fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dziecko w cyrku objazdowym

Maciej Rybiński
Fotorzepa, Darek Golik
Zamiast powiedzieć – jak przystoi komunikacji między dorosłymi – że budżet został źle skonstruowany, ponieważ oparto się na zbyt optymistycznych prognozach, daje mi się przedstawienie z wykopkami w piwnicach ministerialnych, z nadzieją na odnalezienie grobu Tutenchamona
[link=http://blog.rp.pl/rybinski/2009/02/01/dziecko-w-cyrku-objazdowym/" "target=_blank]Skomentuj[/link]
Kiedy byłem dzieckiem, małym chłopcem w marynarskim ubranku, lubiłem, kiedy dorośli brali mnie za rękę. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Duży prowadził małego nieomylnie przez dziwny świat pełen zasadzek. W cieple opiekuńczej dłoni kryła się ufność i obietnica wspaniałych atrakcji. Lubiłem iść tak z ojcem za rękę do cyrku i zanurzyć się w inny świat, fantazji jak ze snu, a jednak prawdziwy. Świat słoni tańczących na linie, prestidigitatorów wyciągających z ucha butelkę oranżady i klownów kopiących się po tyłkach gigantycznymi butami.
Ale to było dawno. Już jestem dorosły, choć wciąż jeszcze niezdziecinniały. Ludzie dorośli nie potrzebują przywódcy – napisał Herbert George Wells nazywany tradycyjnie wielkim wizjonerem. Widocznie w jego wizjach nie było miejsca dla Polski wolnej i demokratycznej, w której całe zinfantylizowane społeczeństwo prowadzone jest przez przywódców za rękę do cyrku, gdzie różowe słonie grają w berka z głupimi Augustami w rudych perukach.
Jesteśmy trzymani za rękę, ale ten uścisk zaczyna, we mnie przynajmniej, budzić lęk. Bo któregoś dnia wyjdziemy jednak z namiotu na wolną przestrzeń, a ogłuszeni przez grającą tusz orkiestrę, oszołomieni barwami wciąż zmieniających się obrazów, gdzie raz przez płonącą obręcz skaczą lwy, a drugi raz świnki morskie, nie możemy sobie wyobrazić, nie mamy nawet czasu pomyśleć, co nas tam spotka.
[srodtytul]Pogromca ministrów [/srodtytul]
Nic nie poradzę, czuję się jak dziecko w cyrku. Oglądam od paru dni informacyjny serial telewizyjny o poszukiwaniu przez rząd 17 miliardów złotych, tak jakbym <\f>oglądał reportaż o przekopywaniu bezludnej wyspy w poszukiwaniu skarbu ukrytego przez piratów. Jestem dorosłym człowiekiem, obywatelem, podatnikiem, a moi opiekunowie polityczni traktują mnie jak dziecko, któremu należy dostarczyć pouczającej rozrywki.
Zamiast powiedzieć poważnie – jak przystoi komunikacji między dorosłymi – że budżet został źle skonstruowany, ponieważ oparto się na fałszywych danych i błędnych zbyt optymistycznych prognozach, wobec czego musi zostać znowelizowany, daje mi się przedstawienie z wykopkami w piwnicach ministerialnych, z nadzieją na odnalezienie grobu Tutenchamona. Przepraszam, ale to jest cyrk z Donaldem Tuskiem w roli pogromcy ministrów, którzy nie chcą, ale muszą rzygnąć dukatami.
W dodatku ta cała operacja szukania i znajdowania skarbu jest przedstawiana jako sposób na zapobieganie kryzysowi. Jako dorosły uparcie opierający się infantylizacji chciałbym zwrócić uwagę, że kryzys, ten globalny, który właśnie – dokładnie zgodnie z przewidywaniami – do nas dociera, jest gospodarczy. Dotyka rynku w każdym rozumieniu tego pojęcia – produkcji, wymiany handlowej, zatrudnienia, dostępności środków finansowych. Jest chorobą ekonomii narodowej, którą redukcja wydatków budżetowych może tylko pogłębić.
[srodtytul]Wyciąganie monet z nosa[/srodtytul]
Oczywiście, dostosowanie wydatków do realnych wpływów jest operacją ze wszech miar zdrową, to wie, czy powinien wiedzieć, każdy, kto decyduje o własnym budżecie rodzinnym. Ale znalezienie oszczędności w budżecie państwa zapobiega tylko kryzysowi budżetowemu. W żadnym stopniu, żadną miarą nie jest czynnikiem zapobiegającym <\f>kryzysowi gospodarczemu.
Cały świat, z Ameryką na czele, złapał się teraz kurczowo Keynesa i jego teorii cykli gospodarczych i sypie forsą publiczną. Mnie się to, jako zapiekłemu monetaryście, nie podoba. Ale jeszcze mniej mi się podoba pokazywanie sztuczki z wyciąganiem monety z nosa i wmawianie, że jest to sposób na zapobieganie kryzysowi. Budżet państwa i gospodarka w ustroju rynkowym to są jednak byty odrębne. Gaworząc dziecinnie, skreślenie wydatków na spinacze może być wyrokiem śmierci dla wielu firm branży metalowej.
[srodtytul]Igrzyska dla najmłodszych [/srodtytul]
Ale co tam. Najważniejsze są igrzyska dla dzieci młodszych. Cyrk objazdowy. Codziennie nowe atrakcje. Przewodniczący partii rządzącej i premier rządu koalicyjnego Donald Tusk zapragnął przemówić do delegatów na konwencję największej partii opozycyjnej. Widocznie ktoś w kancelarii Donalda Tuska przypomniał sobie, jak to było ładnie, kiedy w zjazdach PZPR uczestniczył Leonid Breżniew. Jak delegaci robili mu owacje na stojąco. Jak było uroczo, jak czarownie, jaka panowała jedność moralno -polityczna. I wszystko musiało się odbyć w Krakowie, widocznie ze względu na bliskość czakramu wawelskiego.
Ten dość osobliwy pomysł, żeby nie powiedzieć chwyt propagandowy, stał się gwoździem programu kolejnego przedstawienia w naszym cyrku. Na własne uszy słyszałem, jak w radiu TOK FM jakiś mądrala powiedział, że PiS odmówił wpuszczenia Tuska na swoje obrady, choć we wszystkich cywilizowanych krajach to jest powszechna praktyka.
Jezus Maria, dziecko kochane, za dużo się opiłeś w tym cyrku oranżady z bąbelkami. W krajach cywilizowanych nie ma bratnich partii, a te, w których są, nie są cywilizowane. Partie są konkurencyjne i na tym zasadza się sens ich istnienia. Gdyby tak nie było, wystarczałaby jedna partia i całkiem niedawno wystarczała. Nie chciałbym doczekać recydywy.
Gdyby Jarosław Kaczyński wprosił się na posiedzenie Rady Ministrów i zażądał udzielenia mu głosu, wzięto by go za wariata. A tak, nasza klasa ogłosiła go tchórzem. Żenująca dziecinada, co niestety dostrzegają tylko dorośli. A tych jest albo przerażająco mało, albo milczą.
Błagam, Polacy, wydoroślejcie. Puśćcie ręce opiekunów i wyjdźcie z tego cyrku na świeże powietrze.
[i]Autor jest publicystą i felietonistą dziennika "Fakt"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA