Show-biznes

Aktor powinien być jak samuraj

Krzysztof Globisz
Fotonova
Z Krzysztofem Globiszem rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Wystąpię w byle czym, byle tylko mnie zaakceptowano i kochano – mówi Coogan, grany przez pana bohater „Rodzinnego show” w Teatrze Telewizji. To kwintesencja kolorowych magazynów i elektronicznych mediów?
Krzysztof Globisz: Raczej mentalności artystów i amatorów w nich się pokazujących. Kiedy zacząłem grać w filmie, poznałem aktora, który modlił się, żeby mieć chociaż jeden dzień zdjęciowy w każdym serialu, nieważne jakim, bo tylko wtedy czuł się znany i akceptowany. To były czasy, kiedy nie działała jeszcze plotkarska prasa i Internet.
Dlatego trzeba było być w telewizji. Problem mojego bohatera polega na tym, że medialny wampir wyssał z niego wszystkie soki i wypluł na margines. Dla Coogana najgorsze jest przemijanie. Wie, że nic po nim w gruncie rzeczy nie zostało. Tylko wspomnienie rzucania kostką z teleturnieju sprzed lat. I szklanka whisky. Decyduje się na domowy reality show, kiedy wie, że na inny medialny powrót nie ma szans. Ta historia powinna być pouczająca dla młodych ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak działa show-biznes. Często nie kończą szkoły teatralnej, chcą grać już na pierwszym lub drugim roku. Sprzedają to, co mają najcenniejsze – świeżość, wrażliwość. Sprzedają to, co powinno jeszcze w nich dojrzewać. Mało umieją, nabierają złych nawyków, uzależniają się od źle pojętej sławy i popularności. Bo tak jak można być uzależnionym od alkoholu i tytoniu, można uzależnić się od sławy. Chce się fleszów i czerwonego dywanu, po którym idzie się po laury. W spektaklu oglądamy straszną medialną dynastię. Matka poświęciła karierę dla rodziny, ojciec, żeby przedłużyć dawną sławę, kieruje, pożal się Boże, karierą syna, który reklamuje chrupki. Na filmowym planie często obserwuję dzieci. To dzieci castingowe. Grają non stop. Spełniają marzenia swoich rodziców... ...którzy często już nie pracują, bo żyją ze swych pociech. Kiedy kariera się załamuje, zaczyna się dramat. Trzeba mieć do tego dystans, ale od dzieci tego bym nie wymagał. Od wszystkich pełnoletnich, w tym moich studentów – już tak. Niech nie traktują przyjścia do szkoły teatralnej jak trampoliny do serialu. To ma krótkie nogi. Ogląda pan teleturnieje i reality show? Nie jestem masochistą, ale żeby przygotować się do roli Coogana, dowiedzieć, co stracił i czego żałuje, oglądałem talk-show Jerry’ego Springera. Springer doprowadza do tego, że ludzie na widowni się biją – na przykład rozbite małżeństwo. Dochodzi do rękoczynów. Żeruje na ludzkim nieszczęściu i najgorszych emocjach. Patrzyłem na to, żeby grając w „Rodzinnym show”, wyznaczyć granice, których przekroczyć nie można. Okazało się, że wszystkie granice już dawno zostały przekroczone. Najważniejsza jest obecność w telewizji. Znalezienie swojego Matriksu. Symulacja wspaniałych doznań. Dajemy emocje – to ulubiony slogan telewizji. Bo dają. Ale zapominają o refleksji. Uczestnicy reality show muszą być bardzo samotni i zdeterminowani, żeby ktoś wreszcie, choć na chwilę, zwrócił na nich uwagę. Udział w reality show to jest konsekwencja olbrzymiej ludzkiej rozpaczy. Tak wielkiej, że ludzie sobie nie zdają z tego sprawy. A ten, kto to wymyśla, produkuje i pokazuje programy, jest dystrybutorem rozpaczy, handluje nieszczęściem. Mój bohater właśnie do tego tęskni. Myśli, że był w tym wielki. Oglądałem też reality show z Ozzym Osbourne’em. Ten estradowy demon w domu grzecznie zakładał kapciuszki, herbatkę przygotował, piesia wyprowadzał na spacerek. Osbourne chciał wylansować swoją córkę, zareklamować jej płytę i swoje wielkie tournée. Coogan też chciał wrócić i wylansować syna. „Rodzinne show” pokazuje również grę gwiazd z mediami: jak starają się nimi manipulować, żeby nie sprzedać całej prywatności, a wylansować się. Ostatnio odbył się ślub znanej aktorki. Prosiła gości, żeby nie zdradzali miejsca uroczystości. Potem mogli ją i siebie zobaczyć w jednym z magazynów, pewnie za zgodą młodej pary. To koniec prywatności i okropna hipokryzja. Chcę powiedzieć brzydkie słowo – to ma coś z prostytucji. Ogólnie będę wiernym małżonkiem, tylko gdzieś się puszczę na boku. Słyszałem, jak gwiazda pop występująca w filmie mówiła, gdzie jedzie na wakacje i w jakim będzie hotelu. Wiadomo, że zostawiała trop dla mediów, żeby ją podglądały, kiedy na plaży opadnie stanik. Wyjeżdżała prywatnie, ale występ trwał. To chore. Kiedyś środowisko prowadziło grę z partyjną cenzurą i SB. Teraz trzeba iść na kompromis z medialnym Wielkim Bratem? Wielki Brat dziewczynkę, o której mówię, wykorzysta i wyrzuci na margines. Dotknął pan problematyki mediów również w „Oczyszczeniu” Petera Zelenki, grając mężczyznę, który przyznaje się do pedofilii w telewizji. To świetna sztuka, przedziwna, kryminalna. Mój bohater Jacek zgwałcił chłopca. Nie może z tym dłużej żyć i postanawia przyznać się do tego w talk-show, dokonać samooskarżenia, samozniszczenia. Ludzie się śmieją, program nie został wyemitowany, bo spadła oglądalność. Okazuje się, że nie ma sprawy. Nikt nie zgłosił przestępstwa. A Jacek dostaje propozycję prowadzenia innego programu. Oglądalność jest ważniejsza od reguł moralnych. Ale najciekawsze jest to, że Jacek nie poszedł na policję, tylko do telewizji. To znaczy, że media zastępują autorytety moralne, sąd, konfesjonał? Stają się wyrocznią. Jacek zaczyna prowadzić talk-show „Mokra ściera”, gdzie poniża się uczestników na oczach ludzi i kamer. Zamiast kamieniem – rzuca się mokrą ścierką. Ciekawe, że obie role, Jacka i Coogana, zdarzyły się w jednym czasie, a dostałem jeszcze zaproszenie do „Szymon Majewski Show”. Pojechałem, bo go bardzo lubię, ale również dlatego, żeby wystąpić w talk-show i sprawdzić, jaka będzie reakcja, gdy powiem, że zgwałciłem małego chłopca. Uprzedziłem o tym Zelenkę. Ostro pan jechał. Zelenka powiedział: „No dobra, spróbuj”. Kiedy jechałem do studia z kierowniczką produkcji, uprzedziłem ją o mojej prowokacji. Powiedziała, że nie puszczą programu. W „Oczyszczeniu” też nie puścili! Właśnie! Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, to podarować chłopcu z widowni zestaw zakazanych przez Romana Giertycha lektur, które wygrałem w konkursie. To był początek ciemnego korytarza, jakim dochodziłem do roli. Prowokacji nie spróbowałem. Z takich rzeczy jak pedofilia się nie żartuje. Aktorzy żyrują dziś swoją twarzą kredyty, lody, chrupki, plotkarskie pisemka. A jaka jest pana twarz? Dla mnie aktor nie powinien mieć żadnej twarzy, chyba że prywatnie. Idealnych aktorów nie pamięta się z ulicy, lecz ze sceny, ekranu. Aktor powinien być jak samuraj. Nie lansuje się publicznie, bo nie chce się zdradzić. Dopiero na polu walki wyjmuje miecz i robi swoje. Nie pamiętam twarzy Heatha Ledgera. Ale wiem, że jest inny w ostatnim „Batmanie” niż w „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Idealny aktor jest tak bogaty wewnętrznie, że nie można go jednoznacznie zaszufladkować. Ci, którzy eksponują się w mediach, to nie są aktorzy, lecz amatorzy. Możemy ich polubić, ale nie cenimy za profesjonalizm. Sprzedają siebie i własne emocje. Chciałbym być nierozpoznawalny. Dlatego ubieram się tak, żeby mnie nikt nie zauważył. Poczytywałem sobie za pewien rodzaj honoru, że byłem na liście najgorzej ubranych krakowian. Wizerunek jest jak zdrapka? Skrobiemy, a tam nic nie ma. Wolę pewność, że umiem grać, korzystać z rzeczy dla mnie niewytłumaczalnej, czyli talentu. Wiem, że go mam i nie mogę zmarnować, bo popełniłbym grzech. Czuję, że powinienem się bardziej spełniać jako aktor teatralny. Mam nadzieję, że idzie taki czas, gdy będę grał coraz poważniejsze role. Od najwcześniejszych lat jest pan uważany w swoim pokoleniu za następcę Tadeusza Łomnickiego. Był wielkim transformerem. Naciskał guziczek z odpowiednią rolą i na naszych oczach rodziło się teatralne monstrum. Spotykaliśmy się wielokrotnie. Kontrolował mnie. Oglądał moje spektakle. A kiedy nagrywał „Ojca” Strindberga, przedostatnią sztukę w telewizji, zaproponował mi zagranie służącego. A grał pan już wtedy główne role u najważniejszych reżyserów. Zastanawiałem się, co to znaczy. Miałem jechać na siedem dni do Łodzi, żeby zagrać epizod. Pojechałem i dobrze zrobiłem. W wolnym czasie spacerowaliśmy i cały czas mi gadał, co i jak mam grać. Spotkanie było rodzajem testamentu. Potem wystąpił jeszcze w telewizyjnym „Stalinie” i odszedł z walizką na zawsze. Cieszę się, że spotkałem dwóch aktorów, na których mogę się wzorować. Łomnickiego i Holoubka. Szli innymi drogami, ale do tego samego celu. Obaj pokazali, co można osiągnąć w naszym zawodzie, jeśli tylko będziemy myśleć. Jeden z najważniejszych polskich aktorów średniego pokolenia. Zadebiutował na scenie jako Karl Rossman w „Ameryce” Franza Kafki w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu (1980). Od 1981 r. związany ze Starym Teatrem w Krakowie, gdzie stworzył kreacje w „Życie snem”, „Wzorcu dowodów metafizycznych”, „Ślubie”, „Śnie srebrnym Salomei”, „Karierze Artura Ui”; w warszawskim Teatrze Narodowym – w „Nocy listopadowej” i „Sędziach” Jerzego Grzegorzewskiego. Na ekranie zasłynął rolą młodego adwokata w „Krótkim filmie o zabijaniu” Kieślowskiego. We „Wszystko co najważniejsze” Glińskiego zagrał Aleksandra Wata, u tego samego reżysera stworzył postać kapelmistrza orkiestry wojskowej w „Długim weekendzie”. Anioł Giordano w „Aniele z Krakowa” i „Zakochanym Aniele” Artura Więcka. Profesor i prorektor krakowskiej PWST.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL