fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Przedsionek piekła

Brytyjczyk poi tureckiego jeńca
zbiory autora
Przez kolejne dwa tygodnie na obu uchwyconych przyczółkach trwały zażarte walki. Od 28 kwietnia do 4 czerwca stoczono trzy bitwy o Krithię, niewielką wioskę leżącą nieopodal południowego cypla, u podnóża górującego nad całą okolicą wzgórza Achi Baba.
Ogień turecki była tak intensywny i celny, że część żołnierzy alianckich, która zległa na ziemi niczyjej, zasłaniała sobie twarze saperkami. Turcy nacierali, usiłując zepchnąć siły inwazyjne do morza. 19 maja przeprowadzili zmasowany sześciogodzinny, przeprowadzany w kilku falach atak, 30 tys. żołnierzy na pozycje ANZAC. Został on odparty i kosztował Turków aż 10 tys. ludzi, w tym 3 tys. zabitych.
Rozkładające się ciała leżały później przez pięć dni na pobojowisku, nad którym unosił się straszliwy fetor. Dopiero groźba wybuchu epidemii wśród żywych skłoniła obie strony do zawarcia lokalnego rozejmu i pogrzebania poległych. Jak pisał turecki żołnierz Memisz Bajraktir: „Niezliczeni zabici, niezliczeni! Niemożliwe jest ich policzenie”.
Alianci bardzo szybko nabrali respektu dla przeciwników, doceniając ich bohaterstwo, ofiarność i bitność. Przed lądowaniem na Gallipoli powszechnie uważano Turków za niepiśmienną barbarzyńską bandę, którą rozpędzi się bez większego problemu. Teraz w alianckich okopach określano tureckich żołnierzy żartobliwym mianem „Abdul” czy „Johnny Turek”. Z kolei do Australijczyków przylgnęło określenie „kopacze”, a Nowozelandczyków – „kiwi”.
Zażarte kilkutygodniowe boje nie przyniosły rozstrzygnięcia. Aliantom nie udało się poszerzyć zdobytych przyczółków więcej niż o kilkaset metrów, Turcy zaś mimo szaleńczych,prowadzonych także nocą, kontrataków nie zdołali zniszczyć lub zmusić do ewakuacji sił inwazyjnych.
Wyczerpane i zużyte kilkutygodniowymi intensywnymi walkami strony przeszły do wojny pozycyjnej. Na Gallipoli docierały kolejne posiłki. Wobec gigantycznej przewagi artyleryjskiej aliantów Turcy budowali swe okopy jak najbliżej wrogich pozycji, by zminimalizować ryzyko ostrzału. Ale ta pierwsza linia turecka musiała być bardzo silnie obsadzona, gdyż w razie ataku nie było możliwości szybkiego ściągnięcia rezerw.
Alianckim żołnierzom doskwierało wiele bolączek. Szwankowało zaopatrzenie. Pakowano je w sposób utrudniający rozładunek, w sytuacji gdy Turcy ostrzeliwali całe terytorium znajdujące się w rękach alianckich. Na niektóre pozycje musieli je dostarczać tragarze, gdyż stanowiska znajdowały się na zboczach zbyt stromych nawet dla mułów. We znaki dawały się fatalne warunki sanitarne, upał, brak wody pitnej, roje gryzących much, wszy czy jednostajne menu w postaci wołowiny w puszkach (po spożyciu zawartości robiono z nich prowizoryczne granaty, napełniając materiałem wybuchowym, kawałkami żelaza czy drutu kolczastego), sucharów, dżemu i herbaty.
Żołnierze chorowali m.in. na dyzenterię i tyfus brzuszny. Tymczasem służba i infrastruktura medyczna pozostawiały wiele do życzenia. Podczas intensywnych walk ranni musieli godzinami czekać na pomoc. Z prowizorycznych punktów opatrunkowych i szpitali ewakuowano ich na kotwiczące nieopodal statki szpitalne. Rekonwalescenci trafiali dalej na Lemnos, Maltę i do Egiptu.
Zdarzało się, że żołnierze ginęli lub otrzymywali rany, zanim postawili nogę na Gallipoli.
Oficer brytyjskiego wywiadu Compton Mackenzie zapamiętał rozmowę z żołnierzem: „Gdy spytałem go o lądowanie na Gallipoli, nie mógł mi nic o tym opowiedzieć. Wszystko, co wiedział, to tyle, że wyskoczył w ciemności z cholernej łodzi i zanim przeszedł cholerne pięć metrów, trafił go w stopę cholerny pocisk i zabrali go z powrotem do Aleksandrii, zanim, do cholery, dotarło do niego, że już ją opuścił”. Turkom było równie ciężko.Równocześnie trwały walki na morzu. Flota aliancka wspierała ogniem artyleryjskim operacje lądowe – czasem z sukcesami, ale nieraz zawodziła łączność i koordynacja działań. Podczas jednej z ofensyw batalion Gurkhów, który zajął wysuniętą pozycję turecką, został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi przez własną artylerię.
Gdy w połowie maja turecki okręt podwodny oraz niemiecki U-21 storpedowały w cieśninie trzy brytyjskie pancerniki, na kilka tygodni wycofano aliancką flotę nawodną do bezpiecznych baz na Lemnos i Imbros. Okręty wróciły wraz z mającymi niskie zanurzenie i silną artylerię monitorami mającymi chronić je przed atakami spod wody. Coraz częściej pojawiające się w rejonie cieśnin u-Booty, operujące z baz austro-węgierskich nad Adriatykiem, atakowały przede wszystkim statki zaopatrzeniowe. Za to pomimo zapór i pól minowych kilku alianckim okrętom podwodnym udało się przedrzeć na morze Marmara, gdzie polowały na tureckie transportowce. Kilka razy podpłynęły pod Istambuł, budząc popłoch w tureckiej stolicy.
Dużą rolę w bitwie, głównie w rozpoznaniu, odgrywało lotnictwo. Ale lotnicy eksperymentowali już z torpedami podwieszanymi pod kadłuby samolotów. Brytyjczycy zatopili nawet tym sposobem turecki statek transportowy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA