Historia

Napoleon I pod Borodino

Grenadier rosyjski uzbrojony w karabin skałkowy z bagnetem wz. 1812 i szablę piechoty
Archiwum „Mówią Wieki", MS Marek Szyszko
Ja nie pójdę, Wasza Wielmożność, w ogon, nie chcę być łajdakiem: chcę umrzeć za Wiarę i Ojczyznę

Relacja o bitwie pod Borodino rosyjskiego podoficera Tichonowa (spisana w 1830 roku)

„Szańce Bagrationa sam widziałem.
Takie kiepskie i szańcami trudno nazwać. W Tarutinie opowiadali, że reduta w Szewardino i bateria Rajewskiego także takie były: wąski rów, głęboki do kolan, stanowiska strzeleckie do ziemi, a przejść przez nie jest niezwykle łatwo i każdego żołnierza wewnątrz widać doskonale. Konownicyn poprowadził nas na szańce Bagrationa o godzinie ósmej, jeśli nie później. Podeszli nasi w dwie brygady, trzecia zaś była w krzakach. Przygotowaliśmy się i uderzyliśmy na bagnety: Francuzi zaczęli się miotać jak szaleni (śmiech). Francuz jest odważny. Pod ostrzałem stoi dobrze, na kartacze i pociski idzie śmiało, przeciw kawalerii trzyma się brawo, jeśli chodzi o strzelanie, nikt mu nie dorównuje. A na bagnety nie jest zręczny. Kłuje nie po naszemu: uderza cię w rękę albo w nogę, zaraz odrzuca broń i szuka okazji, aby rozpocząć z tobą walkę wręcz. (...)
Dowództwo pod Borodino było takie, jakiego długo się nie doczekamy. Zdarzało się, że kogoś zranili, patrzysz, a tu już na jego miejsce dwóch wskakuje. Dowódcę roty ranili u nas, znieśliśmy go, aby opatrzyć, gdzieś za drugą linię pospolitaków. »Stój! – krzyczy ten do nas (sam blady jak płótno i wargi mu posiniały). Mnie pospolitaczki zniosą, a wam balować nie trzeba, wracajcie do batalionu! Pietrow! Prowadź ich na swoje miejsce!«. Pożegnaliśmy się z nim i więcej go nie widzieliśmy. Opowiadali, że w Możajsku Francuzi wyrzucili go przez okno i od tego umarł. Albo takiego u nas porucznika kartacz ranił. Znieśliśmy go na tyły, rozpinamy mu szynel, żeby go opatrzyli. Leżał z zamkniętymi oczami; wtem otworzył je, zobaczył nas i mówi: »Co wy, bracia, zebraliście się jak wrony wokół padliny. Wracać na swoje miejsce! Mogę i bez was umrzeć!« (...) Był u nas junkierek, młodziutki, cherlawy jakiś, słowem dziewuszka. W szyku służył w 8. plutonie, a on wziął i stanął w pierwszych szeregach. Zobaczył go dowódca batalionu i kazał mu wrócić na swoje miejsce. »Ja nie pójdę, Wasza Wielmożność, w ogon, nie chcę być łajdakiem: chcę umrzeć za Wiarę i Ojczyznę« – odpowiedział. Dowódca u nas był srogi i rozmów nie lubił; rozkazał feldfeblowi przenieść junkierka na jego miejsce. Iwan Siemionowicz chwycił go – niebożątko – za pas i prowadzi, a ten opiera się. Słowem, jeśli nie byłoby takiego dowództwa, tak byśmy się nie bili”. przeł. Tomasz Bohun   Powiedz jak, dziadku, wszak nie darem Moskwę wypaloną pożarem Francuzom oddano? Wszak były walki, boje takie, O których mówią: Jeszcze jakie! I dzięki składa Rosja cała Za Borodina dzień... – Tak, ciężkie wtedy spadło brzemię, Nie dźwignie go dzisiejsze plemię, Bohaterem trzeba być! Niedobra nam przypadła dola, Niewielu nas wróciło z pola... Gdyby nie taka Boska wola, Nie wkroczyłby do Moskwy wróg! Już armia długo się cofała I smutno było, boju chciała. Warczeli starsi: – W zimowe wiodą nas kwatery? Boją się nasze oficery Rozerwać o rosyjskie gwery Mundurów cudzych biel? I ot: przed nami wielkie pola, Jest gdzie pohulać, jeśli wola! Usypaliśmy redut stok. Nastawia uszu armia cała... Gdy słońce oświetliło działa I las, gdzie kawaleria stała, Patrzymy: Francuzi są tuż-tuż! przeł. Maciej Rosalak
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL