fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Groźba sądokracji

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Wyobrażenie, że sędzia staje się inkarnacją wymiaru sprawiedliwości, kiedy tylko przywdzieje togę, wymagałoby wiary w permanentną boską interwencję. Problem w tym, że wśród sądów coraz mniej bojaźni bożej, a coraz więcej zaufania do swojej „profesjonalnej” nieomylności, czyli pychy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej” Bronisław Wildstein.
List w obronie wolności słowa opublikowany w „Rzeczpospolitej”, a podpisany przez kilka tysięcy sygnatariuszy, stawia na porządku dziennym sprawę ingerencji wymiaru sprawiedliwości w wypowiedzi publicystów. Sam list jest do pewnego stopnia aktem „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, gdyż podpisujący się pod nim powtarzają zdanie, za które skazany został prof. Andrzej Zybertowicz.
Dokonując tego, odwołują się jednak do bardziej fundamentalnych norm niż arbitralna decyzja sądu, czyli do polskiej konstytucji i stojącej za nią zasady wolności słowa, która oznacza również prawo do interpretacji wypowiedzi osób publicznych. Nie chodzi mi w tym miejscu o trafność opinii Zybertowicza, choć zarówno on sam, jak i np. Zdzisław Krasnodębski („Michnik w świecie lęków”, „Rz” 26.11.2008) dowodzili jej zasadności. Załóżmy, wbrew faktom, że Zybertowicz się myli. Nie zmienia to w niczym meritum sprawy. Sądy nie mają prawa dochodzić trafności publicystycznych ocen oraz interpretacji i skazywać za błędy. Sytuacja taka to sądokracja, która nie ma nic wspólnego z państwem prawa. Państwo prawa a państwo prawników to dwie przeciwstawne rzeczy.
[srodtytul]Prawnicza utopia[/srodtytul] Żyjemy w świecie rozchwiania wartości. Ludzie rozpaczliwie poszukują punktów oparcia. Wyobrażenie prawa, które rozstrzygnie wszelkie problemy, jest kuszące. I, jak wszelkie tego typu projekty prostego urządzenia świata, niezwykle niebezpieczne. Sądy muszą być zanurzone w świecie społecznych norm, zasad i wartości. Prawo można uznać za zwieńczenie albo fundament etyki. Nie może jej jednak zastąpić. Naszym cywilizacyjnym problemem jest nadmiar prawa, próba przejmowania przezeń dziedzin, które wcześniej były regulowane przez etykę i obyczaj. Nie oznacza to wcale wzrostu praworządności, ale jej atrofię. Ten stan rzeczy jest równie groźny dla prawa, jak i moralności. Jeśli nie wolno stawiać zarzutów komuś, kto nie jest skazany wyrokiem sądowym, to uznać to można za wyraz zaniku etyki. Częstotliwość takiej deklaracji każe nam myśleć o niej jako o przypadłości cywilizacyjnej. Drugą jej stroną jest „aktywizm sędziowski”. Próba zawłaszczania przez prawników kolejnych sfer życia społecznego. Sądy, które nie potrafią poradzić sobie z różnymi formami przestępczości, a roztrząsają trafność artykułów publicystycznych, to różne oblicza tego samego zjawiska. Mnożenie kodyfikacji, aktywizm sędziowski rozsadzają prawo i powodują, że nie spełnia ono swoich podstawowych funkcji.Na sędziach spoczywa niezwykła odpowiedzialność rozstrzygania kwestii zasadniczych dla życia i kondycji wielu ludzi. Oznacza to, że obszar ich władzy powinien być ściśle wyznaczony. Dobre prawo powinno być jasne, zrozumiałe i precyzyjnie określone. Nie może zastępować etyki i dobrego obyczaju, choć powinno je wspierać. Próba zbyt dalekiego rozciągnięcia działania wymiaru sprawiedliwości niszczy naturalne mechanizmy regulujące funkcjonowanie wspólnoty i podważa autorytet prawa. Oddaje natomiast niezwykle arbitralną władzę w ręce prawników. Nic więc dziwnego, że jest dla nich pokusą trudną do odparcia. Przeświadczenie, że wszelkie problemy życia społecznego winien rozstrzygać paragraf, jest przejawem współczesnej utopii. Jest także wyrazem pychy korporacji, która wyobraża sobie, że jest władna decydować o kształcie ludzkiego świata. [srodtytul]Państwo prawa czy prawników[/srodtytul] Niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” miała miejsce dyskusja, dla której punktem wyjścia było pozwanie do sądu rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego przez adwokatów określonych przez niego jako „czarne owce palestry”. Wielu prawników, którzy wzięli w niej udział, uznało za oczywisty zarówno ów pozew, jak i fakt, że jego rozstrzygnięcie zależeć będzie od jakości prawników, reprezentantów stron. Sprawiedliwość? Co to takiego? Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że wartości w życiu społecznym muszą być reprezentowane przez instytucje, a sposób działania instytucji zależy od reprezentujących je ludzi. Tym bardziej jednak należy wyznaczać ramy ich działania i zasady określające ich postępowanie. Tymczasem na naszych oczach nikną społeczne normy, z których wyrastało prawo, i wprost proporcjonalnie do tego rośnie władza prawników. Twórca koncepcji trójpodziału władzy, Montesquieu, ostrzegał, że nie można „strasznej” władzy sądzenia powierzać zamkniętej kaście sędziów, gdyż prowadziłoby to do nowego rodzaju tyranii. Dlatego postulował, aby grupą, na której opiera się wymiar sprawiedliwości, byli wybierani doraźnie ławnicy. Obrońcy status quo twierdzą, że nie jest to możliwe dzisiaj, przy narastającej komplikacji i profesjonalizacji wymiaru sprawiedliwości. Argumentacja ta nie wydaje się przekonująca, gdyż nadmierna zawiłość, przez apologetów zwana profesjonalizacją, nie świadczy najlepiej o stanie danej dziedziny. Zwykle niepotrzebna złożoność regulacji służy jej strażnikom, którzy w ten sposób osłaniają się przed kontrolą społeczną, a swojej fachowości nadają wymiar nieledwie wiedzy tajemnej, niedostępnej śmiertelnikom. To rozszerzające się zjawisko podważa demokrację. Najbardziej niepokojący wymiar tego procesu obserwujemy we współczesnym wymiarze sprawiedliwości. Jeśli przyjmiemy argumentację o konieczności pozostawienia prawa wyłącznie w rękach prawników ze względu na jego złożoność, to tym bardziej powinniśmy kontrolować ową trzecią władzę i patrzeć jej na ręce. Tym ostrzej powinniśmy stawiać jej granice. Jedną z nich musi być wolność słowa, bez której kontrola i krytyka nie jest możliwa. Jeśli to sądy będą decydować o tym, co wolno pisać publicystom – a do takich konsekwencji prowadzą precedensy, z których jeden to wyrok na Zybertowicza – to jakakolwiek kontrola sądokracji okaże się niemożliwa. [srodtytul]Zabijanie przeciwciał[/srodtytul] Ograniczenia nakładane na media są czasami pozytywnie przyjmowane przez ludzi dobrej woli, którzy zaczynają mieć dość panoszącej się agresywnie również w Polsce mediokracji. Paradoksalnie jednak ograniczenia takie wzmacniają jedynie najbardziej niebezpieczne jej przejawy, eliminując pluralizm, a więc wewnętrzną debatę i konkurencję, która wytwarza przeciwciała pozwalające – choćby czasowo i fragmentarycznie – oczyszczać się medialnemu światu. Najbardziej wpływowe i silne media, które mieszczą się w dominującym kulturowo-politycznym nurcie, nie obawiają się takich ograniczeń. One je wykorzystują przeciw swoim konkurentom i krytykom. Najlepszym tego przykładem w Polsce jest „Gazeta Wyborcza” i jej redaktor Adam Michnik osobiście, który regularnie wytacza procesy krytykującym go publicystom. Wytacza je, wykorzystując również finansową potęgę stojącej za nim instytucji. Sędziowie nachylają się nad tezami publicystycznymi i rozważają, czy ich autorzy mają rację. Jeśli uznają, że nie, to na niefortunnego autora nakładają karę, której elementem jest przeproszenie i przyznanie się do błędu. I byłoby to śmieszne, gdyby nie było groźne. W ten sposób Adam Michnik, wykorzystując potęgę swojego organu, może paraliżować krytykę pod swoim adresem. Oczywiście nie chodzi tylko o niego, a sprawa pokazuje, do jakiego absurdu doszliśmy. Jej źródłem jest niesłychany rozrost uprawnień sędziowskich, co musi skutkować arbitralnością podejmowanych przez sędziów decyzji i ułatwia wpływowym jednostkom oraz grupom blokowanie przepływu informacji o swoich przedsięwzięciach, a także uniemożliwia ich krytykę. [srodtytul]W obronie środowiskowego guru[/srodtytul] Mimo że dla sygnatariuszy listu w obronie wolności słowa sprawa Michnik – Zybertowicz była tylko punktem wyjścia, spowodowała opublikowanie w „Gazecie Wyborczej” kontrlistu, który nazwany został patetycznie (co typowe dla tego środowiska) „Przeciw kłamstwu”. Podpisujący go stwierdzają, że „List otwarty” nie jest obroną wolności słowa, lecz obroną prawa do kłamstwa, oszczerstwa i pomówienia. Zybertowicz napisał, że Michnik wielokrotnie powoływał się na swoją kombatancką przeszłość w celu uzasadnienia swoich racji. Czy interpretacja taka jest „oszczerstwem i pomówieniem”? Do jakiego stopnia interpretacja czyjejś strategii argumentacyjnej jest kłamstwem? Kłamstwo to świadome mówienie nieprawdy. Kategorię kłamstwa trudno stosować do interpretacji. Jednak autorzy „Wyborczej” robią to bez zmrużenia oka. Gdyby sygnatariusze listu z „Rzeczpospolitej” zastosowali ich argumentację, powinni zaskarżyć swoich adwersarzy z „Wyborczej”, a sądy miałyby dużo mocniejsze uzasadnienie do skazania ich niż w wypadku Zybertowicza. Autorzy listu w „Wyborczej” piszą także, że zdanie Zybertowicza „ma wartość logiczną i jako takie nie jest opinią”.To zdanie pozbawione sensu, gdyż bycie opinią nie pozbawia zdania kryterium logiczności – czyli zakwalifikowanie go jako prawdziwe czy fałszywe – choć może utrudniać jego ocenę. Można się jednak domyślać, że to pokrętne, choć przyodziane w terminologię logiczną stwierdzenie oznacza, że opinia musi być zaopatrzona w zwrot w rodzaju: sądzę, mniemam, uważam itp. Wynika z tego, że każde zdanie bez podobnej formuły podlega kryterium prawdziwości, która rozstrzygana jest na sali sądowej. Innymi słowy – każde jest zaskarżalne. Kilka stron dalej w tym samym numerze „Wyborczej” pojawia się artykuł Rafała Kalukina zatytułowany „Weto prezydenta destabilizuje państwo”. Rozumiem, że jeśli prezydent zaskarży Kalukina i „Wyborczą”, sygnatariusze listu mu przyklasną? Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że formułując publicystyczną opinię – innymi słowy, pisząc tekst publicystyczny – nikt nie opatruje każdego zawartego w nim zdania zwrotem: „sądzę, że”. Wiedzą o tym autorzy listu w „Wyborczej”. Nie interesuje ich jednak prawda ani sensowność wypowiedzi, ale obrona środowiskowego guru. Zarzucając sygnatariuszom listu w „Rzeczpospolitej” kłamstwa i oszczerstwa, sami kłamią i rzucają oszczerstwa. Ale obrona wolności słowa musi być również, do pewnego stopnia, obroną jej nadużywania. Dlatego gorąco bym protestował przeciwko skazaniu za pomówienia autorów listu w „Wyborczej”. Natomiast list ów dowodzi, jak niebezpiecznym pomysłem jest rozstrzyganie na sali sądowej tez publicystyki. Dowodzi także, jak bardzo deprawuje przynależność do dominującego środowiska, które w celu pogrążenia swoich przeciwników i obrony swoich autorytetów gotowe jest do instrumentalnego traktowania idei i sprzeniewierzenia się głoszonym zasadom. [srodtytul]Granice wolności[/srodtytul] Oczywiście istnieją granice wolności słowa. Przypisywanie ludziom czynów, w tym i wypowiedzi – nie dotyczy to jednak interpretacji – które nie są ich autorstwa, jest jedną z nich. Jak zwykle w ludzkich sprawach granic tej wolności nie da się jednoznacznie określić. Pomiędzy interpretacją cudzych opinii a pomówieniem granica bywa płynna, a media często ją przekraczają. Zwykle robi to „Wyborcza”. Swego czasu jeden z sygnatariuszy listu „Przeciw kłamstwu”, Sergiusz Kowalski, opublikował w niej artykuł, w którym za sojuszników antysemitów uznał prof. Ryszarda Legutkę i Cezarego Michalskiego. Rozumowanie było proste: skoro na prawicy są antysemici, a przytoczeni autorzy identyfikują się z prawicą, wspierają antysemitów. To przykład pierwszy z brzegu. Jeśli jednak uznaje się wolność słowa za fundament zdrowej demokracji i państwa prawa, to musimy się również zgodzić na jego nadużywanie. Dlatego powinniśmy się starać trzymać sądy na dystans od publicznych sporów. Wyobrażenie, że sędzia staje się inkarnacją wymiaru sprawiedliwości, kiedy tylko przywdzieje togę, wymagałoby wiary w permanentną boską interwencję. Dużo trudniej uwierzyć w nią, jeśli nie wierzymy w Boga i relatywizujemy ideę sprawiedliwości. Problem w tym, że wśród obecnych sądów coraz mniej bojaźni bożej i wiary w sprawiedliwość, za to coraz więcej zaufania do swojej „profesjonalnej” nieomylności, czyli po prostu pychy. Postawy te warunkują się zresztą. Sędziowie funkcjonują w pewnych środowiskach, mają określone poglądy, co więcej, wywodzą się z pewnej tradycji. W Anglii np. kulturowa tradycja narzuca sędziom bardzo wysokie standardy etyczno-obyczajowe. Wynikają z nich określone zachowania, które czynią ich bardziej odpornymi na rozmaite naciski. Można odnieść wrażenie, że w Polsce wygląda to inaczej. Dlatego tym bardziej nie wolno pozwalać sądom na ingerencję w delikatną materię wolności słowa. [i]Autorzy kontrlistu w „Wyborczej”, zarzucając sygnatariuszom listu w „Rzeczpospolitej” kłamstwa i oszczerstwa, sami kłamią i rzucają oszczerstwa[/i] [i]Do wczorajszego popołudnia pod listem w obronie wolności słowa podpisało się już 4.5 tys. osób. [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA