fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warsaw Summer Jazz Days

Czarodziej Joe i krąg improwizatorów

Rzeczpospolita
Najlepsze momenty 16 festiwali WSJD
Każdy bywalec Warsaw Summer Jazz Days pamięta z pewnością koncerty, które zrobiły na nim największe wrażenie. Ile ich było w ciągu 16 lat, trudno zgadnąć. Impreza bowiem – z kilkudniowej – rozrastała się do dwóch miesięcy, by skurczyć się do miesiąca.
Który festiwal był najlepszy? Ja nie mam wątpliwości, ten w 2004 r. Trwał od 24 czerwca do 28 sierpnia, a zaczął się niesamowitym trzygodzinnym koncertem tria Pata Metheny’ego w Sali Kongresowej. Methenywystąpił w tym samym składzie, z którym przyjedzie teraz: z Christianem McBride’em i Antonio Sanchezem. Tak intrygująco improwizującego Metheny’ego wcześniej w Polsce nie oglądaliśmy.
Ale największym wydarzeniem tego festiwalu był darmowy koncert nieodżałowanego Joe Zawinula i jego Syndykatu World Music w tzw. Patio PKiN, czyli po prostu na jednym z dziedzińców. Siedziałem, a właściwie kucałem, bo było zbyt ciasno, by usiąść, tuż pod zestawem jego instrumentów klawiszowych. Miałem okazję śledzić każdy grymas jego twarzy, skupienie, kiedy wyczarowywał nowe dźwięki i radość, kiedy jego muzycy dawali z siebie wszystko. Na tym festiwalu najlepszy swój „polski” koncert dał Bobby McFerrin i jego chór improwizatorów Voicestra.
Wspaniałe chwile przeżyłem słuchając solowego koncertu intymnych bluesów słynnego gitarzysty Jamesa Blood Ulmera, który okazał się też niezłym wokalistą, śpiewając niskim, zachrypłym głosem standardy i własne kompozycje. Trio wybitnych improwizatorów: gitarzysta John Scofield, basista Steve Swallow i perkusista Bill Stewart rozgrzało publiczność zgromadzoną pomiędzy chłodnymi ścianami PKiN. Było też trio Painkiller Johna Zorna i Billa Laswella, znakomity trębacz Dave Douglas w nietypowym miejscu, bo w klubie Traffic. Niektórym nie spodobał się występ reaktywowanej grupy The Doors na Torwarze, ale zapewne nie zrozumieli idei takiego przedsięwzięcia. Wszystko na WSJD 2004!
Mariusz Adamiak wielokrotnie zapraszał zespoły, których nikt inny by do Polski nie sprowadził. Największym sukcesem artystycznym była prezentacja jednego wieczoru WSJD 1999 r. trzech projektów Johna Zorna: Masada String Project, Bar Kokhba (z Dave’em Douglasem) i Masada Quartet. W tym samym roku słuchaliśmy po raz pierwszy rewelacyjnego tria Medeski Martin & Wood. Później dali wspaniały koncert w promieniach słońca w parku Królikarnia, a rok temu w poszerzonym o Johna Scofielda składzie na Torwarze.
W 1999 r. dzięki Adamiakowi zawitała do Kongresowej awangarda występująca zwykle w nowojorskich klubach: Elliott Sharp, Marc Ribot, David Torn, GTR Obliq (Torn, Sharp, Reid) i weteran Henry Threadgill. A rok później pojawili się Sex Mob, Massacre i Sam Rivers.
Festiwal wykorzystywał szanse prezentacji projektów specjalnych, jak gwiazdorski zespół New Standard Herbiego Hancocka w 1997 r. z Michaelem Breckerem, Johnem Scofieldem, Dave’em Hollandem i Jackiem DeJohnette’em. Po raz ostatni widzieliśmy Michaela Breckera w 2000 r., kiedy występował razem z Patem Methenym. Miał też zagrać z zespołem Steps Ahead w 2005 r., ale odwołał swój udział w trasie – był już bardzo chory. Nie zapomnę, jak w 1995 r. śpiewała Betty Carter. Bywalczynią festiwalu stała się Cassandra Wilson. Prawdziwą sensacją był ubiegłoroczny występ twórcy free jazzu Ornette’a Colemana.
Fantastyczny program miał już pierwszy festiwal w 1992 r., kiedy występowali: Modern Jazz Quartet, John McLaughlin, Chick Corea & Friends, Steve Coleman i trio Kenny Wheeler/Ralph Towner/Gary Peacock. Wtedy to była sensacja, mieliśmy bowiem tylko jeden duży festiwal jazzowy – Jazz Jamboree.
Dziś Warsaw Summer Jazz Days z powodzeniem walczy o palmę pierwszeństwa wśród takich imprez jak Bielska Zadymka Jazzowa, Jazz nad Odrą czy Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA