fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Śmiertelne pułapki drednotów

bridgeman art library
Potężne pancerniki z początku XX stulecia przypominały ślepego Jana Luksemburskiego pod Crécy. Zadawały straszliwe ciosy, ale większość z nich – w ciemno
Porównanie drednota do wojowniczego króla Czech nie jest, oczywiście, ścisłe. Pancerniki brytyjskie i niemieckie – jak ponad dziesięć lat wcześniej japońskie i rosyjskie – strzelały dość celnie, jeśli dowódcy prowadzący ogień i manewrujący okrętem wyraźnie widzieli przeciwnika. Ale kiedy cel był oddalony, a zwłaszcza gdy niknął za horyzontem, stawali się bezradni. Według dzisiejszych standardów, w dobie elektronicznego, precyzyjnego kierowania ogniem na dalekie odległości, wielkie okręty z I wojny światowej można uznać właśnie za ślepe.
Ciekawie pisze na ten temat autor zeszytu Krzysztof Kubiak, komandor Marynarki Wojennej zresztą. Opisuje też straszliwy efekt trafień z tych nawodnych baterii dział największego kalibru, kiedy okręty podpływały wystarczająco blisko siebie. Po obu stronach aż 25 z nich poszło na dno.
Ciekawe jest również zestawienie strat ludzi. Otóż zginęło łącznie ponad 8,5 tysiąca marynarzy brytyjskich i niemieckich, a tylko nieco ponad tysiąc zostało rannych. Piszę „tylko”, bo proporcje zabitych i rannych w działaniach lądowych bywają zazwyczaj odwrotne.
Świadczy to o piekielnej pułapce, w jaką zamieniał się trafiony okręt. Pociski o średnicy około 30 centymetrów wystrzeliwały wówczas na lądzie naprawdę nieliczne działa najcięższej artylerii. Trudno było je dowozić w pobliże frontu, ustawiać w polu, zmieniać stanowiska ogniowe, a wreszcie ładować pociski ważące 400 kilo każdy. Na morzu, kiedy już zwodowano stalowego kolosa i ustawiono na nim artyleryjskie wieże, wszystko to przebiegało znacznie łatwiej. Ale teraz wyobraźmy sobie los ludzi, gdy taki pocisk największego kalibru rozrywał się na ich pokładzie...
Fala uderzeniowa i odłamki rozrywały marynarzy, przygniatała ich stal obalonych konstrukcji, płonęli w ogniu ogarniającym okręt i detonującym jego zapasy amunicji oraz paliwa. Od czasów starożytnych wiadomo, że największym wrogiem załóg okrętów i statków jest ogień, co może wydać się paradoksem, bo przecież dookoła jest mnóstwo wody. Ale marynarze jednostek trawionych czy to tzw. greckim ogniem w antyku, czy prochem i smarami ery najnowszej, na ogól nie mogli użyć owej wody ani do gaszenia pożaru, ani do ucieczki.
Zwłaszcza zimne nawet latem i wzburzone odmęty Morza Północnego – wraz z pożarem na pokładzie – czyniły z tonących niszczycieli, krążowników i pancerników śmiertelne pułapki. Spłonąć lub utonąć – oto alternatywa, przed którą stanęły w dziejach tysiące marynarzy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA