fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

O miarach kryzysu i ich dalszym doskonaleniu

Rzeczpospolita
- Trwają intensywne wysiłki mediów, analityków i innych uczonych zmierzające do jak najbardziej precyzyjnego zmierzenia kryzysu. Niestety, kryzys obecny zapowiada się jako nietypowy, więc konwencjonalne miary opisowo-numeryczne, typu spowolnienie, lekkie zastopowanie itp., stają się nieadekwatne do istoty zjawiska - pisze Mieczysław Groszek, prezes BRE Leasing
Pogrupowałem to, z czym mamy do czynienia. Po pierwsze, miary absolutne. Występuje tu fascynacja wielkimi liczbami. W tzw. czasie normalnym głupie 500 mln euro (dol.) straty jakiegoś banku bywało newsem na pierwsze strony, dziś nie robi wrażenia. Poważna informacja o programie pomocowym dla gospodarki (stracie banku czy funduszu inwestycyjnego) zaczyna się od 50 mld (waluta do wyboru, za wyjątkiem jenów, bo tu zaczynamy od biliona). Szanse na wielokrotne powtórzenie mają dopiero sumy powyżej 500 mld.
Pupilkiem w tym zakresie są USA, bo tam jest szansa na przekroczenie 1000... no właśnie: czego? Raz newsem jest, że USA wydadzą na ratowanie gospodarki 1 bln dol., innym razem, że ich deficyt budżetowy wyniesie ponad 1 trylion dol. Trylion to 1000 razy więcej niż bilion, a deficyt to źródło nowego kryzysu. Więc jeśli to prawda, to znaczy, że próbując likwidować jeden kryzys, zaczynamy następny. A może trylion w USA to europejski bilion, i już trochę proporcje się poprawiają?
Po drugie, miary czasowo-historyczne. Szkoda, że wielki kryzys dość niedawno, bo najgorsze porównania muszą się kończyć na 1929 r. A co to za wrażenie, gdy mówimy, że coś tam spadło do poziomu najniższego od 80 lat? Już nawet pogodę mierzy się od stu kilkudziesięciu lat. Pociechą może być inwencja twórcza analityka. Jeden niedawno napisał, że „stopa bazowa euro jest najniższa od 32 lat”.
Sympatię i poparcie może więc budzić poszukiwanie innych, mniej drastycznych miar. Ostatnio uczestniczyłem w konferencji o finansowaniu firm w warunkach... czego? No, właśnie kryzysu. Czekając na swoją kolej, gawędziliśmy z sąsiadką w prezydium, jak słowa kreują rzeczywistość. Ja o Chomskym, a ona o Lévi-Straussie, ja o Platonie i jego idealizmie subiektywnym, a ona o programowaniu neurolingwistycznym. Konkluzja: lepiej nie eskalować określeń dla negatywnych zjawisk ekonomicznych, bo mogą się spełniać.
Coś musiało zostać świeżo w jej pamięci, bo gdy stanęła na mównicy, wspominając krótko o naszej dyskusji, powiedziała: „Proszę państwa, nawiązując do głównego tematu konferencji, nie będę używała słowa na »K«”. Sala przyjęła tę deklarację z zadowoleniem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA