fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lokaty i inwestycje

Trzeba się liczyć z dużym ryzykiem

Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Fundusze private equity mogą przynieść wysokie zyski. Ale z powodu obecnego kryzysu być może trzeba będzie na nie czekać jeszcze dłużej niż zwykle
Na polskim rynku od dawna działają fundusze private equity – inwestujące w spółki, które nie są notowane na giełdzie – obsługujące inwestorów instytucjonalnych, np. Enterprise Investors czy Innova Capital. Natomiast drobni inwestorzy dopiero od 2007 roku mogą kupować certyfikaty podobnych funduszy: Investor LBO FIZ czy Secus I FIZ.
Fundusze private equity (aktywów niepublicznych) funkcjonują jako zamknięte. Prowadzą elastyczniejszą politykę inwestycyjną niż otwarte. Mogą dowolnie wybierać rodzaje inwestycji i dzielić między nie środki.
Certyfikaty takich funduszy są sprzedawane podczas subskrypcji, która zwykle trwa kilka tygodni. I tak od 7 do 27 stycznia 2009 r. inwestorzy będą mogli kupić w placówkach Banku BGŻ certyfikaty funduszu Investor LBO FIZ. Aby złożyć zapis, nie trzeba mieć rachunku inwestycyjnego w domu maklerskim. Minimalna wielkość inwestycji to jeden certyfikat; jego cenę poznamy w pierwszych dniach 2009 r. Na koniec trzeciego kwartału 2008 r. certyfikaty poprzednich emisji były wyceniane po 1162 zł za sztukę.
W 2009 r. również Copernicus Capital TFI planuje emisję certyfikatów funduszu Secus I FIZ. Prospekt emisyjny tego funduszu znajduje się obecnie w Komisji Nadzoru Finansowego (został złożony pod koniec 2007 r.).
Zarówno certyfikaty Investor LBO FIZ, jak i Secus I FIZ można kupić na giełdzie, ale obrót nimi jest niewielki; większe ilości tych papierów trudno kupić lub sprzedać. Ceny certyfikatów na giełdzie wydają się bardzo atrakcyjne w porównaniu z aktualnymi wycenami przedstawianymi przez TFI. 19 grudnia certyfikat Secus I FIZ kosztował na giełdzie 700 zł, a Investor LBO FIZ – 948 zł.
W 2009 r. zamożni indywidualni klienci będą mogli kupić certyfikaty zamkniętych funduszy private equity zarządzanych przez TFI MCI. Inwestycja będzie miała charakter długoterminowy (jest obliczona na pięć lat).
– Właściciel takich certyfikatów będzie mógł wcześniej wycofać się z inwestycji, ale w krótkim okresie stopy zwrotu mogą nie być satysfakcjonujące. Nie jest to zatem produkt dla osób inwestujących w krótkim horyzoncie – ostrzega Beata Stelmach, członek zarządu MCI Management.
Certyfikaty znajdą się w ofercie niepublicznej. Z warunkami będzie można się zapoznać w bankach współpracujących z MCI; szczegóły będą znane w połowie stycznia. Minimalna kwota inwestycji będzie wynosiła ok. 200 tys. zł.
O funduszach zamkniętych przeznaczonych do szerszej dystrybucji myśli również Idea TFI. – Do końca marca przedstawimy kolejne projekty – mówi Piotr Wojciechowski, wiceprezes zarządu Idea TFI.
Zaletą funduszy private equity jest odporność na giełdową koniunkturę. Ale aby zarobić, trzeba zamrozić kapitał na mniej więcej pięć lat, bo tyle średnio trwa proces inwestycyjny. Składa się on z trzech etapów. Najpierw fundusz wybiera spółkę i kupuje w niej udziały, potem ją restrukturyzuje, a na końcu, kiedy spółka zyska na wartości, sprzedaje inwestorowi branżowemu lub na giełdzie.
Z reguły zaawansowana bessa to dla tego typu funduszy dobry czas na znalezienie atrakcyjnych spółek. Bo w czasie bessy firmom trudno jest pozyskać kapitał z giełdy i chętniej korzystają z finansowania oferowanego przez fundusze private equity. Poza tym udziały w upatrzonych spółkach można kupić stosunkowo tanio, bo punktem odniesienia są niskie kursy firm giełdowych. Natomiast w czasie dekoniunktury problemem dla funduszy private equity może być zdobycie kredytów na inwestycje oraz wysokie koszty takiego finansowania. W rezultacie może to obniżyć spodziewane zyski.
Zamknięte fundusze private equity charakteryzują się niską płynnością, a więc nie da się szybko wycofać środków, tak jak w przypadku funduszy otwartych. Nieco większe pole manewru mają inwestorzy, którzy kupili certyfikaty notowane na giełdzie.
Inną propozycją dla osób zainteresowanych inwestycjami typu private equity jest otwarty fundusz Skarbiec Private Equity. Lokuje on środki w akcje spółek notowanych na światowych giełdach i operujących na rynku aktywów niepublicznych. W przeciwieństwie do funduszy zamkniętych jest w znacznym stopniu uzależniony od giełdowej koniunktury.
Inwestycje typu private equity związane są z dużym ryzykiem. Dlatego powinny być traktowane jako uzupełnienie portfela i stanowić nie więcej niż 10 – 15 proc. naszych oszczędności.
[ramka][srodtytul]Opinia: Paweł Cymcyk, analityk A-Z Finanse[/srodtytul]
W czasie recesji i bessy popularna giełdowa strategia: „kup akcje i trzymaj”, rzadko przynosi satysfakcjonujące rezultaty. W trudnych warunkach ekonomicznych niewiele spółek jest w stanie inwestować, rozwijać się, przejmować konkurentów lub w inny sposób powiększać swoją wartość. Niemniej nawet najgorsza atmosfera stwarza szanse na zysk. Po dokładnej analizie biznesu i strategii rozwoju można trafić na prawdziwe perełki, dzięki którym roczna stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału będzie dwucyfrowa. Inwestycje w takie przedsiębiorstwa w trudnych czasach są domeną funduszy private equity.
Ponieważ dobrą koniunkturę zdecydowanie mamy za sobą, ten sposób pomnażania kapitału stwarza duże możliwości osiągnięcia zysku. Poza tym jest to doskonała dywersyfikacja portfela; inwestycje w spółki niepubliczne są niezależne od giełdowej zawieruchy. Ale większy zysk wiąże się z większym ryzykiem. W razie np. zdarzeń losowych straty mogą zaważyć na całej inwestycji. Poza tym płynność aktywów jest znacznie ograniczona. Dlatego udział tego rodzaju inwestycji w naszym portfelu nie powinien przekraczać 20 proc.[/ramka]
[ramka][srodtytul]Opinia: Jakub Bartkiewicz, zarządzający funduszem Investor LBO FIZ[/srodtytul]
Firmy, w które inwestujemy, nie są zawieszone w próżni i na pewno będą odczuwać pogorszenie koniunktury. Możliwość spadku ich zysków w 2009 r. uwzględniamy w wycenach. Jeśli chodzi o termin inwestycji, to nigdy nie da się idealnie wstrzelić w dołek. Dlatego nasze inwestycje oceniamy raczej pod względem fundamentalnym, a nie koniunkturalnym. Nie boimy się, że za pół roku będzie można daną spółkę kupić o 10 – 20 proc. taniej, ponieważ nasza inwestycja jest długoterminowa.
Poza tym na podstawie analizy fundamentalnej płacimy za spółkę taką cenę, która pozwoli uzyskać wyższy od oczekiwanego zwrot z inwestycji, co zostawia jeszcze dużą poduszkę bezpieczeństwa. Wybieramy też projekty niszowe, bardziej odporne na wahania koniunktury. Przykładem może być producent materiałów budowlanych – spółka CB. Oferuje ona produkty podnoszące energooszczędność budynków. Spodziewamy się, że w związku z oczekiwanym wzrostem cen energii popyt na te materiały utrzyma się również w czasach kryzysu.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA