Muzyka

Przyszłość mnie podnieca

Tom Jones przyleciał do Polski w niedzielę, dziś będzie gościem specjalnym gali wręczenia Telekamer w Teatrze Polskim w Warszawie. Zaśpiewa dwie piosenki, transmisja w TVP 2 o 19.55
EMI
Autor przebojowych „Sexbomb” i „She’s a Lady” nagrał nowy album i chociaż dobiega siedemdziesiątki, dopiero teraz czuje, że żyje. Mówi „Rz” o przewadze, jaką ma nad młodymi muzykami, i o tym, że kochają go nawet męscy twardziele
[b]Rz: Czy „24 Hours” to pańska najbardziej osobista płyta?[/b]
Tom Jones: Mówi o mnie więcej niż wszystkie, które dotąd nagrałem. Ale nie powstała z potrzeby szczerości, raczej z konieczności, bo chcę być wiarygodny. Wytwórnia zaproponowała tymczasem utwory, które nie wydały mi się ekscytujące, więc poszedłem do autorów i opowiedziałem im o sobie. Zacząłem od Bono – siedzieliśmy w klubie w Dublinie i poprosiłem, żeby napisał dla mnie piosenkę. Z naszych rozmów powstała „Sugar Daddy”. [b]A więc podpisuje się pan pod pochodzącym z niej wersem: „Niesie mnie seksualna ambicja, ale kończy się amunicja”.[/b]
Puszczam do siebie oko. Kiedy Bono przysłał mi tekst, zapytałem, czemu tyle w nim sprośności? Usłyszałem: „Bo tylko ty masz dość ikry, żeby to zaśpiewać. I tylko tobie ujdzie to na sucho”. [b]„I’m Alive” jest manifestem mężczyzny odkrywającego życie na nowo, tuż przed siedemdziesiątką. W refrenie wykrzykuje pan: „Żyję! Jestem mężczyzną!”. Kiedy znów pan to poczuł?[/b] Śpiewam, występuję, moje życie dzieje się tu i teraz. Potrzebowałem piosenki, która pozwoliłaby mi ruszyć z kopyta. Refleksyjny robię się dopiero pod koniec płyty. „I’m Alive” to bardzo jasny komunikat: właśnie zrozumiałem, że wciąż mogę być tym, kim zapragnę. [b]A był taki czas, kiedy myślał pan, że już wszystko ma za sobą?[/b] Nawet w chudych latach, kiedy zniknąłem z radia i nie nagrywałem przebojowych piosenek, byłem pewien, że one nadejdą. Wykonywałem „Kiss” na koncertach, nie mając świadomości, że właśnie ten utwór wywinduje mnie z powrotem do czołówki list. Wiedziałem tylko, że mam dość umiejętności i że los się odwróci. [b]Jakie są zalety bycia 68-latkiem w muzycznym show-biznesie?[/b] Mam osiągnięcia i doświadczenie. To nie zwalnia z obowiązku udowadniania, że się wciąż potrafi dobrze śpiewać, ale daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Wspaniale jest mieć bogaty repertuar i wychodzić na scenę swobodnie. Kiedy młodzi zaczynają, desperacko chcą pokazać, na co ich stać. Gdy nagrają jeden przebój, już się martwią, skąd wezmą następne. Ja mam takie problemy z głowy, teraz bycie muzykiem jest słodkie. [b]Zaczynał pan od występów w rodzinnym Pontypridd, w klubach dla walijskich górników. Był pan wtedy twardym chłopakiem z repertuarem dla twardych facetów?[/b] Przeciwnie, podbijałem ich balladą „I Believe” albo „My Mother’s Eyes”. To niezwykłe zobaczyć, jak wielki silny gość się rozkleja. Dopiero potem serwowałem im rockandrollową „Great Balls of Fire”. Te występy były świetnym treningiem, tym bardziej że w niedziele na sali nie było pań i nie mogłem się podpierać seksapilem. [b]Uchodzi pan za bożyszcze kobiet. Jak przez lata układały się pana relacje z męską publicznością?[/b] Nigdy nie miałem kłopotów z facetami. Zawsze irytowały mnie recenzje, w których opisywano wyłącznie piszczące dziewczyny. Przecież zawsze przychodzą one z mężami i chłopakami. Ci zaś mnie lubią, przede wszystkim za silny, męski głos oraz charyzmę. Mężczyzn denerwuje, gdy muszą rywalizować z kimś, kogo nie cenią. Ale na moich koncertach unoszą zaciśnięte pięści i krzyczą „Dawaj, Tom!”. [b]Widzi pan godnego następcę wśród młodych muzyków? Kogoś, kto uwodziłby równie dobrze jak pan?[/b] Myślę o Robbiem Williamsie. Jest do mnie podobny, potrafi cieszyć się seksapilem, etykieta uwodziciela mu schlebia. Na scenie jest tak swobodny, że trudno powiedzieć, kto czerpie z występu więcej przyjemności – on czy publiczność. [b]Uwodzenie ma i ciemną stronę. W nowej kompozycji „The Road” wyznaje pan: „Byłem na szczycie i na dnie, ale gdziekolwiek zaszedłem, droga powrotna zawsze prowadziła do ciebie”. Żona lubi tę piosenkę?[/b] Bardzo, ten utwór jej schlebia. Jesteśmy małżeństwem od pół wieku. Kiedy usłyszała ją po raz pierwszy, nie wiedziała, że to o nas. Potem rozzłościł ją wers: „Porzuciłem cię rozdartą...”. Musiałem się tłumaczyć, mówiłem, że to historia, w której tylko wykorzystałem pewne fakty z naszego życia. [b]W tym utworze śpiewa pan też, że liczy się wyłącznie dzień dzisiejszy. Naprawdę pan tak uważa?[/b] Nie można spędzić życia z głową odwróconą wstecz. Usłyszałem to właśnie od żony. Nosiłem w portfelu jej zdjęcie z młodości. Kazała mi je wyjąć: „Przecież już tak nie wyglądam! Chcę, żebyś był ze mną teraz”. Ma rację, związku nie można budować na przeszłości. [b]W balladzie „Seasons” jest wers: „Istnieje powód, dla którego czas mija”. Pogodził się pan z tym?[/b] Przemijanie to jedyna szansa, by się czegoś nauczyć. Inaczej tkwilibyśmy w miejscu. Czas pcha nas naprzód. W tej samej piosence śpiewam: „Idąc, tworzę wspomnienia”. Wciąż opowiadam swoją historię, buduję przyszłość. Przetrwałem w muzyce tyle lat, bo podnieca mnie to, co przede mną. Nie pozwalam sobie stać w miejscu, nie udaję młodszego, niż jestem. Nie noszę już obcisłych portek, bo głupio bym wyglądał. [ramka][srodtytul]Z górniczej mieściny do klubów Las Vegas [/srodtytul] Sir Tom Jones urodził się w 1940 r. w walijskim miasteczku Pontypridd niedaleko Cardiff. Jako kilkuletni chłopiec ciągnął mamę za rękaw na przyjęciach i pytał, kiedy będzie mógł wejść na stół, by zaśpiewać. Już wtedy zachwycały się nim dziewczynki. W szkole radził sobie kiepsko i gdyby nie ciężkie zapalenie płuc, zostałby górnikiem – jak wszyscy mężczyźni w okolicy. Lekarz zabronił mu kiedykolwiek schodzić pod ziemię. – I pomyśleć, że z tymi cherlawymi płucami zostałem piosenkarzem! – żartował po latach. Potężny, wibrujący śpiew to – obok zmysłowego tańca i kołysania biodrami – jego znak rozpoznawczy. W latach 60. był w pierwszej lidze kobiecych idoli, razem z Presleyem i Sinatrą. Karierę zaczynał w rodzinnym mieście, ubrany w czarne skórzane spodnie występował z grupą Tommy Scott and The Senators, a później solo, w klubach dla robotników. W 1964 r., już żonaty z Lindą Trenchard, za namową walijskiej publiczności wyruszył na podbój Londynu. Jego pierwszym przebojem była piosenka „It’s Not Unusual”. Zbyt frywolna jak na standardy BBC, mogła liczyć na emisję w niezależnych rozgłośniach. W 1965 r. Jones otrzymał Grammy i zaśpiewał „Thunderball” – tytułowy utwór do filmu o Jamesie Bondzie. Wkrótce przyszły kolejne hity: „Green Green Grass of Home”, nieco kiczowata „What’s New Pussycat?” i dramatyczna „Delilah”. Podczas występów doprowadzał panie do szału – pierwsza swoją bieliznę rzuciła na scenę wielbicielka w Hawanie. Potem podłogi klubów w Las Vegas i Nowym Jorkupokrywał bieliźniany dywan, wreszcie – pod nogami Jonesa lądowały nie tylko majtki, ale także klucze do pokojów hotelowych. W latach 70. temperatura jego kariery spadła, ale nadal śpiewał w pełnych salach, a w połowie lat 80. dzięki napisanej przez Prince’a piosence „Kiss” wrócił na fale radiowe. W latach 90. z powodzeniem nagrywał z młodymi muzykami, m.in. Wyclefem Jeanem i Robbiem Williamsem. U schyłku XX wieku odniósł największy sukces komercyjny – album „Reload” z przebojem „Sexbomb” sprzedał się w 6-milionowym nakładzie. Najnowsza płyta „24 Hours” ukazała się w Polsce 19 stycznia. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL