódki i zakąska. Pomimo swych dziwactw i póz Leopold Pamuła miał w lotnictwie markę nie tylko utalentowanego pilota, ale i dowódcy. Urodzony w 1898 r. w Buczaczu podchorąży armii austriackiej – dowódca plutonu moździerzy na froncie włoskim – wolnej Polsce służył początkowo, m.in. podczas wojny z bolszewikami, jako oficer wojsk kolejowych. W 1923/1924 r. ukończył niższą i wyższą szkołę pilotów, kurs instruktorów i kurs myśliwski. W 1925 r. dowodził już 113. eskadrą myśliwską w Lidzie. Trzy lata później został dowódcą III/4 dywizjonu myśliwskiego w Toruniu, nazywanego – jako że samolot dowódcy miał na skrzydłach wymalowane czerwone błyskawice, a kolorowymi rysunkami ozdobione były też maszyny jego podkomendnych – cyrkiem Pamuły. Wiosną 1939 r. objął nowe stanowisko – w Brygadzie Pościgowej. Wciąż liczniejsze formacje bombowców nadciągają nad Warszawę z różnych kierunków i o różnym czasie. Z każdą godziną bitwa staje się coraz bardziej zacięta. Ubywa posiekanych kulami polskich „jedenastek” – wieczorem, choć Brygada Pościgowa zaliczy 14 zestrzeleń, już tylko połowa samolotów będzie zdolna do lotu. Pierwsze bomby, na szczęście w większości niecelne, spadają na Warszawę. Rwie się łączność. Z dowództwa IV/1 dywizjonu w Poniatowie docierają tylko strzępy meldunków. Dla „sławnego wariata” to wreszcie okazja, by się oderwać od sztabowego biurka. Siada za sterami samolotu łącznikowego RWD-8, by samemu zorientować się w sytuacji. Gdy ląduje pod Jabłonną, mechanicy tankują właśnie „jedenastkę”, którą przejąć ma młody pilot st. szer. Mieczysław Adamek. Gdy podbiega do samolotu, nad lasem pojawia się samotny Heinkel He-111. Pamuła odtrąca Adamka i w mgnieniu oka podrywa P-11 w powietrze. Na widok szarżującego PZL bombowiec pośpiesznie umyka na północ. Teraz samotny myśliwiec dostrzega w pobliżu trzy samoloty o żółtych nosach – to Messerschmitty 109. Nie waha się ani chwili. Po zaciętej walce „kołowej” udaje mu się zestrzelić jednego z Niemców. Ale dwóm pozostałym przybywa z pomocą kolejnych sześć Me-109. Serie z ich działek roztrzaskują tablicę zegarów, z rozerwanych przewodów tryska na pilota wrzący olej, nieruchomieje śmigło. W tym momencie tuż nad sobą Pamuła dostrzega czarne krzyże. Bez namysłu ściąga ster. Jego „jedenastka” z impetem wbija się w kadłub Me-109. Wraki splecionych z sobą samolotów opadają ku ziemi. Leopold Pamuła, którego czyn przeszedł do historii jako pierwszy podczas II wojny atak taranem w powietrzu, poparzony, szczęśliwie wylądował na spadochronie. Udało mu się przedostać przez Rumunię do Francji a potem do Wielkiej Brytanii. Nigdy więcej nie miał już okazji zmierzyć się z Messerschmittami. Największy oryginał wśród polskich lotników, „kawaler okrutnej fantazji” i mistrz pilotażu zmarł śmiercią pospolitą i cywilną w Blackpool w sierpniu 1940 r. – w dniach, gdy zaczynała się bitwa o Anglię. Zabiła go sepsa, która wywiązała się po banalnym zabiegu stomatologicznym. [i]Jerzy Pawlak, „Brygada Pościgowa – Alarm!” Wojciech Zmyślony, „Leopold Pamuła”, „Lotnictwo z szachownicą” nr 17/2006 Ppłk. Leopold Pamuła[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL