fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Sąsiad z sąsiadem

Lukas Podolski
AFP
Jutro Niemcy - Turcja. Niemcy nie lekceważą rywali, ale widzą się już w finale. – Turcy nie są od nas lepsi, chcemy być mistrzami – mówi Michael Ballack
Najlepszym przyjacielem piłkarzy podczas mistrzostw Europy jest stół do tenisa, ale po awansie do półfinału pingpongowe pojedynki Arne Friedricha z Philippem Lahmem były w niemieckiej kwaterze w Asconie i Tenero tylko jedną z wielu atrakcji.
Kto chciał, mógł popływać łodzią po jeziorze Maggiore, spędzić dzień z rodziną, znaleźli się też chętni na wprowadzone za czasów Jürgena Klinsmanna seanse jogi. Na dwa dni Niemcy mogli zapomnieć, że przyjechali tu na jakiś turniej. Warunek był tylko jeden: powrót do pokoju o rozsądnej porze.
Trenerzy nie musieli nawet mówić tego głośno, piłkarze są przyzwyczajeni, że plan „Mistrzostwo Europy” jest wyliczony co do minuty. Konferencje prasowe zaczynają się dopiero wtedy, gdy telewizja da znak, że jest gotowa do transmisji. Gdy za stołem konferencyjnym siada trener Joachim Löw, wiadomo, że trzeba podać mu espresso, bo trener bez filiżanki kawy jest jak wódz bez Indian.
Jest tylko dwóch piłkarzy, którzy w ten uporządkowany świat wprowadzają swoje reguły, ale oni od dawna są na specjalnych prawach. Wiadomo, że nad Lukasem Podolskim i Bastianem Schweinsteigerem nie da się zapanować, po zwycięstwie nad Portugalią nikt zresztą nie ma takiego zamiaru. Dwaj przyjaciele z Bayernu znów, jak podczas mundialu, są maskotkami drużyny. Podolski dał jej trzy gole w fazie grupowej, Schweinsteiger bramkę i dwie asysty w meczu z Portugalczykami.
Siedzieć choć chwilę bez ruchu to jest dla Podolskiego wyzwanie ponad siły. Kiedy znudziła go zabawa w wyłączanie mikrofonu trenerowi i rzecznikowi prasowemu, zajął się sprawdzaniem, czy z jego butami wszystko jest w porządku, a potem rozśmieszaniem Pera Mertesackera. Pytanie dziennikarzy to tylko dodatek do zabawy. – Jeśli trener chce, żebym grał w pomocy, nie ma problemu. Tak było jeszcze przed mistrzostwami, kiedy graliśmy towarzysko z Serbią i z kimś tam jeszcze. Kto to był? Aha, Białoruś – słyszy podpowiedź z boku. Sala odpowiada śmiechem. Po porażce z Chorwacją takie żarty nie były mile widziane, ale teraz wolno dużo więcej.
„Pewne rzeczy się nie zmieniają. Katedra stoi w Kolonii, przez Hamburg przepływa Elba, a Niemcy są drużyną turniejową” – napisała „Süddeutsche Zeitung”. Zwycięstwa potrafią czynić cuda. Podczas mało udanej rundy grupowej pojawiały się informacje, że nie wszystkim w kadrze jest ze sobą po drodze. Po wygranej z Portugalią wróciła euforia, nawet problemy Mario Gomeza, zajętego negocjacjami w sprawie zmiany klubu (gra w Stuttgarcie, chce go podobno Bayern), zeszły na dalszy plan.
Ćwierćfinał nauczył Niemców jeszcze jednego: nie warto przejmować się przesadnie rywalem, lepiej patrzeć na siebie. Każdy piłkarz powtarza to samo: wiemy, co potrafią Turcy, ich pogoń w ostatnich minutach meczów grupowych i ćwierćfinału z Chorwacją robi wrażenie, ale jeśli znów zagramy tak dobrze jak z Portugalią, awansujemy.
Ćwierćfinał nauczył Niemców, że nie warto za bardzo przejmować się rywalem, lepiej patrzeć na siebie
Dwaj reprezentanci Turcji Hakan Balta i Hamit Altintop, urodzili się w Niemczech, Berlin był po tureckim zwycięstwie nad Chorwacją czerwony od flag, ale trener Löw bagatelizuje wszelkie podteksty. – Wiem, jakie jest polityczne znaczenie tego meczu, ale marzy mi się spotkanie bez żadnych prowokacji, w przyjaznej atmosferze. Tak jak żyjemy na co dzień w niemieckich miastach z dwoma milionami naszych tureckich sąsiadów. Niech futbol pozostanie najważniejszy – apeluje.
Löw ma przed tym meczem właściwie tylko jeden problem: czy znaleźć miejsce w drużynie dla zdrowiejącego Torstena Fringsa i wrócić do ustawienia 4-4-2, czy wybrać rozwiązanie sprawdzone w meczu z Portugalią: wystawić w pomocy Thomasa Hitzlspergera i Clemensa Fritza, a zrezygnować z jednego napastnika. Frings to jeden z liderów drużyny i przyjaciel Ballacka, ale skoro kapitan powtarza kolegom, że trzeba umieć wygrywać za wszelką cenę, to pewnie taką też zgodzi się zapłacić.
Nieważne, kto wśród Turków jest kontuzjowany albo zawieszony, nieważne, kto będzie faworytem tego meczu. Wszystko i tak rozstrzygnie się dopiero, gdy staniemy naprzeciw siebie. Z Turków najlepiej znam oczywiście Hamita Altintopa, w reprezentacji gra bardzo podobnie jak u nas w Bayernie. To nie jest typowy prawy obrońca. Ciągnie go do przodu, jest jednym z przywódców drużyny. Wysłałem mu esemes z gratulacjami najpierw po awansie z grupy, a potem po zwycięstwie nad Chorwacją.
Zawsze gdy jestem w reprezentacji, odżywam. Zapominam o problemach w Bayernie, dobrze się bawię. Gdybym wykorzystał w tym turnieju wszystkie szanse, to pewnie teraz prowadziłbym w klasyfikacji strzelców. Na razie o jedną bramkę wyprzedza mnie David Villa. Poznaliśmy się podczas kręcenia reklamy adidasa. To miły chłopak, bardzo spokojny. Mam nadzieję, że spotkam się z nim w finale. I że polscy kibice też będą trzymać za mnie kciuki.
notował w Tenero piw
masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.wilkowicz@rp.pl
Paweł Wilkowicz z Tenero
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA